Samhain in the air

I tutaj, i za oceanem świętujemy to samo – ten trudny i piękny czas przemiany, ostatniego akordu wygasania światła, spraw, energii życiowej; po to, żeby wszystko mogło powrócić raz jeszcze za kilka miesięcy. Tutaj to świętowanie ma wyrazistą formę prześmiewczego oswajania makabry, w celowo złym guście, który wciąż wzbudza lamenty po drugiej stronie ocenu, zwłaszcza w nad Wisłą, że nie tak się powinno świętować, że to uwłacza, że komercja, że nie „nasze” itp. Tu nikt nawet nie zauważa, że ten moment można byłoby świętować inaczej; All Saints’ Day ma znaczenie czysto religijne zapewne (ale nie widziałam, żeby ktoś w ogóle o tym dniu wspominał). Obie odsłony są echem bardzo starych tradycji i ten tradycyjny już w Polsce spór nie ma większego sensu – podobnie, jak pozostałe spory tak często zatruwające naszą przestrzeń: dajmy może świętować innym, jak chcą i skupmy się na swoich celebracjach, a wszytkim nam zrobi się lżej na sercu.

Tak czy owak w Halloween można podobno zobaczyć na kampusie dinozaury (studenci pokazywali zdjęcia), a w barku z kawą za kasą stoi Kobieta-Kot. Nie oswoiłam tego jednak, ale nie mam z tym żadnego problemu. Udało mi się za to pocelebrować Samhain na wzgórzach, słynnych bluffs, które widzę z okna mojego mieszkania i których rzeźba znowu odsłoniła inne rysy w listopadowym rozproszonym słońcu wyłaniającym kolejne odcienie brązu i czerwieni. To był krótki wypad na farmę Chucka, który obiecał, że pomoże nam pozyskać wild ginger, czyli Asarum canadense (czyli kopytnika w odmianie kanadyjskiej), którego korzenie są potrzebne mojej koleżance do zrobienia bardzo wyspecjalizowanego lekarstwa dla kogoś w potrzebie. Po dwudziestu minutach drogi dojechałyśmy do szutrowej nawierzchni prowadzącej w kukurydziane pola, z lasem liściastym skrywającym się w jednej z licznych tutaj rozpadlin sugerujących potok. Mijałyśmy kolejne domy w oddali, aż w końcu dostrzegłyśmy odpowiedni numer na skrzynce pocztowej przy drodze. Chuck machający ręką z oddali upewnił nas, że to tutaj. Przesiedliśmy się do minitraktora Kubota i ruszyliśmy ku rozpadlinie – jak się okazało, dopływu Mississippi. A więc nawet kiedy jej nie widać – jest.  Wielka Rzeka. Po drodze zrobiło się piekielnie zimno, wygwieżdżone niebo upewniało, że to będzie piękny, ale nadzwyczaj rześki wieczór. W końcu po krótkiej jeździe przeróżnymi wądołami trafiliśmy w miejsce, gdzie kopytnik był w wielkiej obfitości i Chuck wprawnie wydobył kilka korzeni z pożądanymi bulwkami.

Po drodze widzieliśmy jeszcze brzozy, z których Chuck pozyskuje chagę, a oprócz tego jest także dostawcą amerykanskiego żeńszenia ze stanu dzikiego, czyli z lasu, który przemierzaliśmy tym dziwnym pojazdem.

Robiło się coraz zimniej wraz z tym, jak słońce chowało się za horyzont w tym ostatnim dniu października, a Chuck wyraźnie się rozkręcał opowiadając o lesie, który zakupił wraz z farmą przez ponad dwudziestu laty. Wyraźnie znał tutaj wszystko i czuł się jak w domu mówiąc o drzewach (oprócz różnych amerykańskich odmian dębu także drzewo hikorowe o bardzo smacznych orzeszkach, których jednak nie można kupić), grzybach (boczniaki także pozyskuje ze stanu dzikiego) i żeńszeniu amerykańskim. Dookoła robiło się coraz ciszej i kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, i przysiedliśmy na jeszcze chwilę rozmowy w kuchni, obok pieca w salonie, którzy zbudowali poprzedni właściciele, łatwo można było zrozumieć, co oznacza słowo homestead. Że można nie chcieć stąd się ruszać, że człowieka w ogóle nie obchodzą nagłówki w gazetach i kto jest prezydentem, że wszystko przetacza się gdzieś górą albo w innym (trochę nierealnym z tej perspektywy) świecie. Ceną za to poczucie jest jednak także to, że trzeba być gotowym na wszystko i umieć poradzić sobie (prawie) ze wszystkim, co w przypadku Chucka oznacza także olbrzymią stodołę wypełnioną wszystkimi możliwymi narzędziami i pojazdami, z pługiem do odśnieżania włącznie. Wprawdzie nasi gospodarze ruszali nazajutrz do Utah, gdzie spędzą z rodziną najbliższe dwa tygodnie, ale ognisko domowe będzie tu czekać cierpliwie do ich powrotu. To nowa definicja ogniska domowego, która akurat teraz bardzo mi odpowiada – miejsce, które czeka aż się do niego wróci.

Chuck zaopatrzył nas jeszcze na drogę w całe torby zebranych przez niego i zamrożonych grzybów, orzeszków hikorowych i pokaźny kawałek chagi. Bo najbardziej go cieszy zbieranie tego wszystkiego i obdarowywanie innych, powiedział pokazując na swój ogród, złożony z kilku grzęd wyniesionych i pokaźnej ilości metalowych sylwetek ptaków na płocie. Jestem teraz prawie pewna, że każda taka niepozorna farma, którą widać przy rozmaitych drogach pogranicza Minnesoty i Wisconsin, kryje takie wielkie serce i takie roślinne opowieści.

Dłuższy PS. Po powrocie dopadło mnie mocne przeziębienie albo grypopodobny wirus. Trzymałam fason przez jakieś trzy dni, żeby móc poprowadzić zajęcia, ale ostatecznie około soboty się poddałam. Gdybym miała swoje zioła, to już dawno byłabym zdrowa, narzekałam głośno na FB. Na co odezwała się Eileen z kontaktem do herbalistki z Winony. I tak w sobotni wieczór siedziałyśmy z Donną przy ziołowej herbacie z VAncouver w moim mieszkaniu z widokiem na bluffs, który na wszystkich robi wrażenie. Po tym, jak dałam znać, że jednak dzisiaj nie przyjdę po lekarstwa, bo zepsuł mi się rower a nie czuję się zbyt dobrze, Donna przeszła na piechotę 30 minut (bo zepsuł się jej samochód:-) ), żeby podrzucić mi kilka zrobionych przez nią specyfików z lokalnych roślin. Herbatka na kaszel składa się na przykład z żywokostu, dziewanny, podbiału, mięty, bzu i krwawnika, co świadczy o tym, że producentka bardzo zna się na rzeczy. Do tego wyciąg z lobelii (nazywanej też indiańskim tytoniem) – bardzo mocnego specyfiku antyspastycznego, którzy rdzenni mieszkancy Ameryki stosowali w leczeniu astmy oraz syrop przeciwkaszlowy z szanty zwyczajnej (Marrubium vulgare), lokalnego miodu, organicznym sokiem z cytryny oraz… cambium wiąza czerwonego – konserwantem jest brandy w śladowej ilości.

IMG_4070.JPG

I teraz właściwie jestem wdzięczna za tę rokroczną (prawie) chorobę, która zawsze dopada mnie o tej samej porze co do dnia niemalże. Trzy lata temu zastała mnie na konferencji w Bremie, tam pozbawiła mnie głosu i tylko „niemieckiej chemii” zawdzięczałam to, że mogłam w ogóle wystąpić z moim referatem. Tym razem jest inaczej, kontakt ze służbą zdrowia jest ostatecznością, bo choć mam podstawowe ubezpieczenie, to rzecz wymaga tyle zachodu i papierologii, że od tego od razu się zdrowieje. Mam za to szansę zgłębić tajniki lokalnych specyfików i tutejszej etnobotaniki. Rozmowa z Donną była poza tym wielką przyjemnością – jest herbalistką od kilku lat, odkąd przeszła na emeryturę, wcześniej zajmowała się długo opieką paliatywną, pracowała przez rok w szpitalu w Mongolii, uczestniczyła także w wyjazdach Anne Pelowski -niesamowitej osoby, autorki książek dla dzieci i edukatorki, konsultantki UNICEFU i UNESCO, założycielki Information Center on Children’s Culture przy amerykańskim komitecie UNICEFU. Anne Pelowski w kilku swoich książkach opisała życie na kaszubsko-amerykańskiej farmie w okolicach Trempeleau (Winona County). Te tutejsze „małe” historie są fascynujące. Mam nadzieję na dalszy ciąg wkrótce. Rośliny prowadzą.

Amerykański dzień, jak co dzień

 

 

Właściwie chcę zapisać ten dzisiejszy dzień bardziej chyba nawet dla siebie niż dla świata – choć z myślą jednak o potencjalnych czytelnikach. To będzie historia jednego niedzielnego popołudnia spędzonego między starszymi jabłoniami na pograniczy Minnesoty i Wisconsin. Trudno oddać wszystkie niuanse tego zwyczajnego-niezwyczajnego czasu, bo one się rozgrywają w bardzo zwyczajnych-niezwyczajnych rozmowach przy kawie i sałatce z quinoa / kanapce z szynką / gołąbkach / brownie (co komu odpowiada). I będzie też o temacie niewygodnym; zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie budzi silne emocje, od których trudno się uwolnić i które nie pozwalają czasem odetchnąć – rzecz dotyczy religii. Czy raczej religia / wyznanie będzie tutaj w tle, ale mimo wszystko bardzo znaczącym. Trudno o tym ostatnio nawet mówić, więc nie jestem pewna, czy uda mi się część tego doświadczenia dobrze opisać – w Polsce nawet ateiści są wojujący jak nigdzie chyba indziej, co często zbliża ich retorykę do tej tak charakterystycznej dla wszelkiej maści fundamentalistów. Bo od razu muszę zastrzec, że właśnie od fundamentalizmu jest tutaj jak najdalej; nawet jeśli USA kojarzą się z takimi odcieniami religijnego szaleństwa, jakie nawiedza Polskę po 1989 z mniejszym i większym natężeniem. No więc wyobraźcie sobie alternatywny świat, w którym 30-tysięczne miasteczko ma chyba z dwanaście różnych wyznań chrześcijańskich (jest cała paleta, z Pentecoastal włącznie). W takim miasteczku działa Winona Interfaith Council, zrzeszający większość tychże, a także buddystów (z mojej sanghi Zen Garland Dharma River) oraz muzułman. Council spotyka się na nabożeństwach ekumanicznych i rozmowach, ale także organizuje bardzo konkretne akcje pomocowe: właśnie trwają przygotowania do uruchomienia całodobowego ośrodka pomocy dla bezdomnych, w  których różne wyznania / kościoły będą na zmianę gotować posiłki i dostarczać potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby. Każda grupa organizuje wolontariuszy do takiej akcji „od siebie”. I teraz, uwaga, trzymajcie się mocno (cały czas jesteśmy na Midweście): w najbliższą sobotę Winona Interfaith Council zaprasza na… Islamic Center Fundraising Diner. Centrum islamskie w miasteczku potrzebuje środków na naprawę dachu. Mijam je podczas każdej wyprawy do co-opu, na dużych oknach przy głównej ulicy widnieje napis: Winona Islam Center. Będzie oczywiście Interfaith Thanksgiving, szczegóły jeszcze do ustalenia. I jak zawsze przy takich okazjach dopada mnie myśl: czy w takim świecie nie żyje się po prostu łatwiej, przyjemniej i bezpieczniej? Co jest takiego w tych odwiecznych bitwach z „Innymi”, że w Polsce muszą się one toczyć bez względu na koszty społeczne i psychiczne każdego/każdej z nas? Czy nie jest po prostu łatwiej założyć, że lepiej się dogadać i naprawiać te dachy wspólnie? Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się w Polsce po prostu zatruta tym poziomem nienawiści lub (chyba najszerzej rozpowszechnionej) niechęci do ludzi, którzy przychodzą z innego miejsca. Jeśli też czujecie się z tym kiepsko, to donoszę, że świat alternatywny istnieje. Co więcej, katolicyzm w tym świecie jest czymś zupełnie innym, ale o tym za moment (aha, i koniecznie pamiętajmy o proporcjach – jest go dużo, dużo więcej; to świat raczej Tygodnika Powszechnego niż… mniejsza o to, sami wiecie, co chciała napisać i niech tak zostanie).

I po lekturze takiego właśnie maila w niedzielny poranek wsiadłam do towarzyskiego samochodu, żeby pojechać na umówioną wyprawę po jabłka. Kilka mil za Winoną, w jednej z dolin drobnych rzek uchodzących do Mississippi, w zasięgu rażenia dźwięków linii Amtrak, która ma stację w Winonie (słychać je było z oddali, ale nic dziwnego). Sad należy do ojca Brezy, księdza polskiego kościoła w Winonie i lidera spoleczności tutejszej starej fali kaszubskiej imigracji z połowy XIX wieku, która nie utrzymuje jakiejś szczególnej łączności z krajem poza zwyczajowymi w takich razach symptomami kulinarnymi (może dlatego są bardzo mili i otwarci). Idea jest bardzo prosta: w tę niedzielę zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą zebrać trochę jabłek w sadzie. Część zostawiamy w skrzynkach dla właściciela, 80-letniego księdza z poczuciem humoru i jasnym spojrzeniem, który w zasadzie nigdy nie kieruje rozmowy na sprawy religijne, część można zabrać dla siebie. A jabłka…. eh boy, takie jabłka. Prosto z drzewa, chrupiące, o różnych odcieniach smaków i różnej konsystencji miąższu, dojrzałe na całkiem ostrym słońcu południowej Minnesoty, do zebrania właśnie dzisiaj, bo od wtorku spływa tutaj zimne powietrze przygnane Jet Streamem, który zawinie się trochę bardziej na południe niż zwykle.

Między grupkami skupionymi pod poszczególnymi drzewami krąży na małym traktorze Chuck, który dowozi skrzynki i pudełka, rozdaje rękawiczki i narzędzia do zbierania jabłek z wysokich gałęzi oraz super fajne torby. Widać, że tutaj owoce zbiera się ręcznie, a sad jest prawdziwy, nie z karłowatymi drzewkami na 5 lat. Przerwę spędzamy w kuchni, przy kawie, sałatce z quinoa i brownie – wpadają tutaj wszyscy zbieracze, włącznie z dzieciakami, Rozmawiam przez chwilę z Jessicą, która pracuje w centrum franciszkańskim w La Crosse (to już Wisconsin). Już wcześniej nazwa wpadła mi w oko, widziałam tam warsztaty mindfulness i koncerty na misach tybetańskich, i retreaty jogiczne. Centrum nazywa się właściwie Franciszkańskie Centrum Duchowości. Szybko okazało się, że fenomenalny program Girls Connect, na który moja rozmówczyni zapisała swoją córkę, prowadzą ludzie z Manitou Center, gdzie zbiera się moja sangha i że mamy wspólnych znajomych. Sama Jessica zajmuje się w swojej pracy koordynacją kontaktów z księżmi i wspólnotami z rejonu Amazonii, którym pomaga – jedna z form pracy, to włączenie doświadczenia indigenous people i wzmocnienie ich praw na miejscu… Nawet przez chwilę nie było w tej rozmowie najlżejszego powiewu „racji”, „obrony wartości”, „fundamentu tożsamości” i całej tej zarazy, którą tak dobrze znamy z Polski. A jednocześnie wartości były bronione bardzo dobrze – za pomocą troski o jabłonie (z siostrą ojca Brezy bardzo dobrze się rozumiałyśmy w rozmowie o tym, jak dbać o drzewa i co oznacza komunikacja z roślinami), o ludzi (lunch, konwersacje, uśmiechy, niezobowiązujące formy drobnego i większego wsparcia), o miejsce i o dobrą atmosferę. Całe zdarzenie coś mi przypominało – ten korowód ludzi przepływający przez kuchnię i drewniany pomost przed kuchnią, celebracja wspólnego posiłku, śmiechy i rozmowy, poznawanie ludzi i słuchanie ich historii, wyglądanie sąsiadów… Znam to dobrze, z Biotopu Lechnica.

Szanujmy swoją przeszłość, wyjdźmy naprzeciw przyszłości!

To oficjalny slogan miejskiej biblioteki publicznej w Winonie (Winona Public Library). (Honour our past, embrace our future). Bo dzisiaj będzie właśnie o bibliotekach i – może trochę – o kulturze książki, bo za tydzień jadę do Minneapolis (tam właśnie mieści się moja obwodowa komisja wyborcza), a Minneapolis to podobno mekka czytelnictwa i małych niezależnych księgarń. Ponieważ w Minneapolis muszę też dwukrotnie nocować w drodze do Portland, OR za niecałe dwa tygodnie, to mam nadzieję, że uda mi się niektóre z tych najlepszych niezależnych księgarń odwiedzić. Biblioteka Publiczna w Winonie jest od samego początku – czyli od 1857-go roku, kiedy zawiązała się grupa pod nazwą Winona Lyceum – dziełem obywatelskiej aktywności. Grupa inicjatywna przekształciła się w Young Men’s (sic!) Library Association i rozrosła do ponad 260-ciu członków w 1870 roku, którzy dysponowali księgozbiorem ponad 1600 książek. Biblioteka jednak popadla w tarapaty finansowe i w 1875 nawet zamknięto ją na dwa lata, dopóki dwa lata później J. B. McGaughey, Thomas Wilson i Charlotte Prentiss nie uporali się z długiem (nie było to więc stowarzyszenie czysto męskie!) i nie zreorganizowali całego przedsięwzięcia, które od tej pory przyjęło nazwę Winona Library Association. W marcu 1886 roku stowarzyszenie podarowało bibliotece swoją kolekcję 3500 książek i tak zaczęła się prawdziwa historia miejskiej biblioteki. Pod koniec lat 90. XIX wieku pojawił się sponsor, który przeznaczył 50 tysięcy ówczesnych dolarów na budowę siedziby (niech nie będzie bezimienny: wspaniałomyślnym donatorem był William H. Laird). Budynek otwarł swoje podwoje w 1899 roku, zaprojektowany przez dziekana szkoły architektury University of Pennsylvania, Warrena POwersa Lairda i Edgara V. Seelera, architekta z Filadelfii. Budynek we wnętrzu jest rzeczywiście dosyć intrygujący (przeszklone podłogi na piętrach w częście, gdzie są półki z książkami! ornamentyka amerykanskiego art deco i art moderne! imponująca kopuła w centralnej części!), zobaczcie zresztą sami:

Jak się wydaje, to pamiątka po czasie, kiedy w amerykańskiej architekturze na wskroś nowoczesna szkoła z Chicago (nazywaną też szkołą z prerii, Prairie School), zapowiadająca styl międzynarodowy kojarzony z amerykanskimi przygodami Bauhausu Miesa van der Rohe i Waltera Gropiusa) ustąpiła pola historycyzującemu nurtowi, który tak wyraźnie przedstawił się podczas slynnego Expo w 1893 roku w Chicago (tzw. World’s Colombian Exposition). Louis Henry Sullivan, ojciec nowoczesnych wieżowców i mentor Franka Lloyda Wrighta powiedział nawet, że to Expo cofnęło architekturę amerykańską o dobre 50 lat (The Midwest. The Greenwood Encyclopedia of American Regional Cultures. The Midwest, pod red. J. W. Slade’a i Judith Y. Lee). Miało być jednak o książkach i bibliotece, wracam więc do tematu, choć jest istotny powód, dla którego naziwsko Wrighta się pojawiło i wyjawię to w stosownym czasie (ale jeszcze nie w tym wpisie).

Miejskiej Bibliotece Publicznej daleko do jej europejskich – w tym także polskich – odpowiedników. W tym także tych w małych miastach (bo to, że np. taką krakwoską Artetekę dzielą od Winona Public Library całe lata świetlne, to zrozumiałe – Kraków jest europejską metropolią i mówię to poważnie, Winona jest trzydziestotysięcznym miasteczkiem w Minnesocie). Nie znajdziecie tutaj tak wypasionego sprzetu, jak w naszych bibliotekach, księgozbiór nie należy do najnowszych, nie ma tu hipsterskiej kawiarni. To zresztą powoli cecha, którą dostrzegam tu powszechnie: cale dekady ograniczania wydatków na cele publiczne mszczą się tutaj bardzo okrutnie, współczesne Stany Zjednoczone nie mają startu do krajów Unii Europejskiej (w tym także Polski), jeśli chodzi o stan infrastruktury publicznej: transportu publicznego, infrastruktury kolejowej, elektryczności, a nawet sieci komunikacyjnej i usług cyfrowych (tych publicznych). Wszystko, co finansowane z pieniędzy publicznych, jest tutaj przestarzałe i nieefektywne. Gdyby nie znakomita praca wielu ludzi z tego sektora, z prawdziwą misją, podejrzewam, ze byłoby jeszcze gorzej. Inna sprawa, że zasadniczo wszystkie rozwiązania są tutaj wystarczająco dobre i wystarczająco wygodne, więc może to po prostu pragmatyzm? Na przykładzie biblioteki publicznej widać jednak, jak mocno jest ten aspekt życia wspólnego obywateli niedofinansowany. Jeśli więc słyszycie, że socjalizm (w tutejszych warunkach to Elisabeth Warren i Bernie Sanders) podbija USA, to są ku temu dobre powody.

Jest jednak coś, co różni bibliotekę w Winonie od polskich bibiotek w drugą stronę: w Winonie (a bylam w środku zwykłego dnia) jest tłoczno i – w niektórych pomieszczeniach, gdzie są zajęcia dla dzieciaków – dosyć gwarno. Musiałam się bardzo starać, żeby uchwycić sytuację taką, jak ta na zdjęciu z kącika dla dzieciaków:

Biblioteka w Winonie ma też tak bogaty program zajęć, że praktycznie codziennie są tutaj po dwa, trzy wydarzenia, wystarczy zobaczyć na kalendarz. O tym będę jeszcze donosić, bo właśnie zapisałam się z przyjaciółmi się grę Capture the Flag Laser Tag (15. listopada), która rozgrywa się w budynku biblioteki. Trochę więc biblioteka w Winonie przypomina biblioteki skandynawskie, bo zdecydowanie jest centrum aktywności, komptetencji (sporo tu rozmaitych kursów, można korzystać z komputerów i art room z wystawą sztuki) i tzw. wolnego czasu – co najważniejsze: uczestnictwo jest nieodpłatne. A że nie ma najnowszego sprzętu? Cóż, badania potrzeb i oczekiwań studentów uczelni w USA pokazują, że być może nie jest to wcale rzecz pierwszoplanowa (czyli dokładnie odwrotnie niż myśli się w Polsce, gdzie sprzęt i technika zawsze jest fetyszyzowana, a o pracownikach bibliotek myśli się na końcu…). Tezę mogą wesprzeć stosowne badania: linkuję do artykułu o wymownym tytule: „College Students Just Want Normal Libraries”

…i więcej muzyki (oraz śledzenie tropów).

Moja uniwersytecka skrzynka najczęściej puchnie od maili niekoniecznych, ale rozsyłanych za pomocą Office365 – łatwość i wygoda użytkowania zaciemnia zapewne fakt, że jest to system dosyć zamknięty: poczta przychodząca spoza domeny winona.edu najczęściej bywa opatrzona rozmaitymi ostrzeżeniami i traktowana jako źródło podejrzane, albo wręcz ląduje w folderze „Junk”. Do pewnego stopnia podobnie dzialają wszystkie uczelniane serwisy, co chyba najlepiej obrazuje stosunek academii do świata zewnętrznego (choć akurat tutaj te granice są i tak niezbyt sztywne). W każdym razie nauczyłam się szybko, żeby zaglądać do jakichś 10% przychodzącej korespondencji. Ale i tak przeglądam w zasadzie wszystko, prowadząc swoistą autoetnografię tutejszej komunikacji wewnątrzuczelnianej, w porównaniu do mojego rodzimegu uniwersytetu rozbudowanej daleko bardziej, bo też daleko bardziej rozbudowana jest aktywność społeczna uczelni. I tak dostałam wielokrotnie informacje o tym, że na zajęcia mogę zaprosić specjalistów od zapobiegania przemocy seksualnej i przeciwdzialania językowi nienawiści (plakaty zachęcające do zgłaszania przypadków przemocy seksualnej i gwałtu oraz informujące o tak zwanych safe buses wiszą powszechnie w toaletach); o tym, że w pisaniu prac pomaga studentom Writing Center mieszczące się w bibliotece i żeby zamieścić w sylabusie link do strony centrum przy writing assignmnents; o grupie wsparcia dla osób LGBTQ (przypominam, że uniwersytet stanowy w małym miasteczku na konserwatywnym Midweście); o niezliczonych inicjatywach wspierania kariery, kompetencji finansowych i mikroekonomicznych; o szkoleniach z akresu użycia VR w programach uniwersyteckich; o lokalnych inicjatywach kulturalnych i wydarzeniach (przed każdym weekendem dostajemy pakiet „Najbliższy weekend w Winonie: gdzie pójść”); o klubach studenckich (nie wiem, czy można wyciągać jakieś wnioski z faktu, że Winona Club of College Republicans jest na liście tych zagrożonych skreśleniem, a Winona Club of College Democrats wręcz przeciwnie).

W każdym razie wśród postów przypiętych w skrzynce tak, żeby mieć do nich łatwy dostęp, jeszcze w Krakowie zamieściłam poster imprezy Expanding Horizons, organizowanej przez The Inclusion & Diversity Office. Ostatecznie udało mi się trafić tylko na koncert Billa Millera, choć chciałam też zajrzeć na Interactive Dialogues on Racism, Sexism and LGBTQ, żeby zobaczyć, jak tutaj wyglądają takie debaty (w miasteczku, gdzie znajduje się około 20 rozmaitych chrześcijańskich kongregacji – a z drugiej strony są też Freemasons oraz Islamic Center of Winona, nie mówiąc już o od niedawna mojej sandze Zen Garland Dharma River  i gdzie regularnie organizuje się spotkania i modlitwy ekumeniczne).

Bill Miller to jest postać. Nagrywał z Johnnym Cashem, Eddie Vedderem, Richie Havensem i Trentem Reznorem. To jego flet słyszycie w tytułowej piosence z Pocahontas. W 1995 roku grał jako przed-akt w trasie Tori Amos. Zdobył trzy razy Grammy, co na Amerykanach zawsze robi wrażenie. Bill Miller jest Mohawkiem, który urodził się i wychował w rezerwacie na północy Wisconsin, a później – jak sam mówi, dzięki zbiegowi szczęśliwych okoliczności (głównie wsparciu norweskiej rodziny z jego okolicy) – zdołał skończył Lanton School of Art oraz University of Wisconsin w pobliskim LaCrosse (zaraz za Rzeką). Jest znany z piosenek, w których spotykają się wielkie amerykańskie tradycje, posłuchajcie sami:

 

Na żywo jest jeszcze bardziej przekonujący:

 

 

Jego muzyka może się podobać lub nie (w zależnosci od tego, czy lubicie americanę), ale nie można jej odmówić dużej dozy szczerości, świetnego warsztatu i tej tajemniczej energii, która nadaje rzeczom granym na scenie indywidualnego wyrazu, charakterystycznego dla tej właśnie osoby w takim, a nie innym momencie życia.

Wydaje się jednak, że prawdziwym żywiołem Millera są indiańskie flety, których posiada sporą kolekcję (przepiękne instrumenty!):

 

IMG_3699

Oprócz piosenek otrzymaliśmy też opowieści. Niektóre – wstrząsające. O historii trudnego pojednania z ojcem: alkoholikiem, który molestował swoje dzieci. O biedzie w rezerwacie, o alienacji w życiu poza nim. O alkoholizmie i narkotykach, o chorobach, o trudnych życiowych momentach. Ale też o orłach przednich, które wzlatują ponad burzę, łapiąc wpierw umiejętnie w skrzydła (o rozpiętości sięgającej trzech metrów!) wiatr wiejący z prędkością huraganu (ponad 100 km na godzinę). O obozie myśliwskim dla młodych chłopaków z rezerwatu (to myślistwo nie ma nic wspólnego ze skrajnym narcyzmem myślistwa sportowego), podczas którego przez tydzień wolno było tylko obserwować, przez kolejny tydzień można było zadać tylko jedno pytanie (i to mądre), by wreszcie w trzecim tygodniu wdrożyć świeżo nabyte umiejętności w życie (ech, to jest dopiero pomysł na dydaktykę uniwersytecką! westchnęłam w duchu). Czy te wszystkie opowieści były prawdziwe? Ostatecznie to wcale nie takie ważne – mogły się były wydarzyć. Miller zamknąl w nich coś więcej niż tyko słowa. Między wersami ukryły się metafory, rama, która nadawała tym pojedynczym historiom spójności i kilka emocjonalnych momentów, które trudno byłoby odegrać. To dlatego ta piosenka stała się tak poruszająca:

Patrzyłam na zebraną publiczność, dominowała młodzież studencka, ale widzialam także kilku emeritusów, którzy chętnie uczęszczają na uniwersyteckie wydarzenia. Wśród dzieciaków wiele było osób, dla których opowieści Millera mogły być terapeutyczne, bo mówiły o współdzielonym trudnym doświadczeniu wielopiętrowej dyskryminacji i o tym, że można się z tego wydobyć, nawet jeśli dyskryminacja systemowa nie znika. Że można znaleźć swoją ścieżkę. Oficjalny slogan Winona State University, założonego w 1858 jako pierwsza uczelnia na zachód od Mississipi i kształcąca głównie edukatorów, „a community of learners”,  nabrał jeszcze innego wyrazu. Zwłaszcza po tym, jak na samym początku organizator Expanding Horizons, Jonathan Locust, zaproponował uczczenie minutą ciszy rdzennych mieszkańców Winony i okolic, na których ziemi się znajdujemy. Ślady ich obecności są tutaj wszędzie, ale spotkać ich nie jest wcale tak łatwo, ma się wrażenie nieustannego tropienia śladów. Występ Billa Millera był jednym z takich tropów, mam nadzieję, że obserwowałam wystarczająco uważnie, żeby móc podążyć za tymi znakami i zadać swoje pytanie.

IMG_3700

I małe post-scriptum: jak mało czasem się widzi i wie. Nigdy nie lubiłam Bon Ivera. Ale od dzisiaj przychodzi mi zmienić zdanie. Moją ulubioną telewizją (jedyną, jaką tutaj oglądam) stała się amerykańska PBS, czyli amerykański odpowiednik euroepjskich telewizji publicznych (z wyjątkiem polskiej, która jest ściekiem), a moim ulubionym kanałem Wisconsin Public Television. Pisałam o tym od razu na początku. Czasem włączam, jak dzisiaj, po raz pierwszy chyba od 10-ciu dni. I jak włączam, to zazwyczaj zastygam. Dzisiaj akurat przy kolejnym odcinku serii dokumentalnej Wisconsin Hometown Stories. Czegoś tak dobrego dawno nie widziałam. A dzisiejszy odcinek dotyczył pobliskiego miasta Eau Claire, gdzie… uczył się i mieszka Bon Iver (w cywilu Justin Vernon). Czasem o Wisconsin wspomina. I była to niezwykle krzepiąca historia małego miasta, które podniosło się z zapaści (podobnej do tej, która dotknęła Detroit i inne amerykańskie monomiasta wessane w zabójczy ekonomicznie model rozwoju opartego wyłącznie o przemysł motoryzacyjny) dzięki temu, że postawiło na… kulturę.  Jak to się stało, nie będę tutaj opisywać, bo znacznie lepiej pokazuje to odcinek, który oglądałam. Zróbcie wszystko, żeby to zobaczyć, jest tutaj – trzeba tylko mieć VPN, żeby ukryć się pod amerykańskim nrem IP. Naprawdę warto. Inne odcinki tego cyklu są dostępne na YouTubie, to może i ten się z czasem pojawi. Zwróćcie też uwagę na materiały edukacyjne do tego odcinka dla nauczycieli. Bon Iver w każdym razie jest wychowankiem University of Wisconsin EauClaire (sporo amerykańskich uniwersytetów ma taką parasolową strukturę złożoną z kampusów w kilku miastach) i nic tu nie jest przypadkowe – centrum miasta zawdzięcza swoje odrodzenie wizjonerskiej polityce, która uczyniła z tej uczelni jedno centrów jazzu i muzyki improwizowanej. W mieście, którego centrum zostało wyssane w latach 70. i 80. z życia przez wielkie malle (brzmi znajomo?). Życie powróciło (i dosłownie, i w przenośni). Bon Iver zainicjował tutaj festiwal Eaux Claires, który stał się kolejną małą lokomtywą lokalnej gospodarki – obok licznych tras rowerowych i trekkingowych, centrum muzyki i kina. Przybywa mieszkanców zainteresowanych życiem w miłym, niewielkim amerykańskim miasteczku Środkowego Zachodu. Mieście, które zresztą w latach 50. przyjęło do białej drużyny dwóch Czarnych baseballistów, Billy Bruton and Roy White i była to jedna z pierwszych takich decyzji w USA – tuż po nich pojawił się Hank Aron, który został gwiazdą baseballa. Wtedy – nie inaczej niż teraz – w morzu rasizmu i złej woli znaleźli się ludzie, którzy po prostu robili swoje, na przykład wynajęli Czarnym graczom mieszkanie.

Wracając do przypadku Eau Claire. Zanim zakrzykniecie „gentryfikacja”, musicie najpierw zobaczyć jedno z takich umierających niewielkich miast Środkowego Zachodu i przekonać się, że miasta naprawdę mogą umierać i że każda sensowna inicjatywa, która przywraca je do życia, warta jest wsparcia.

Po tym odcinku lepiej już rozumiem, dlaczego w Winonie tak duża jest dbałość o lokalną kulturę, parki i aktywność. Samo się nie zrobi po prostu. Miasto to (głównie) jego mieszkańcy. Tutaj często pozostawieni sami sobie przez odległą administrację stanową czy federalną. I ten wątek rozwinę niebawem.

Muzyka gra nad Mississipi

Wszystko, co chciałabym tutaj zmieścić przy tej okazji będzie raczej słabo rozpoznawalne bez  całego kontekstu: dziedzictwa całych dekad najlepszej muzyki pod słońcem granej ot tak sobie, dla przyjemnosci swojej i innych albo z potrzeby serca, bez specjalnego zadęcia, codziennie i od święta. Taką właśnie zwyczajną muzyką się tutaj oddycha, przemieszczając się swobodnie i bezwysiłkowo od wszechobecnej americany (wszystko około bluegrassu, Appalachian i country) i bluesa (wiadomo, Mississipi, czyli w zasadzie Delta, ale też i Chicago), singer-songwriting (nie śmiem nazwać tego poezją śpiewaną, chodzi raczej o kawał dobrej folkowej piosenki) po rap, indie rock, elektronikę i formy mniej określone a bliższe sercu występujących. No więc uczęszczam tutaj na koncerty zupełnie na nie nie uczęszczając: to po prostu jest. Tak jakoś się dzieje, że wszędzie i przy wielu okazjach. Tzn. czasem nazywanych koncertami, ale zawsze jest to logika raczej spotkania niż tylko performansu. Nawet, kiedy na głównej scenie podczas ShutDownThirdStreet grały miejscowe gwiazdy (miejscowe, tzn. minnesotańskie), Bad Bad Hats, to wyraźnie chodziło o to, że za pomocą piosenki Super America, rozmawiały z uniwersytecką młodzieżą o wspólnocie doświadczeń:

 

ShutDownThirdStreet działo się w sobotę i ponosi odpowiedzialność za opóźnienie w postowaniu. Byłam zbyt zajęta 🙂 Wydarzenie, które świetnie znacie: imieniny ulicy. Tutaj te imiona czasem nie są może specjalnie wyrafinowane (choć w Winonie opartej na typowej geometrycznej siatce, ulice oprócz tego, że są numerowane, mają także nazwy, moja ulubiona Wabasha St. to po prostu Siódma). No więc były to imieniny Trzeciej (Trzecia nie ma nazwy, może dlatego, że jest główna, przy Trzeciej mieści się wiele ważnych instytucji i mój ulubiony co-op, do wpisu o co-opach ciągle jeszcze nie doszłam). No więc idea ShutDownThirdStreet jest świetnie znana i lubiana również u nas (w Krakowie najbardziej spektakularne były swego czasu imieniny ulicy Krupniczej). Nie udało mi się definitywnie ustalić, która z rzędu to była tutaj edycja – według jednych trzecia, według innych pierwsza. Różnice biorą się przypuszczalnie stąd, że rok i dwa lata temu zamknięto odcinek Drugiej. W tym roku skala była zupełnie inna: główna ulica miasta, całodzienna impreza, kilkanaście koncertów (plenerowych i w miesjcowych knajpkach i browarze), food trucki, targi lokalnych produktów i pomniejsze wydarzenia, które mi umknęły. Wszystko zorganizowane przez lokalną firmę producencką (ma siedzibę właśnie przy Trzeciej), Treedome, założoną kilka lat temu i prowadzoną przez absolwentów Winona State University. Z Nathanielem Nelsonem, jednym ze współorganizatorów, absolwentem m.in. programu Creative Digital Media, gdzie prowadzę zajęcia, zdarzało nam się (i z resztą kadry) rozmawiać przy piwie w Island City o niezależnym kinie, Chrisie Markerze i jeszcze paru rzeczach. Wszystko i wszyscy są tutaj blisko, ale jednocześnie jest wystarczająco dużo amerykańskiej przestrzeni i powietrza napływającego z nurtem rzeki i wiatrem znad dalekiego oceanu, żeby nie czuć się klaustrofobicznie.

ShutDown zacząl się dla mnie właśnie od kultury rzeki. Na „moim” początku Trzeciej (czyi właściwie na jej końcu), znajduje się Sanborn Canoe i w siedzibie firmy, która jest właściwie starym hangarem, kłębili się zainteresowani Wielką Rzeką. Był pierwszorzędny ekwipunek dla wodnych traperów, była kampania na rzecz ochrony rozlewisk Mississipi, były najpiękniejsze plecaki pod słońcem, szyte przez ich sprzedawcę z małej firmy Big Driftless, była darmowa kawa oferowana przez uśmiechniętą parę – w skrócie: wszystko to, co najlepsze pod amerykańskim niebem Środkowego Zachodu i o czym nigdzie indziej nie usłyszycie.

A później było już krążenie od sceny do sceny w różych konfiguracjach towarzyskich: od Island City pod główną scenę, do food trucka z meksykańskim jedzeniem z miejscowych produktów, do małej sceny w Blooming Grounds (najlepsza pizza i kombucha w mieście!), pod scenę Sanborn, znowu do Island City…. Wieczór zakończyłam (przyznaję, resztką sił) w Ed’s No Name Bar, gdzie przyszło mi zmienić poglądy na scenę punkową (żyje i ma się nieźle) po wysłuchaniu świetnego damskiego tria. Kilka highlights popołudnia i wieczoru, tuaj z You Tube’a, ale cieszę się, że wszystko mogłam usłyszeć na żywo w super fajnych wykonaniach:

 

Z Lydią Lizą (Minneapolis again) spotkalam się po raz pierwszy:

 

O Mike’u Munsonie mogę powiedzieć już, że jestem jego fanką – godny kontynuator bluesa z Delty, przefiltrowanego przez wspołczesną wrażliwość i nurt nieco bardziej w górę rzeki (człowiek z Winony), nagrywa dla małej labeli Blue Front Records, a to mój ulubiony kawałek:

 

Fathom Lane (ponownie Minneapolis) prezentuje się na koncercie znacznie bardziej drapieżnie (na szczęście!) niż w tym oficjalnym materiale:

 

Theyself w Blooming Grounds był bardzo klimatyczny, tutaj nieco więcej żywiołu:

 

Dziewczyny z Last Import przywróciły wiarę w punka, granie wyraźnie sprawia im wiele przyjemności:

I na koniec wisienka na torcie. Jak często zdarzyło Wam się widzieć teatrzyk lalkowy prezentujący samodekonstruującą się, postkolonialą i postmodernistyczną historię o konkretnym miejscu i jego historii (Winonie, noszącej imię córki wodza Dakotów, Wabashy), przedstawienie, na którym dobrze bawią się dzieci i dorośli (zarówno zainteresowani kulturą artystyczną, jak i tzw. zwykli ludzie – i nie pytajcie mnie, jak to odróżniam 🙂 )? To jest właśnie Dr. Bob’s True Tales of Wonder, messieurs et mesdames! Oczywiście w Public Launch, o którym będzie oddzielny wpis. Z Matthew, jednym z założycieli i dyrektorów jestem umówiona na rozmowę o Public Launch, ale na razie jest poza miastem, bo realizuje ten oto absolutnie powalający projekt w St. Louis.

Wracając na rowerze przez ciepłe (24 stopnie wczesną nocą), przedburzowe, ciemne już i trochę puste miasto (a mieszkam na drugim końcu, bardziej w stronę Trempeleau – o francuskich nazwach też będzie), myślałam o tym, jak plotą się opowieści, albo raczej jak nas plotą opowieści, w które wkraczamy trochę nieuważnie i nieostrożnie, z niektórymi z nich wiążąc się na dużo dłużej niż byśmy oczekiwali na początku drogi. Bo wcześniej w ciągu dnia wymieniłam uwagi z Taralie, częścią duetu Spires That in the Sunset Rise. Tara mieszka w Madison, w sąsiednim Wisconsin, ledwie trzy i pół godziny autobusem stąd. Odkąd tutaj jestem, jedna z ich piosenek, jakie zagrały podczas naszego wspólnego koncertu w jakiejś galerii w Chicago (ech, nie pamiętam już nazwy, archiwalia z tego okresu się rozmyły) w 2006 roku, pewnego trudnego z wielu powodów kwietniowego wieczoru, nieustannie gra mi w głowie. O tym, że są z Midwestu, gdzie pola kukurydzy po horyzont. I jestem teraz tutaj. To wciąż trochę nierealne, trochę wyjęte z czasoprzestrzeni miejsce; mam wrażenie, że na uboczu wszystkiego, świat na zewnątrz przypuszczalnie istnieje, bo donosi o tym Facebook i te wszystkie straszne historie, ale tutaj wsiadasz rano na rower, uśmiechasz się szeroko do wzgórz po drugiej stronie Winona Lake (słynne bluffs, na których mieszkają grzechotniki, zwane tutaj jacks), do wiewiórek buszujących w orzechowcach (piękne, wielkie drzewa, z których biorą się orzechy pekan), bo prawie codziennie od dwudziestuośmiu dni świeci słońce, wymieniasz niezobowiązujące, miłe „Hi, how you doin'” ze starszą panią wyprowadzającą na spacer psa  codzinnie o tej samej porze, jedziesz prawie pustymi ulicami, na tych najbardziej uczęśzczanych przeczekujesz góra 30 sekund, żeby ktoś na ruchliwym skrzyżowaniu zatrzymał się i cię przepuścił wbrew zasadom ruchu drogowego i obyczajom panującym nawet w Sztokholmie, nie mówiąc już o Krakowie, przypinasz rower do stojaka obok wejścia do Phelps Hall, wchodzisz i dajesz się zagarnąć muzyce sączącej się głośnika, którą wita cię kampusowe radio, rozchodzące się z ANALOGOWEGO nadajnika w promieniu 70 mil – i już wiesz, że jaka by to nie była muzyka, zawsze będzie dobrze, bo po prostu odkąd tu jesteś, zwolniłaś się z oceniania i osądzania.

I mały bonusik: labela z Minneapolis prezentująca muzykę nie tylko z Minnesoty, głównie rap. Doomtree Collective, czyli hip hop z Midwestu. Dwyell Ronald, który grał kameralny koncert w Island City w Winonie i co mi umknęło. Eyedea, kolejny świetny raper z Minnesoty. Andrew Broder, którego trudno zaszufladkować (podziękowania dla Davina Heckmana za linki). Nie samym Princem Minneapolis stoi 🙂

W trochę innym wcieleniu miałam szansę i przyjemność uczestniczyć w obiegu muzyki tutaj, w USA, z Magic Carpathians, to były zawsze piękne spotkania, w tylu miastach, tylu klubach (niektóre, legendarne, jak Knitting Factory czy Tonic, już nie istnieją). Spotkania rezonują do tej pory, gdziekolwiek byśmy nie byli. Jak z tymi wszystkimi, z którymi jesteśmy blisko, połączeni siłą wyobraźni nadającą kierunek i kształt. To one musiały przybrać formę, która doprowadziła mnie w końcu do tu i teraz.

 

 

 

W poszukiwaniu niebiańskiego syropu

„Bądź jak lis,

co zostawia więcej ścieżek niż potrzeba,

niektóre mylne.

Praktykuj odrodzenie.”

Wendell Berry, Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front.

Lista tematów rośnie, czas się kurczy – również dlatego, że w ciągu tygodnia zajmuję się głównie zajęciami i sprawami zawodowami, a w ciągu weekendu trzeba się naprawdę postarać, żeby nie ulec licznym zaproszeniom, wydarzeniom kulturalnym i okazjom towarzyskim. Nie jest to łatwe. Mam więc nadzieję, że kiedyś uda mi się poświęcić oddzielny wpis tutejszym co-opom, czyli amerykańskim formom spółdzielni zrzeszających producentów organicznych i ich odbiorców. W Winonie jest ich parę. Do tego w soboty w Leevee Park nad samą Wielką Rzeką odbywa się Farmers’ Market (koleny temat sam w sobie, ale zostawię go też na później). To właśnie w Bluff Country Co-Op spotkałam w ubiegłą sobotę Eda, który częstował syropem klonowym, sezonowanym w beczkach dębowych jak bourbon. Na syrop klonowy w ogóle nie trzeba mnie namawiać. Jak tylko spróbowałam, błyskawicznie sięgnęłam po pokaźną zalakowaną butelkę i włożyłam do koszyka. To był bezsprzecznie najlepszy syrop, jakiego w życiu próbowałam (a wiem, co mówię, po dwóch wizytach w Quebecu, wśród Quebecois)! Dzień był pełen innych wrażeń, ale rano przy śniadaniu postanowiłam sprawdzić, jaka tajemnica kryje się za etykietą, która głosiła tylko: B&E’s Trees.

IMG_3528

Na szczęście na odwrocie była strona internetowa. Kliknęłam i… eh boy. Decyzja zapadła równie błyskawicznie, jak ta o sięgnięciu po butelkę w Co-opie. Jak często znajdziecie na stronach farmerów wiersz „Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front” Wendella Berry, poety i także farmera? Nie jeżdżę samochodem, więc była to kwestia namówienia kogoś ze znajomych, których nigdy nie trzeba specjalnie namawiać 🙂 (Po trzech tygodniach tutaj moje życie bez samochodu przypoina tutaj surfing – jeśli nie jeżdżę rowerem np. z powodu wydatnych ulew w ubiegłym tygodniu albo gdzieś jest za daleko, to surfuję na falach ludzkiej życzliwości; nigdy jej tutaj nie brakuje). Rzuciłam pomysł i po kilku dniach nieoceniona Carrie doniosła, że już jest w kontakcie z farmą i że możemy jechać w piątek. Farma mieści się w miejscowości Cashton niedaleko LaCrosse, jakieś 80 minut drogi, w Wisconsin (a jakże!).

Nie było łatwo trafić, drogi stawały się coraz węższe, ostatnie pół mili po szutrówce nie napawało optymizem, ale w końcu wyłoniły się trzy dębowe beczki ułożone jedna na drugiej i tabliczka z numerem posesji, której szukałyśmy. Przywitał nas szeroki uśmiech Eda i błoto – zgodnie z ostrzeżeniem. Ulewa oznacza tu czasem – jak w ubiegłym roku podczas katastrofalnej powodzi – 24 cale opadów w tydzień i jak mi podpowiada kalkulator, jest to niewyobrażalna suma ponad 600 mm! Czyli zupełnie jakby u nas maksymalny opad trwał siedem dni! (ok. 100 mm na dobę, co i u nas oznacza zazwyczaj gwałtowną powódź). Woda będzie leitmotivem opowieści Eda, bo i w ich leśnej farmie, czyli klonowego lasu na stromych stokach wzgórz, ustyuowanego między Eureka Maple Woods State Natural Area i Portland Maple Woods State Natural Area, erozja jest głównym problemem. Zwiedzanie zaczęliśmy od tzw. sugar barn, gdzie sok z klonów jest doprowadzany i kondensowany, aż osiągnie wystarczającą zawartość cukru (która musi skoczyć z ok. 12% do 40-tu kilku).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ed urodził się i wychował na farmie nieopodal (za dwoma grzbietami wzgórz), podobnie jego dziewczyna, Bree. Są miejscowi i wiedzą o regionie wszystko. Na przykład to, że na przełomie lat 30. i 40. prowadzono tutaj bardzo progresywną politykę, w ramach programu Civilian Conservation Corps (1933-1942, jednego z najwcześniejszych programów tzw. New Deal, który miał pomóc w odrodzeniu ekonomii amerykanskiej po Wielkiej Depresji) zachęcano tutejszych farmerów do wysadzania i wysiewania odpowiedni zestawów gatunków i zniechęcano do stosownaia środków chemicznych, ze względu na zasoby wody pitnej w dolinei i na to, że wzgórza, na których leży Cashton, są wododziałem. Później nadeszły „lepsze” czasy, a wraz z nimi klęska wysokouprzemysłowionego rolnictwa, która odbija się tutaj coraz większą czkawką. Farmerzy zależą bardziej od wahań na rynkach finansowych i cen giełdowych kukurydzy i soi (ta ostatni znajduje zbyt głównie w Chinach) niż od czegokolwiek, co dzieje się z ich własną ziemią i co się tutaj rodzi. Jak mówi Ed, coraz więcej farmerów – w obliczu częstych i uporczywych kłopotów będących efektem zmiany klimatycznej – zaczyna więc myśleć o wyjściu z zaklętego kręgu państwowych subwencji i długów, i szuka nowych rozwiązań. Zaczęło się więc zainteresowanie bardziej odpornym na warunki pogodowe gospodarowaniem – w okolicy jest np. organiczna farma mleczna (co tutaj oznacza także dbałość o różnorodność upraw i hodowli) oraz farma permakulturowa New Forest Farm Marka Shepparda (urodzonego w Chorwacji!), z programem wolontariackim (wiecie już, gdzie mnie poprowadzi w nasępnym rzucie?), w Casthon mieści się znana spółdzielnia (co-op) farmerów organicznych Organic Valley. 

Będę się więc upierać: tutaj dzieje się cicha rewolucja. Ludzie, którzy ją robią, nie mają czasu na bzdury, na ogłoszenia na FB, na załamywanie rąk i teoretyzowanie co by było, gdyby i jak byłoby najlepiej, na pouczanie innych i wytykanie winnych. Dlatego ich nie widzicie. Są zajęci na przykład regeneratywnym rolnictwem.

Bo to zajęcie to naprawdę kupa ciężkiej roboty. B&E’s Trees to jest rzeczywiście pięć zaprzyjaźnionych osób, które wszystko robią same: od zbiorów soku z drzew po rozlewanie do butelek (ciągle głównie ręczne!), dystrbucję i marketing (ale ten ostatni termin nie ma nic wspólnego z tym, co zazwyczaj kryje się pod tym terminem – Ed najczęściej wsiada w seoznie do swojego starego pickupa i jeździ po okolicznych co-opach, eventach i festiwalach organizując degustację. Do tego dochodzi organizowanie wszelkich eventów w samej farmie: mają piękną łąkę, na której na przykład odbywają się warsztaty zbierania dzikiego czosnku podczas Ramp Fest – i teraz uwaga, read my lips miłośnicy pesto z czosnku niedźwiedziego – TAK ŻEBY NIE NARUSZYĆ MIEJSCOWEJ RÓWNOWAGI I DOBROSTANU ROŚLIN. W samej sugarn barn jest także zaimprowiozwany niewielki bar do degustacji syropu i innych produktów podczas sezonowych weekendowych spotkań. Najwyraźniej permakulturowy model zróżnicowanego gospodarowania i źródeł przychodów dobrze się tutaj sprawdza. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić ogrom roboty przy tym wszystkim.

Przy tym wszystkim spacer z Edem po lesie pokazał, że świetnie rozumie zasady rolnictwa regeneratywego – to, co robią w swojej leśnej farmie, jest nakierowane tyleż na zbiory, co (może nawet bardziej) na zachowanie miejsca i troskę o przyszłość. A horyzont czasowy jest całkiem inny, niż w przypadku pól modyfikowanej genetycznie kukurydzy: pierwsze zbiory soku klonowego można uzyskać z 50-letnich drzew… Do tego dochodzi odtwarzanie zestawu rodzimych gatunków na łące przy sugar barn, przy nastawieniu głównie na perennials (czyli rośliny wielosezonowe, znacznie bardziej odporne na wahnięcia pogody). Tutaj także mają kłopot z roślinami inwazyjnymi, ale po dłuższej dyskusji okazuje się, że jedne z farmerów wykorzystuje taki inwazyjny gatunek traw jako paszę. Gdzie więc jest problem, tam można znaleźć i jego rozwiązanie, a kryzysy są naszą szansą. Z tej perspektywy kryzys klimatyczny jawi się zupełnie inaczej – choć nikt nie mówi, że będzie łatwo. Może dlatego warto, żebyśmy zakasali rękawy już dzisiaj i uczyli się drobnych i więkzych sposobów. Nie uratujemy planety, to prawda (bo to niemożliwe, to raczej planeta możę uratować nas, jeśi zechce – ona sama bez wątpienia da sobie radę, to tylko życie jakie znamy będzie wyglądać inczej). Zacznijmy jednak wreszcie kojarzyć nadzieję z uporem, wiedzą i determinacją, a nie z fantazjami o przyszłym pięknym życiu. To moja odpowiedź na ten artykuł (cieszył się na FB dużym powodzeniem) – tylko pozornie mądry, w gruncie rzeczy oferujący garść oczywistości, o których wie każdy, kto trochę wychodzi poza swoje internetowe bańki i rusza w teren, żeby sobie ubrudzić ręce. I oczywiście, żę dychotomia, którą tutaj buduję jest pozorna. Ale wiecie co, mam na myśli. Lepsza garść praktyki niż tona teorii (w tym przypadku).

Spacer po lesie klonowym (farmie!) był jak zanurzenie w dobrej przyszłości. W scenariiuszu, który już się dzieje i napawa jeśli nie otuchą, to falą pięknej energii płynącej z poczucia, że nie jesteśmy sami. I to w wielu znaczeniach – nie jesteśmy sami, wokół nas jest tyle żywych pięknych istot. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle pięknych ludzi skłonnych dbać o te istoty i siebie. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle mądrych rozwiązań i tyle wiedzy. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle sztuki, tyle rozmaitych form ekspresji. W tym spacerze instalacja do pobierania soku z drzew i pompowania go na górę, do sugar barn, jawiła się jak jedna wielka landartowa instalacja.

Ed spędził z nami ponad dwie godziny, z entuzjazmem opowiadając o farmie, lesie, regionie i jego historii. Nie mogę teraz myśleć o towarach na półkach w co-opie, jako o zwykłych „rzeczach”. Ani o kupowaniu tam jak o kolejnej formie kosnumpcji. Wkładając do koszyka kolejną butelkę syropu klonowego, organicznych tutejszych bawolich serc (pomidorów), czy pakując orzechy do bawełnianego woreczka w gruncie rzeczy włączam się w krąg dzielenia się opowieściami i zasobami. W tym małym geście styku czipa mojej karty płatniczej z terminalem w Bluff Country Co-op wchodzę w rzekę obfitości. Czasem płynie ode mnie ku innym, a czasem (częściej) odwrotnie. Nie zależy od cyferek, które ten przepływ tłumaczą, one go czasem tylko ułatwiają. Z radością „zapłacę” za to „więcej”, także za tych, którzy dzisiaj „zapłacić” nie mogą. Bo może włączają się w ten przepływ na dziesiątki innych sposobów, a może kiedyś „zapłacą” gdzieś indziej, komuś innemu, kto całą swoją energię wkłada w dobrą przyszłość już teraz.

Dlatego, kiedy następnym razem zobaczycie na fejsie, że ktoś się boi końca świata i pogrąża w desperacji, nie wierzcie. Wiele jeszcze końców świata na horyzoncie, ale nie jesteśmy sami. Zamartwianie się historiami z fejsa jest zwyczajnie nie fair wobec całego wysiłku, który wkładają w zmianę zwykli ludzie Tu i Tam.

 

Pizza Farm? Oczywiście!

Przyleciałam w poniedziałek wieczorem, lądując w Minneapolis po ośmiogodzinnym locie z Amsterdamu, pod świetlistym niebem Środkowego Zachodu, nad Wielką Rzeką, na zachód od której rozciągają się Wielkie Równiny. To było trochę jak lądowanie w krainie dzieciństwa – dotarło to do mnie po ładnych kilku dniach, kiedy przypomniałam sobie zimowe wycieczki do wiejskiej biblioteki po kolejne tomy Jamesa Fenimore’a Coopera czy Marka Twaine’a (i dopiero teraz wiem, że prototypem miasta Tomka Sawyera było portowe miasto nad Mississipi, Hanibal w stanie Missouri – trochę bardziej w dół Rzeki). W czwartkowe popołudnie, po pierwszych dwóch dniach zajęć ze studentami, już siedziałam w samochodzie z Davinem, Carrie i czwórką ich synów – zaanonsowali mi tylko tajemniczo „pizza farm w Wisconsin” i pojechaliśmy. Najpierw przez most na Rzece na drugi brzeg (Mississipi należy się odrębny wpis i to raczej niejeden, bo to Wielka Rzeka), później skręciliśmy trochę wgłąb lądu. Suncrest Gardens Farm w Cochrane, Wisconsin to nieco ponad pół godziny drogi, jakieś 20 mil (czyli ok. 40 km) od Winony.

Wiedziałam tylko tyle, że przez całe lato na farmie organizują tzw. pizza farm. Przyjeżdża się po południu, spędza miły czas w pięknym miejscu, gdzie można dostać pizzę z prawdziwego pieca, zrobioną z lokalnych produktów. Na miejscu okazało się, że zarówno teoria, jak i praktyka (którą zobaczyłam zaraz po opuszczeniu samochodu) potwierdzają permakulturowe podejście gospodarzy, choć w krótkiej rozmowie w okienku z Heather ten termin się nie pojawił.

Na farmie jest prowadzona pełna segregacja (co w USA nie jest powszechne) oraz zróżnicowane uprawy, z miejscem na zwierzęta. Podczas pizza farm można było zauważyć, jak cieszą się uwagą sporej gromady dzieciaków (zaleta wieczorów z pizza farm polega też na tym, żę można tutaj miło spędzić czas z całą rodziną i znajomymi, a dzieciaki znikają we własnym świecie. Moją uwagę przykuła spora grupa ludzi przy rozkładanym stole obok, która pośrodku licznie zgromadzonych zasiadla do modlitwy. Najwyraźniej przyjechali małym autobusem. Okazało się, że to dwójka ludzi, którzy co roku – od ładnych kilku lat – adoptują dziecko. Aktualnie ich rodzina liczy 11 osób.

Pizza farm polega jednak przede wszystkim na konsumpcji 🙂 Albo inaczej, bardziej właściwie: na celebracji bycia razem. Szybko okazało się, że jest tutaj mnóstwo znajomych Davina i Carrie oraz znajomych i znajomych, większość z nich związana z Winona State University albo innymi uczelniami w regionie. Zresztą nawiązywanie znajomości w małych miastach Środkowego Zachodu to rzecz najłatwiejsza na świecie – uśmiechasz się do kogoś i po chwili już rozmawiacie jak starzy znajomi (albo przynajmniej wymieniacie uwagi o pogodzie, miłym dniu i pięknej okolicy). Konsumpcja też wygląda inaczej: są tu przede wszystkim produkty miejscowe, lokalne i regionalne. Niektórych marek piwa z Wisconsin nie kupi się za mostem, czyli w Minnesocie. Za truskawkowym ale nie będę raczej tęsknić, ale lokalna IPA z Cochrane należy do najlepszych, jakie znam 🙂 (well, przynajmniej do piątku wieczorem, kiedy – jak się okazało – zdobyła ten tytuł produkcja minibrowaru z Winony, Island City Brewing Company

Zresztą, konsumpcja też nie oznacza tego, co gdzie indziej. PIzzę można zamówić wcześniej, jeszcze z samochodu. Ale zasada jest prosta, choć nieubłagana: przyjeżdżasz, płacisz, pobierasz numerek z okienka i czekasz. Czasem, jak mówią znajomi, nawet i cztery godziny, jeśli jest dużo ludzi. Nikt się jednak nie irytuje ani nie spieszy. Można w międzyczasie np. przypiec sobie coś na ognisku, choćby… hmmm… marshmallows umieszczone następnie między dwoma herbatnikami z kawałkiem gorzkiej czekolady (guilty pleasure 🙂 ).

(Poniższe zdjęcia zawdzięczam Carrie McKee.)

 

Za to pizza, jaką się otrzymuje… Eh boy… Pomysł z farmami pizzy (jest ich więcej w Wisconsin) przebił się nawet do Chicago Tribune i magazynu Today w NBC. Rzeczywiście „Eat well, smile often” (oficjalne motto farmy). To podobno znakomit pomysł na biznes dla farm rodzinnych – Suncrest zatrudnia teraz dodatkowe osoby do pracy w sezonie pizzowym – rzecz niebagatelna w świecie, gdzie farmy rodzinne mają wyjątkowo pod górę, z wielu powodów. Wydaje się jednak, żę rodzi się tutaj jakiś nowy model ekonomiczno-społeczno-kulturowy, którego podstawą jest odpowiedzialny wobec ludzi, ziemi i istot sposób postępowania z ziemią oraz umiejętność cieszenia się z tego, co można w takich warunkach zrobić. A można zrobić dużo. Nie pozostało więc nic innego, jak wpić pinezkę na mapie gości w miejscu, gdzie znajduje się Biotop Lechnica. Polska na razie pozostaje bez pinów, więc macie szansę być pierwszymi Polakami w tutejszej zagrodzie 🙂

P1210951