Szacunek dla źródeł (w praktyce, nie w słowach)

DSC_5218

Australia, jej unikatowa flora i fauna, rdzenni mieszkańcy – spadkobiercy jednej                z najstarszych kultur na Ziemi, a także powolny proces dochodzenia do równowagi po latach bezlitosnej eksploatacji ziemi i ludzi są w niebezpieczeństwie.                                  To niebezpieczeństwo jest naszym wspólnym zagrożeniem i powinniśmy bardzo poważnie i dogłębnie zobaczyć, co z naszego miejsca możemy zrobić konkretnego              i zmieniającego/otwierającego w dłuższej perspektywie czasowej/kulturowej.

Dwa lata temu (pod koniec 2018 roku) napisałem zręby tekstu jaki zdecydowałem się teraz udostępnić. Wiosną 2019 roku tekst nieco przerobiłem, uprościłem i poszerzyłem   o nowe przykłady sytuacji, których lawinowo przybywa. Pomyślałem, że może najbardziej odpowiednim miejscem do prezentacji tekstu będzie „Festiwal Didgeridoo”  w Wojszynie w 2019 roku i poza projektem Plantline ze źródłowymi elementami kultury Aborygenów, zapożyczonymi z podaniem źródeł i kontekstu, przygotowałem kilka zszywek z niżej prezentowanym tekstem. Niestety, podczas Festiwalu nie udało się tekstu/problemu przedstawić, ani też o nim porozmawiać. Ostatnie miesiące wielkiej zagłady w Australii, której źródłem są wielkie pożary (bagatelizowanie ich                            i wskazywanie na ich naturalne przyczyny lub podpalenia, to błąd i zła wola w świetle identyfikowanych obecnie nowych forma olbrzymiego ognia wywołanego zmianami klimatu i wadliwą gospodarką – o czym też starałem się w miarę możliwości pisać, przy okazji recenzowania znakomitej książki.

Kiedy dymy z płonącej Australii zmieniły wygląd lodowców w Nowej Zelandii, a straty   w unikatowej faunie (bo straty we florze są niemożliwe do oszacowania) liczy się           w miliardach… Stowarzyszenie Didgeridoo „ruszyło z pomocą” Australii…          Chciałbym pomóc i ja!

Dlatego proponuję aby dokładnie przyjrzeć się naszej dotychczasowej praktyce zajmowania się – w jakimś sensie – Australią, bo zdecydowanie łączę didjeridu z rdzenną kulturą Aborygenów i zawsze to robiłem. Poprawienie tej praktyki, kontakty z Aborygenami (ale poprzedzone zdobyciem podstawowej wiedzy), szacunek dla Ich kultury z pewnością otworzy wiele możliwości prawdziwej pomocy. Druga część mojej propozycji, którą ja sam praktykuję, to wysiłek podjęty w celu orientacji w tym co naprawdę dzieje się z naszą Ziemią, z ludźmi i niszczycielską kulturą pochodzącą              z Europy. Tu się to wszystko zaczęło i to tutaj się powinno skończyć. Jest bardzo silny        i konkretny związek pomiędzy praktykami permakulturowymi, studiowaniem rdzennych kultur, uczestniczeniem w lokalnej polityce i świadomym, chociaż trochę mniej egoistycznym i bezrefleksyjnym, stylem życia. Mogę oczywiście wpłacić „jakąś stówkę” (cytat z netu) na wezwanie, ale mam nadzieję, że moje propozycje są też coś warte, a mogą przynieść dobre skutki na bardzo długo. Tekst jest włączony do 4 numeru naszego herbalistycznego zina pt. The Diggers Morning, który ukaże się wiosną 2020 roku. Zachowałem w nim styl związany z pierwotnym przeznaczeniem – do prezentacji   i dyskusji w trakcie „Festiwalu Didgeridoo”.

Biotop Lechcnica / The Diggers Morning zine #4/2020

Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy

Zbliża się czas Festiwalu, który w swej nazwie odnosi się do korzeni, rozumianych jako obszar źródeł kultury. Główna bohaterka Festiwalu to trąba Aborygenów, nazywana przez nas: d i d j e r i d u, co zapisujemy na kilka sposobów, z których ani jeden nie jest poprawny, bo wszystkie mają swoje źródło w nazwie nadanej przez białych kolonizatorów Australii,  a nie w oryginalnych nazwach miejscowych.

Festiwal Dźwięki z Korzenia, nigdy się nie zamykał na swobodne łączenie stylów                    i wzbogacone instrumentarium, a o ile pamiętam, także fujary pasterskie i rozmaite inne instrumenty znajdowały na nim swoje właściwe miejsce. Do pewnego stopnia Festiwal jest też spotkaniem producentów instrumentów, które potocznie przyjęto w Polsce nazywać „etnicznymi”, a często jest tak, że budowniczowie instrumentów także grają na nich publicznie, bywają też prawdziwymi artystami. Wydało mi się to świetną okazją na zaproponowanie Wam / Nam wszystkim, chwili zastanowienia i ewentualnie dyskusji podczas Festiwalu nad kilkoma spostrzeżeniami i faktami, które przypominają o zjawisku, którego najwyraźniej nie wszyscy są świadomi. Jestem przekonany, że taka refleksja pomoże nam wypracować jeszcze lepszą formułę dla Festiwalu i stale go doskonalić           w pozytywnym kierunku, czyli ku formom pełnym wiedzy, uważności i szacunku dla źródłowych kultur, z których – świadomie lub nie – stale czerpiemy.

Trąby Aborygenów narodziły się w części Australii, gdzie w czasach archaicznych rosły eukaliptusowe lasy i żyły termity, a także pewne gatunki pszczół, bez których to elementów pozaludzkich, tradycyjne trąby i techniki gry nie mogłyby się pojawić w formach, jakie znamy. Ich konstrukcja, brzmienia, zastosowanie, zdobienia, kultura muzyczna i duchowa, związane są z tysiącami lat historii rdzennych mieszkańców Australii, których – podobnie jak ich trąby – nazywamy stale mianem nadanym przez kolonizatorów. Aborygeni to określenie wywiedzione z łacińskiego określenia – „od początku”, a więc aborygeni, to wszyscy „ci, którzy byli tu od początku”, a Aborygeni (pisani z dużej litery) to rdzenni mieszkańcy Australii, których historia w Australii – licząc bardzo ostrożnie – ma ponad 50 tysięcy lat. Dane te są stale weryfikowane in plus.

Nie wiem, czy wszyscy jesteście świadomi, ale tzw. Aborygeni (a w istocie wiele rozmaitych klanów o własnych nazwach) zostali okradzeni z ziemi i kultury, podlegali systematycznej zagładzie, a biali kolonizatorzy uprowadzali im dzieci i wychowywali po swojemu. Skutek tego procederu nazwano Utraconym Pokoleniem.

Aborygenów zaliczano do stworzeń zamieszkujących Australię, nie do ludzi. Ten czas to kolonializm. Później zmieniły się nieco metody: okradanie Aborygenów weszło w fazę neokolonializmu, odbywa się nadal, ale już nieco inaczej. Relacje pomiędzy rdzennymi mieszkańcami Australii a potomkami kolonizatorów to ciągle bardzo trudne problemy,      a ich stan jest daleki od zadowalającego.

Ponieważ – jak się okazało – jestem w dużej mierze odpowiedzialny za popularyzację trąb Aborygenów w Polsce, to mam powód do zawracania Wam głowy wątpliwościami, co do stanu naszej świadomej praktyki muzycznej, dotyczącej części kultury jaką przejmujemy  (z całym Zachodem, Wschodem i Północą świata…) od Aborygenów.

Chodzi mi o używanie nazw (czyli powoływanie się na źródło) na nowe instrumenty, których sposób wykonywania nie ma nic wspólnego z tradycją, oryginalnym budulcem i kompleksem ekologicznym z jakich biorą się trąby rdzennych mieszkańców Australii.

Autorzy i współautorzy (zarówno ludzie, jak rośliny i zwierzęta) długiej i fascynującej tradycji trąb z Australii stale tam żyją i stale ich używają, chętnie też (przynajmniej w pewnym zakresie) dzielą się swoją kulturą na wiele sposobów (nagrania, pokazy, koncerty, festiwale, książki, sklepy itp.). Co więcej, mają już tylko swoją kulturę, bo resztę im ukradziono i bardzo niechętnie przyznaje się Aborygenom prawo do swobodnego dysponowania ziemią, łamiąc przy okazji także pozamaterialne podstawy ich animistycznej kultury.

Czy nie powinniśmy sytuacji tej przemyśleć i znaleźć sposoby, aby oddać coś kulturze,           z której tak swobodnie czerpiemy? Szczególnie dotyczy to form zorganizowanych,               a przecież i Stowarzyszenie i Festiwal są takimi formami. Pierwszym dobrym krokiem byłoby może przybliżenie wiedzy o Aborygenach i Ich kulturze?

Ci z Was, którzy wiedzą sporo na temat o jakim piszę, a wydaje się im, że dotyczy jedynie bardzo odległych nam kultur i zjawisk, na jakie nie mieliśmy wpływu, niech posłuchają innej opowieści. Dotyczy ona bardzo bliskiej (w sensie geograficznym i kulturowym) nam tradycji, bo instrumentów i muzyki naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Kilka dni temu przy wymianie zdań na FB, polski producent całkiem udanych fujar pasterskich, a do tego mieszkający na Słowacji (szukający jednak zbytu w Polsce), wyjawił mi, że nie wiedział, że fujara jest instrumentem słowackim. Bardzo Was przepraszam i zapewniam, że nie ma nic osobistego w tym co piszę, ale to jest jakieś kuriozalne nieporozumienie!

Wszyscy doskonale znają się na tonacjach, hercach i gęstości drewna, wymyślają insajderskie „gwarowo-folkowe” nazwy instrumentów i praktyk muzycznych, ale nie wiedzą, co właściwie produkują i na czym grają? A nie dotyczy to przypadkowego fletu,      a fujary pasterskiej, wpisanej na listę UNESCO jako słowacki, narodowy wkład                    w tradycyjne źródła kultury świata! To jest zajmowanie się muzyką i instrumentami „etnicznymi”? Bo rozumiem, że niezbyt trafne, ale jakże w Polsce popularne i zdawało by się oczywiste (?) określenie „etniczny”, odnosi się do pochodzenia instrumentu z jakiejś konkretnej kultury?

Jakiś czas temu, inny miłośnik, rzecz jasna także „etnicznych” instrumentów, podzielił się na FB swoją bardzo krytyczną opinią na temat kilku rodzajów fletów wykonywanych          w porozumieniu ze mną w sposób, który odtwarza najstarsze sposoby postępowania z drewnem (tzw. drewno księżycowe) i wykonywanymi instrumentami (ręczne techniki tradycyjne), oraz sposoby gry na nich. Według niego nasze instrumenty nie spełniają parametrów technicznych, co czyni je trudnymi lub bezużytecznymi, a więc nadającymi się wyłącznie do wyrugowania z obiegu.

Zdecydowanie twierdzę, że tradycyjne instrumenty, nie były w swych początkach tworzone dla udawania fabrycznych, zachodnich fletów o innym przeznaczeniu i technologii wytwarzania. Jeżeli tak się stało, to raczej nie w obrębie źródeł ich pochodzenia,                   a stworzonych znacznie później, wymagań rozrywkowych kapeli i solistów, którzy chcieli / musieli (?), pogodzić klasyczne, uważane za „prawdziwe” instrumenty z ozdobnikami        w postaci „etnicznych” stylizacji.

Herce i idealne strojenia nie są przeszkodą, ale nie były też celem – aż do stworzenia rynku, na którym sprzedaje się wszystko, co jest dostatecznie „etniczne”, ale i zmodyfikowane do grania, wymyślonej stosunkowo niedawno muzyki.

Jeżeli ktoś chciałby użyć argumentu o zapisach muzycznych Kolberga i innych tego typu badaczy z tego samego okresu historii badań etnomuzykologicznych, to wyjaśnijmy natychmiast, że są to uproszczone (albo może ubarwione?) zapisy pojedynczych interpretacji, zasłyszanych kiedyś w trudnych do odtworzenia warunkach i zanotowane    w języku nutowym, który jest produktem całkiem innego kręgu kulturowego niż ten z jakiego pochodzi muzyka i interpretacja muzyczna.

Polskie kapele tzw. góralskie, pełnymi garściami i od zawsze czerpały z muzyki zasłyszanej na Słowacji, budując na niej swoją tożsamość, co obecnie wielu świadomych i uczciwych muzyków z tego kręgu przyznaje otwarcie. Taka samoświadomość daje nadzieję i otwiera drzwi do budowania autentycznej kultury pogranicza. Niestety, nie wszyscy uczymy się na dawnych błędach i swoista swoboda w przywłaszczaniu sobie każdej rzeczy, o której zdecydujemy, że się nam „przyda”, albo że się szybko sprzeda, zaczyna dotyczyć wyjątkowych instrumentów muzycznych.

Aby było jasne: jestem zdania, że konstruowanie instrumentów, w tym instrumentów modyfikowanych i zupełnie nowych, nie jest zabronione, ba, jest nawet wspaniałym doświadczeniem, które może wzbogacać kulturę na wiele sposobów, ale tylko w sytuacji prawdziwego szacunku dla źródeł, wzorów i zasobów, które nie my stworzyliśmy.

Autentyczne instrumenty – w rodzaju fujary pasterskiej – były instrumentami osobistymi      i solowymi. Granie zespołowe, o ile miało kiedykolwiek miejsce, było rzadkim rytuałem,      a wzmocnione lub wywołane zostało poprzez sytuacje, jakie stworzono sztucznie organizując wielkie festiwale, koncerty i wszelkiego rodzaju imprezy muzyczne. Wiele instrumentów tego typu ma drobne skazy materiałowe, pewne zawirowania tonacyjne, mocną „górę” lub „dół” oraz kilka cech specyficznych i niepowtarzalnych. Należą do nich: wyjątkowa śpiewność, skłonności do przegłosów uzyskiwanych w nietypowy sposób i wiele innych aspektów, które poznaje się przez muzyczną praktykę trwającą wiele lat.

Każdy muzyk szuka swego idealnego instrumentu, bywa, że latami. Myślicie, że chodzi        o herce, gęstość drewna, menzury, cienkość ścianek albo idealne strojenie z elektronicznym stroikiem? Może chodzi o zastąpienie drewna szkłem, plastikiem lub metalem, a dłuta i ręcznego świdra tokarką lub laserem? Zdecydowanie – nie!

Zamieniając ciężkie, czasem nieco chropowate, ale i zaskakujące brzmieniem, tradycyjnie    i mozolnie wytwarzane w małych ilościach instrumenty, na seryjnie wytwarzane matematyczno-fizyczne „ideały”, dobre na każdą okazję, nie tylko fałszuje się tradycję, ale    i zmienia reguły gry. Wszyscy zaczynają brzmieć tak samo, bo sklepy muzyczne                     i internetowe giełdy, pełne są tego rodzaju wytworów, mających jedynie ubarwiać świat „profesjonalnej” muzyki z poszufladkowanych nurtów o handlowych i mylących nazwach. W wyniku tych procesów, autentyczni twórcy źródłowych instrumentów i muzyki, odstawiani są do przegródki z muzyką pierwotną, trudną do słuchania, nie tak sprawną     i wesołą, a więc są ponownie i niejako prewencyjnie okradani z tego co stworzyli.

Korzystanie wyłącznie ze zmodyfikowanych, sztucznie „ułatwionych” instrumentów, zmienia praktykę muzyczną, wyobraźnię i swoistą kreatywność, jaka się pojawia w trakcie pierwszego badania indywidualnie potraktowanych instrumentów, wytworzonych w tradycyjny sposób i z poszanowaniem drewna. Zarówno w przypadku „didjeridu”, jak          i rodziny fletów z bzu czarnego, tracimy w ten sposób nie tylko unikalne konstrukcje ze specjalnie pozyskiwanego i spełniającego bardzo subtelne wymogi drewna, ale sporą część obszaru kreatywnego, indywidualnego i satysfakcjonującego procesu tworzenia muzyki lub rytualnej przestrzeni zbudowanej z tkanki dźwiękowej.

Energia muzyki nie ma jednego źródła i nie pojawia się na zawołanie po odtworzeniu szeregu zadanych nut. Brzmienie, które „kroczy przed muzyką”, to znacznie bardziej złożone zjawisko o podstawowym znaczeniu dla ambitnych twórców. Instrumenty tradycyjne nie zostały stworzone dla precyzyjnego realizowania zamierzeń nieznanego nam kompozytora, który napisał (lub zapisał jak potrafił) nuty znacznie upraszczające sferę brzmienia, techniki wykonawcze i w konsekwencji całą muzykę.

W przypadku tradycyjnych instrumentów o indywidualnym wyrazie, muzyk jest zarówno kompozytorem jak i wykonawcą, a do tego ma warunki dla tworzenia utworów muzycznych w czasie rzeczywistym oraz sferę satysfakcji trudnej do porównania                 z czymkolwiek poza momentami duchowego wglądu.

Dlatego trudno się pogodzić z zarzutami, że tradycyjne instrumenty, wytwarzane technikami znanymi od setek, a nawet tysięcy lat są „gorsze”, bo nie tak gładkie i nie tak dobrze przystosowane do oczekiwań i mentalnych możliwości masowego odbiorcy.

Każdy niech robi to, co uważa za słuszne i uczciwe, ale trochę wiedzy, zastanowienia            i refleksji zawsze i wszystkim się przydaje. Z pewnością uda się wypracować bardziej zadawalający stan wiedzy o prawdziwym znaczeniu i wartości tradycyjnego wytwarzania instrumentów i ich właściwego zastosowania, nikt na tym nie straci, a zyskamy wszyscy.

Mamy wielu wspaniałych budowniczych pięknych kopii i nowych typów instrumentów (a kilku z nich wie, że zawsze ich wspierałem i szczerze podziwiam efekty ich pracy) i chodzi jedynie o realne formy, jakie powinny się pojawić w konsekwencji autentycznego szacunku dla źródeł.

Aby nie sprawiać wrażenia, że praktyki tego rodzaju dotyczą jedynie didjeridu lub fletów      z bzu czarnego, wymienię inne, które doskonale pasują do opisanego schematu: bębny „szamańskie” (w tym „szamańskie bębny wegańskie” z membranami z papieru, a nie skóry!), afrykańskie bębny „djembe”, misy pocierane „niby z Tybetu” w kalifornijskiej wersji kryształowej, fletnie, ksylofony, lamellophony, a także wiele prostych instrumentów strunowych i smyczkowych.

Poza wszystkimi kwestiami kulturowymi, technicznymi i aktualnie modnymi nurtami światowej pop-kultury, pozostaje kwestia zwykłego szacunku dla ludzi, do których przynależy przejmowana przez nas kultura. Gdyby nas to obchodziło, gdybyśmy studiowali źródła i kontaktowali się z twórcami czy spadkobiercami oryginalnych kultur, to                  z pewnością moglibyśmy znaleźć pola do współpracy. Współpracy, a nie zawłaszczania.

Pierwszym krokiem na drodze właściwie pojętej współpracy, mógłby być szacunek okazany przez uporządkowane nazewnictwo, nie odwoływanie się w celach reklamowych do tradycji nam nie znanych i nie praktykowanych, pomoc ludziom i instytucjom wspomagającym kultury źródłowe znajdujące się w stałej opresji.

Może uda się nam wspólnie zrobić krok w dobrą stronę?

Marek Styczyński, Biotop Lechnica / Kraków, wiosna 2019

P.S. Ponieważ w Australii spłonęły wielkie obszary leśne, to ograniczone już mocno przepisami o ochronie przyrody wywożenie z Australii drewna eukaliptusowego, służącego do wykonywania trąb, będzie pewnie drastycznie zahamowane. Zniknął też spory rezerwuar materiału dla budowania trąb przez samych Aborygenów (dla siebie czy też dla turystów i pasjonatów gry na nich). Wydaje się, że prawdziwa pomoc od europejskich miłośników trąb może się ujawnić w dalekim od muzyki sektorze leśnictwa i permakulturowego rolnictwa w Australii. Nadciąga szybciej niż myślałem czas, w którym moja kolekcja eukaliptusowych trąb wykonanych przez Aborygenów znanych mi czasem z imienia i nazwiska, będzie miała wartość pokazową – oto jak wygląda rytualna trąba Aborygenów wykonana z eukaliptusa! Zupełnie się z tego nie cieszę.

 

 

Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce

Permakultura ewoluuje nieprzerwanie od lat 70. XX wieku i przybiera bardzo interesujące formy. Pismo Permaculture Magazin wydawane w UK, w 2018 roku obchodziło 25 lat istnienia, a ilość poradników, książek, kursów, ośrodków i indywidualnych przedsięwzięć z permakulturą jako podstawą działania stale rośnie.    Dla mnie, to Bill Mollison i Robert Hart są prawdziwymi bohaterami naszych czasów (wprawdzie odeszli jakiś czas temu, ale trudno mówić o Nich w czasie przeszłym, bo żyją w tak wielu ważnych przedsięwzięciach na świecie), a dodałbym do Nich jeszcze kilku pionierów, z których Masanobu Fukuoka, Russel Smith i Mark Shepard wydają się mi najciekawsi. Osobne miejsce ma niezwykły Joe Hollis ze swym lasem pełnym wspaniałych roślin. Można by tak jeszcze wymieniać wielu ważnych ludzi permakultury, ale jest ich tak wielu, że pozostaje się tylko cieszyć ich obecnością.

Od pierwszej myśli o permakulturze jako skutecznej formie ratowania naszego środowiska w systemie tym nie chodziło jedynie o techniki ogrodnicze. Podstawy etyczne, jasne cele i sposoby ich realizacji kształtujące nową ekonomię, styl życia w zgodzie z prawami ekologii zmieniają nawyki wielu ludzi. Nie stosowanie nawozów sztucznych i zakładanie wyniesionych grządek lub spirali ziołowych nie stanowią istoty permakultury i warto zainteresować się szerszym kontekstem tej światowej, cichej rewolucji.

W otwartym dostępie jest już zapowiadany wielokrotnie tekst Anny Nacher pt. Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce. Tekst znajduje się w nowym numerze pisma Prace Kulturoznawcze  w numerze – Kultura Misji. Bez problemów technicznych i bez opłat możecie sobie ten tekst przeczytać i wydrukować, a jest to tekst pionierski pod wieloma względami. Doskonała lektura na ciemną część roku, na czas refleksji i planowania.

Deep Listening

66595703_2972214029462585_1694979122192711680_o

Praktykując permakulturę, wcześniej czy później napotkamy problemy z uważnością. Obserwacja przyrody, jej naturalnych rytmów i zaskakujących rozwiązań, która jest podstawowym elementem projektowania permakulturowego, nie jest techniką ani łatwą, ani też daną ot tak. Jest umiejętnością, która wymaga wypracowania. Zawodowi przyrodoznawcy mają jakiś zasób praktyki wyuczonej w trakcie studiów i/lub wykonywania zawodu, amatorzy zazwyczaj uczą się wolno i boleśnie. Jednym z aspektów uważności jest pełne skupienia słuchanie otoczenia. Ten rodzaj słuchania daje wiele satysfakcji, wiedzy i inspiracji.

W światowej muzyce nurt o nazwie deep listening kojarzony jest z niezwykle interesującą badaczką, kompozytorką i performerką – Pauline Oliveros. Płyty, zapisy warsztatów, nagrania, biuletyny OM (od Other Music) i wszelkie wieści z „obozu” Oliveros w USA były przez 20 lat naszym stałym elementem nauki i inspiracji.

Pauline Oliveros zasłynęła także jako „odkrywczyni” możliwości improwizacyjnych akordeonu i na stałe wprowadziła ten instrument na sceny eksperymentatorskie. Tym bardziej ucieszył nas (a pisząc „nas” i „naszym” – myślę tu o projekcie The Magic Carpathians) projekt Głębokie Słuchanie i zaproszenie aby zbadać w jakim zakresie możemy znaleźć w nim swoje miejsce w 2019 roku.

Projekt doczekał się dokumentacji w postaci wydawnictwa książkowego i sprawia mi dużo radości fakt, że pierwsze, prapremierowe spotkanie promujące książkę Głębokie Słuchanie odbędzie się podczas mojego autorskiego cyklu w Krakowie.

Poniżej zamieszczam tekst Organizatorów Projektu i Wydawców książki.

12.12.2019, godzina 19.00

Promocja książki podsumowującej projekt Głębokie słuchanie realizowany w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, na który złożyły się wystawy, wykłady, performances i spotkania z artystami.

Tytuł został zaczerpnięty z koncepcji kompozytorki Pauline Oliveros, która w ramach głębokiego słuchania praktykowała obserwacje własnego ciała, mające prowadzić do umiejętności nasłuchiwania Innego. Celem tych ćwiczeń miało być przekształcenie nawyków percepcyjnych w celu wykształcenia postawy czujności i otwartości w stosunku do otoczenia.

Udział wzięli: Karolina Freino, Martyna Łyko, Jolanta Jastrząb, Honorata Martin, Daniel Koniusz, Tomasz Koszewnik, Norbert Delman, Karolina Grzywnowicz, Piotr Bosacki, Konrad Smoleński, Adrian Kolarczyk, Iwona Demko, Mateusz Kula, Cecylia Malik, Anna Nacher, Marek Styczyński.

Galeria BWA stała się podczas trwania projektu tymczasowym laboratorium pracy z dźwiękami. Pełniła  funkcję pojemnika gromadzącego różnego rodzaju opowieści, śpiewy, zawodzenia, trzeszczenia, zgrzyty, oddechy, szelesty. Działania zaproszonych artystów  rozpięte były  pomiędzy trzema zagadnieniami: słuchaniem jako narzędziem badawczym, w ramach którego oddaje się głos uciszanym, terapeutycznym ćwiczeniem z uważności, którym zaproszeni artyści dzielą się z odbiorcom, wreszcie wsłuchiwaniem się w otoczenie, jednocześnie czułym, jak i krytycznym.

Spotkanie z kuratorką projektu Martą Lisok połączone będzie z prezentacją Marka Styczyńskiego, który razem z Anną Nacher przygotował  w galerii audioperformance w oparciu o dźwięki topiących się brył lodu.                                                                                       Jak mówi Marek Styczyński: „Intensywnym słuchaniem wody i środowisk wodnych zajmujemy się od wielu lat; owocem tej fascynacji były płyty z serii Biomusic koncentrujące się głównie na środowisku brzmieniowym wybrzeża Bałtyku i związane z projektem ochrony fok oraz morskich ssaków. Znacznie później pojawiło się kilka zarejestrowanych soundwalków zza kręgu polarnego, gdzie rejestrowaliśmy wzorce dźwiękowe o dłuższych przebiegach czasowych — korzystając z możliwości auralnych jedynych w Europie większych obszarów, gdzie dźwięki silników spalinowych należą do rzadkości. Udało nam się uchwycić przeplatające się sekwencje głosów ptasich oraz wszechobecnego żywiołu wody. To wtedy właśnie usłyszeliśmy wyraźnie, jak mocno jesteśmy włączeni w obiegi wody, które rozgrywają się dookoła nas, ale także — za sprawą padającego tam niemal nieustannie deszczu — na powierzchni naszej skóry. Drobne napięcia powierzchniowe, subtelne głosy kropel odbijających się o bardzo różne powierzchnie, rozchodzące się w powietrzu o różnej gęstości – to wszystko stało się zapowiedzią dyskusji, która miała dopiero się rozpocząć.

Obiegi wody kryją się w samym centrum debat o zmianie klimatycznej: o topniejących lodowcach arktycznych i wysokogórskich; o zwalniającym prądzie Golfstrom; o obniżających się zasobach wód gruntowych w górach; o wysychających i wyschniętych, zabetonowanych miastach; o katastrofalnych powodziach.

Zapraszamy do głębokiego słuchania obiegów wody (…) Naszym przewodnikiem w tym słuchaniu będą zmiany stanów skupienia oraz jedna z najstarszych, tradycyjnych metod zatrzymywania wilgoci i nawadniania z południa Europy, pozwalająca na uprawę roślin nawet w ekstremalnie suchych warunkach: system ceramicznych naczyń olla (…).

Spróbujemy — słuchając — odnaleźć drogę środka między dwoma ekstremami, które w dobie zmiany klimatycznej stają się naszą codziennością”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

dr Marta Lisok, adiunkt w Zakładzie Teorii i Historii Sztuki ASP w Katowicach, absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego i filozofii Uniwersytetu Śląskiego.  Autorka książki „Dzikusy. Nowa sztuka ze Śląska” i licznych tekstów o sztuce. Współpracowała z czasopismami „Dwutygodnik”, „Fragile”, „ArtBuisness”. Kuratorka wystaw w Galerii Sztuki Współczesnej ( m.in. „Mleczne zęby”, „Nocne aktywności”, „Drobnostki”, „Replikantki”, „Nic nie widać”, „O powstawaniu i ginięciu”, „Mocne stąpanie po ziemi”, „Przypadkowe przyjemności”, „Widmo”, „Przesilenia”, „Próba sił”). Stypendystka Marszałka Województwa Śląskiego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

66071733_2309165612463336_7021386825826566144_o

 

Inula racemosa / Rosa webbiana

Mam nadzieję, że kiedy długo się nie pojawia kolejny wpis, to Rozumiecie, że powodem nie jest brak, a obfitość – dużo pracy i wyjątkowo (?) dużo tematów. Kilka komunikatów na początek, które są konieczne, a i pora roku skłania do przemyśleń i zaplanowania zmian. Pierwsza zaplanowana zmiana, to połączenie moich wiadomości do Was z blogów: etnobotanicznie.pl i biotoplechnica.eu w jedno miejsce. Będzie to poszerzony o zasób wpisów z „etnobotanicznie” blog http://www.biotoplechnica.eu  Przeglądam wpisy z wielu lat i to prawdziwa książka o roślinach i kulturze, ale też i pewnego rodzaju dziennik, który całkiem ładnie pokazuje jak wszystko zmierzało do miejsca zwanego teraz Biotop Lechnica i górskiej permakultury z kolekcją interesujących roślin. Ta zmiana jest konieczna, a przy jej okazji może uda się zrobić czytelny katalog roślin/wpisów z „etnobotanicznie”. Jest w tym trochę chęci aby jednak nakłonić do czytania starszych wpisów, bo jest w nich spory zasób inspirujących roślin, sytuacji, książek i ludzi. Proponuję łatwą praktykę, szczególnie tym, którzy od niedawna czytają moje wpisy na wspomnianych blogach… Jeżeli czytacie nowy wpis, to kliknijcie na jakikolwiek miesiąc w roku 2014 lub 2015 … i zobaczcie co tam się znajduje?! Moje wpisy traktuję jako kontynuację wieloletniej aktywności etnobotanicznej, permakulturowej, moich i naszych z A. książek, czasem także materiału wydanego na płytach, sporów, przyjaźni i rozwiewających się jak sen znajomości. 🙂 Jeżeli więc, wiosną czy wczesnym latem nie znajdziecie w sieci http://www.etnobotanicznie.pl, to nie wpadajcie w przygnębienie 🙂 i swobodnie szukajcie zasobów na http://www.biotoplechnica.eu

Drugi komunikat, dotyczy naszego zina – The Diggers Morning : Radykalny Herbalizm / Permakultura / Dzikie Bycie. Przygotowujemy numer 4 pełny interesujących materiałów. Będzie w nim materiał nt. permakultury w postaci zestawienia 4 krótkich materiałów jakie opracowywałem dla 4 spotkań otwartych pt. Permakultura. Przeciw Globalnej Katastrofie. Można ten materiał traktować jako kurs podstawowy nt. projektowania i technik permakulturowych w bardzo autorskim, moim ujęciu. Do tego dodamy opis naszych filmów jakie Wytwórnia SPITZENBERG STUDIO wyprodukowała przez ostatnie 4 lata. Przypominam, że poza filmem Śmierć   filmy możecie zobaczyć jedynie podczas autorskiej prezentacji. Powoli tego rodzaju prezentacje są organizowane także z Waszej inicjatywy. Pokażę też w osobnym tekście ilustrowanym fotografiami z Biotopu i na szerszym tle kulturowym, system oszczędnego nawadniania OLLA i kilka prostych i praktycznych rozwiązań wzbogacających nasze praktyki ogrodnicze. Będzie też przegląd ważnych książek… oraz notki na temat tekstów i publikacji jakie powstały w ostatnim roku z udziałem Biotopu Lechnica. Zin jest wydawany w formie papierowej i należy go sobie zakupić przy okazji wielu naszych spotkań publicznych lub w Biotopie, albo w specjalnych sytuacjach można też zamówić do wysyłki. Nowy numer zina startuje w połowie lutego 2020 roku podczas spotkania daleko od Biotopu…

Trzeci komunikat dotyczy warsztatów terenowych w 2020 roku… Dobra wiadomość, to ta, że będę je prowadził i postaram się podać terminy i tematy w styczniu. Poza permakulturą i etnobotaniką, co w Biotopie bardzo naturalnie splata się ze sobą, ze względu na charakter naszego ogrodu i okolicy, a także budowaną powoli kolekcję roślin ważnych ze względów ich niezwykłych właściwości, biologi i obecności w kulturze ludzkiej, zastanawiamy się nad nurtem spotkań i warsztatów nastawionych na kulturę alternatywną w kontekście katastrofy ekologicznej jaka nieuchronnie nadciąga. Nie wszystkim odpowiada obojętne i bierne czekanie… mam nadzieję?!

A teraz już do świata roślin… to zawsze jest takie uwalniające i oczyszczające doświadczenie! Dzisiaj mam dwie niezwykłej urody i siły rośliny! Pierwsza z nich to oman Inula racemosa  w Ajurvedzie nazywany – PUSHKARAMULA (a proszek z jego korzeni to Punarnava Manolur), w Tybecie znany jako Tsarong albo Tsewang.

Zobaczcie jaka wielka i piękna jest ta roślina, wszystkie foty z Biotopu Lechnica w drugim roku uprawy.

IMG_2033

IMG_2375

IMG_2376

W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej oman ten znany jest jako – oman z prowincji Syczuan. Dalej zaczyna się jednak dość charakterystyczny galimatias… którego nawet ogólnopolski zielarski Guru R. 🙂 nie rozwiąże zbyt szybko, a w praktyce – jak przypuszczam, wcale. Otóż w zasobach aptecznych w Chinach są trzy podstawowe specyfiki przypisywane omanowi I. racemosa. Chuan Mu Xiang to oman chiński z Syczuanu, Mu Xiang – to specyfik z korzeni dwóch zupełnie innych gatunków roślin (Aucklandia i Saussurea), a Tu Mu Xiang to korzeń omanu Inula hellenium.

Zebrałem uważnie wszystkie kwiaty i mam sporo nasion Inula racemosa, a według tego co wiem od bardziej doświadczonej osoby, od której roślinę (w formie kawałka karpy korzeniowej) dostałem, całkiem dobrze się rozwija z wysianych nasion.

Wymagania tej rośliny to sporo miejsca, podmokłe stanowisko i najlepiej w środkowej części ogrodu, aby roślina nam nie „uciekła” z ogrodu. KTO z Was ma ochotę spróbować z omanem…? Wymienię za nasiona, bulwy itp. ciekawych roślin z Waszych upraw. Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

IMG_3143

IMG_3144

Druga roślina na dzisiaj, to róża z podobnej strefy (rośnie powyżej 1500 m do 4000 m n.p.m. w Himalajach, Tybecie, a moi przyjaciele odwiedzający Laddakh w Indiach są w tej róży zakochani. Jej wielkie, obsypane różowawymi kwiatami krzewy, pośród surowych, bezdrzewnych pustkowi górskich robią wrażenie. Róże te widywałem w Nepalu, ale tam przegrywała u mnie z innymi gatunkami roślin i bardzo się ucieszylem, że po latach uważni ludzie, zwracający uwagę na otoczenie w Laddakhu przywieźli kilka owoców tej róży. W Biotopie Lechnica z owoców wydobyłem nasiona, bardzo dużo nasion (ilość nasion była niezwykła, to pewnie przystosowanie gatunku do trudnych warunków środowiskowych) i wysiałem w foliowej „szklarence”. Róża nadspodziewanie dobrze wzeszła, ale bałem się zimna i siewki przekazałem w zawodowe ręce Piotra, który kilka dni temu pokazał mi fantastyczny widok. Mam w Biotopie pewien zapas i zobaczymy jak bardzo róża ta jest plastyczna, ale na wszelki wypadek, następna partia zostanie wysadzona w dużej, zawodowej szklarni. Poza darczyńcami, ktorych ogród pomieści wiele róż z Laddakhu, będzie na wiosnę (mam taką nadzieję!!!) trochę sadzonek do rozdania w dobre ręce…. wymiana jak wyżej!

IMG_3201

IMG_3202

Na koniec tego wpisu, pochwalę się takim oto dyplomem… Było mi bardzo przyjemnie, bo wręczenie dyplomu i pamiątkowego medalu miało miejsce przy okazji mojego proszonego wykładu dla pracowników i studentów UR w Krakowie. Cieszę się najbardziej z tego, że udało się u samego źródła przekonać do permakultury. W 2019 roku pierwszy student UR w Krakowie, obronił pracę inżynierską z podstaw permakultury! To był znacznie ważniejszy i przełomowy moment, a dyplom tylko potwierdza, że warto rozmawiać z mądrymi ludźmi.

IMG_3214

Napis na dyplomie nie jest krzywy, to wina mojej fotki…

 

Oskorusza na trudne czasy – bardzo dobre p.s.

W poprzedniej relacji opisałem 4. Etnobotaniczną Wyprawę Biotopu Lechnica w Białe Karpaty. Przewodnim motywem była – jarzębina domowa Sorbus domestica, tradycyjnie związana z Morawami, a w ich obrębie – Białymi i Małymi Karpatami. Jarzębina domowa w Czechach nazywana jest „oskerusza” , a na Słowacji „oskorusza”, proponuję aby posługiwać się nazwą OSKORUSZA, bo jest krótsza niż „jarzębina domowa” i odwołuje się do najbliższego, naturalnego centrum pochodzenia.

Celem jaki sobie sam postawiłem, było przywiezienie chociaż kilku owoców (chociażby z targu) i pozyskanie z nich pestek do wysiania w Biotopie, ale nieśmiało ( i śmiało z pomocą gmaila…) planowałem zakup sadzonek! Można by napisać, że „mieliśmy szczęście”… gdyby nie to, że ciągle pamiętam o tym jak przez dwa ostatnie lata szukałem dobrej literatury i konkretnych ludzi z Białych Karpat, którzy znają się na „oskoruszy” … Pamiętam także ripostę Bruce Willisa, na uwagę młodego dziennikarza o tym, że patrząc na jego karierę, można uznać, że miał w życiu szczęście. Willis powiedział: szczęście, to jest wtedy gdy skończy pan czterdziestkę i nie jest pan łysy… reszta to bardzo dużo pracy i odrobinę talentu. Wyprawy dla mnie zaczynają się wiele miesięcy (a nawet lat) wcześniej i ten czas jest równie fascynujący, a przy tym mniej przypadkowy.

Tak czy siak, udało się nam (?!) zabrać ze sobą 9 sztuk sadzonek. Nasza ekipa jest naprawdę wspaniała i nadsyłane relacje z sadzenia drzewek były dla mnie wielką radością!

Pierwsza, drzewka posadziła Madzia! I to jak! Piękny dołek, mocne zabezpieczenie przed rozmaitymi miłośnikami nowalijek … a do tego rodzinnie, bo trzy pokolenia kobiet zadbały o jarzębinę z daleka! Przy tym pojawiły się interesujące tropy relacji rodzinnych… Jarzębina ma swoje stanowisko na wysokości trochę ponad 600 m n.p.m. we wsi Krzeczów i w dolnej części masywu Małego Lubania. Wysoko i raczej zimno, ale przy tak gorącym przyjęciu … jest pewnie szansa!

IMG_3088

IMG_3090

IMG_3091

Następnymi pionierami oskoruszy w Polsce była Bożena i Marek. Ładne miejsce, ale maksymalnie trudne dla tego gatunku, bo to ponad 700 m n.p.m. i do tego w zimnych Gorcach, chociaż stok o wystawie południowo-wschodniej. Czy jest szansa?  Wiedząc, że poza trudnym mikroklimatem jest tam cała ekipa miłośników zgryzania wszystkiego co nowe … będzie trudno! Na pociechę dodam, że w ramach eksperymentu, podobnego do naszego, wysadzono sadzonkę oskoruszy na wysokości 970 m n.p.m. na kopule szczytowej Vlkej Javoriny w Białych Karpatach!

IMG_20191023_105756_resized_20191024_082903171

IMG_20191023_110245_resized_20191024_082902259

Artur i Viola, wraz z rodzinną Ekipą, posadzili jarzębinę domową w znacznie bardziej łaskawym miejscu dla tego gatunku, bo na Śląsku. To pewnie najbliższe geograficznie miejsce dla przywiezionych z Moraw sadzonek oskoruszy.

IMG_2477

IMG_2469.jpg

Moje sadzonki oskoruszy pozostały na Słowacji, ale w miejscu bardzo oddalonym od Moraw i na wys. około 550 m n.p.m. z widokiem na cieplejsze (od Tatr) Pieniny… Skupiłem się na mulczowaniu starym sianem i ukryciu sadzonek przed moimi uporczywymi zgryzaczami…, a poza sarnami i jeleniami, ostatnio odkrył dla siebie permakulturę także zając! Tak dobrze zamaskowałem moje trzy sadzonki, że nie mogłem pokazać tego na fotkach, bo nie byłoby ich widać. Preferuję materiały organiczne i sadzonek nie palikowałem. Podpowiadam, ze tam gdzie chcę ukryć nowy zapach jaki może zwabiać smakoszy, do okrycia dodaję kilka garści mocno aromatycznych suchych i zmarzniętych nagietków.

IMG_2973

Piotr, który podobnie jak Artur, ma największe szanse na pomyślną uprawę oskoruszy, bo miejsce w Niepołomicach ciepłe i osłonięte, postanowił sadzić na wiosnę. Relację zatem uzupełnimy około kwietnia!? Najdalej wędruje sadzonka zakupiona przez Asię… dzisiaj będzie najprawdopodobniej w Londynie! O ile dobrze zniesie trudy podróży, to jej szanse są bardzo wysokie!

Według poważnych źródeł oskorusza na dzisiejszej Słowacji (w rejonie Moraw – od Dunaju przez Małe Karpaty i Białe Karpaty) była obecna już ponad 2, 5 tysiąca lat temu (!) w czasach pojawiania się i późniejszej ekspansji Celtów. Jak twierdzi Charles Etienne ( 1577 r.), pierwsze owocowe wino na obszarze Europy wyrabiane było z oskoruszy. Termin „corme” opisuje fermentowany napój wyrabiany głównie z oskoruszy… a przypomnijmy, że „cormier” (drzewo oskoruszy) pochodzi z celtyckiego „curmi” czyli fermentowanego napoju (kwaśne wino i piwo). Dlatego, warto zweryfikować opisy zasięgu tego gatunku w większości książek o drzewach. Największa oskorusza na świecie rośnie na Słowacji i w 2013 roku miała 5,03 m obwodu, najstarsza oskorusza na Słowacji ma więcej niż 400 lat, a inna, rosnąca w czeskiej części Białych Karpat ponad 470 lat!

Słowacy i Czesi mi zaimponowali, bo od 1990 roku wysadzili na Morawach znacznie ponad 10 000 drzewek jarzębiny domowej. Na szacunek zasługuje też Ich realistyczna prognoza – z 10 tys. do wieku 20 lat (początek owocowania) dożyje 10 procent, pozostanie więc pewnie 1 tysiąc dorosłych drzew, z nich wieku 100 lat dożyje jedynie 1/3 … więc jedynie 300 drzew będzie ozdobą krajobrazu i źródłem owoców w przyszłości. Słabo i nie całkiem pewnie? Pewność można uzyskać jedynie nic nie sadząc…

Przykład oskoruszy pokazuje szerszy problem, który zaryzykuję opisać jako słabe rozpoznanie etnobotaniczne Europy Środkowej. Być może moje studia nad oskoruszą i nasza wspólna wyprawa wydają się zaledwie muśnięciem tematu, ale badania naukowe i projekty wspomagane dużymi pieniędzmi, to jedna rzecz, a osobiste poznanie, docenienie i zaprzyjaźnienie się z tak interesującym drzewem, to całkiem inna sprawa. Gdyby ktoś chciał pomyśleć o etnobotanice jako znakomitym kluczu do prawdziwego poznania kultury ludzkiej, to nudne muzea z tymi wszystkimi martwymi gablotami, zamienilibyśmy we wspaniałe ogrody uczące wszystkimi zmysłami, a do tego z pożytkiem dla przyszłości. Dobrym przykładem tego, że my sami przystajemy na tę systemową niewiedzę, jest słynny w Polsce (a z pewnością w Małopolsce) rejon zwany Ziemią Łącką. Pomiędzy pierwszymi wzmiankami o tym, że suszone owoce z tego obszaru były spławiane Dunajcem i Wisłą do Gdańska i wędrowały dalej po Europie, a do bólu schematycznymi opisami jak to miejscowy wikary, kazał grzesznikom sadzić śliwy (czasem jest to nauczyciel, a ostatnio nauczyciel i ksiądz…), istnieje luka na kilkaset lat… Tak więc nikogo nie obchodzi, jakie to owoce i z jakich sadów, spławiano 300 lub może nawet 400 lat przed „zakładaniem” łąckich sadów…

A tu dla dodania entuzjazmu moja fotografia (2015) owoców jarzębiny domowej z Sycylii, prawda, że piękne! Warto wiedzieć, że są dwie główne formy kształtu owoców – gruszkowate i jabłkowate (okrągłe), na Sycylii najwidoczniej trafiają się te drugie, podobne do widzianych (i próbowanych) przez nas na Słowacji!

DSC_5540

 

 

 

 

 

 

 

Samhain in the air

I tutaj, i za oceanem świętujemy to samo – ten trudny i piękny czas przemiany, ostatniego akordu wygasania światła, spraw, energii życiowej; po to, żeby wszystko mogło powrócić raz jeszcze za kilka miesięcy. Tutaj to świętowanie ma wyrazistą formę prześmiewczego oswajania makabry, w celowo złym guście, który wciąż wzbudza lamenty po drugiej stronie ocenu, zwłaszcza w nad Wisłą, że nie tak się powinno świętować, że to uwłacza, że komercja, że nie „nasze” itp. Tu nikt nawet nie zauważa, że ten moment można byłoby świętować inaczej; All Saints’ Day ma znaczenie czysto religijne zapewne (ale nie widziałam, żeby ktoś w ogóle o tym dniu wspominał). Obie odsłony są echem bardzo starych tradycji i ten tradycyjny już w Polsce spór nie ma większego sensu – podobnie, jak pozostałe spory tak często zatruwające naszą przestrzeń: dajmy może świętować innym, jak chcą i skupmy się na swoich celebracjach, a wszytkim nam zrobi się lżej na sercu.

Tak czy owak w Halloween można podobno zobaczyć na kampusie dinozaury (studenci pokazywali zdjęcia), a w barku z kawą za kasą stoi Kobieta-Kot. Nie oswoiłam tego jednak, ale nie mam z tym żadnego problemu. Udało mi się za to pocelebrować Samhain na wzgórzach, słynnych bluffs, które widzę z okna mojego mieszkania i których rzeźba znowu odsłoniła inne rysy w listopadowym rozproszonym słońcu wyłaniającym kolejne odcienie brązu i czerwieni. To był krótki wypad na farmę Chucka, który obiecał, że pomoże nam pozyskać wild ginger, czyli Asarum canadense (czyli kopytnika w odmianie kanadyjskiej), którego korzenie są potrzebne mojej koleżance do zrobienia bardzo wyspecjalizowanego lekarstwa dla kogoś w potrzebie. Po dwudziestu minutach drogi dojechałyśmy do szutrowej nawierzchni prowadzącej w kukurydziane pola, z lasem liściastym skrywającym się w jednej z licznych tutaj rozpadlin sugerujących potok. Mijałyśmy kolejne domy w oddali, aż w końcu dostrzegłyśmy odpowiedni numer na skrzynce pocztowej przy drodze. Chuck machający ręką z oddali upewnił nas, że to tutaj. Przesiedliśmy się do minitraktora Kubota i ruszyliśmy ku rozpadlinie – jak się okazało, dopływu Mississippi. A więc nawet kiedy jej nie widać – jest.  Wielka Rzeka. Po drodze zrobiło się piekielnie zimno, wygwieżdżone niebo upewniało, że to będzie piękny, ale nadzwyczaj rześki wieczór. W końcu po krótkiej jeździe przeróżnymi wądołami trafiliśmy w miejsce, gdzie kopytnik był w wielkiej obfitości i Chuck wprawnie wydobył kilka korzeni z pożądanymi bulwkami.

Po drodze widzieliśmy jeszcze brzozy, z których Chuck pozyskuje chagę, a oprócz tego jest także dostawcą amerykanskiego żeńszenia ze stanu dzikiego, czyli z lasu, który przemierzaliśmy tym dziwnym pojazdem.

Robiło się coraz zimniej wraz z tym, jak słońce chowało się za horyzont w tym ostatnim dniu października, a Chuck wyraźnie się rozkręcał opowiadając o lesie, który zakupił wraz z farmą przez ponad dwudziestu laty. Wyraźnie znał tutaj wszystko i czuł się jak w domu mówiąc o drzewach (oprócz różnych amerykańskich odmian dębu także drzewo hikorowe o bardzo smacznych orzeszkach, których jednak nie można kupić), grzybach (boczniaki także pozyskuje ze stanu dzikiego) i żeńszeniu amerykańskim. Dookoła robiło się coraz ciszej i kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, i przysiedliśmy na jeszcze chwilę rozmowy w kuchni, obok pieca w salonie, którzy zbudowali poprzedni właściciele, łatwo można było zrozumieć, co oznacza słowo homestead. Że można nie chcieć stąd się ruszać, że człowieka w ogóle nie obchodzą nagłówki w gazetach i kto jest prezydentem, że wszystko przetacza się gdzieś górą albo w innym (trochę nierealnym z tej perspektywy) świecie. Ceną za to poczucie jest jednak także to, że trzeba być gotowym na wszystko i umieć poradzić sobie (prawie) ze wszystkim, co w przypadku Chucka oznacza także olbrzymią stodołę wypełnioną wszystkimi możliwymi narzędziami i pojazdami, z pługiem do odśnieżania włącznie. Wprawdzie nasi gospodarze ruszali nazajutrz do Utah, gdzie spędzą z rodziną najbliższe dwa tygodnie, ale ognisko domowe będzie tu czekać cierpliwie do ich powrotu. To nowa definicja ogniska domowego, która akurat teraz bardzo mi odpowiada – miejsce, które czeka aż się do niego wróci.

Chuck zaopatrzył nas jeszcze na drogę w całe torby zebranych przez niego i zamrożonych grzybów, orzeszków hikorowych i pokaźny kawałek chagi. Bo najbardziej go cieszy zbieranie tego wszystkiego i obdarowywanie innych, powiedział pokazując na swój ogród, złożony z kilku grzęd wyniesionych i pokaźnej ilości metalowych sylwetek ptaków na płocie. Jestem teraz prawie pewna, że każda taka niepozorna farma, którą widać przy rozmaitych drogach pogranicza Minnesoty i Wisconsin, kryje takie wielkie serce i takie roślinne opowieści.

Dłuższy PS. Po powrocie dopadło mnie mocne przeziębienie albo grypopodobny wirus. Trzymałam fason przez jakieś trzy dni, żeby móc poprowadzić zajęcia, ale ostatecznie około soboty się poddałam. Gdybym miała swoje zioła, to już dawno byłabym zdrowa, narzekałam głośno na FB. Na co odezwała się Eileen z kontaktem do herbalistki z Winony. I tak w sobotni wieczór siedziałyśmy z Donną przy ziołowej herbacie z VAncouver w moim mieszkaniu z widokiem na bluffs, który na wszystkich robi wrażenie. Po tym, jak dałam znać, że jednak dzisiaj nie przyjdę po lekarstwa, bo zepsuł mi się rower a nie czuję się zbyt dobrze, Donna przeszła na piechotę 30 minut (bo zepsuł się jej samochód:-) ), żeby podrzucić mi kilka zrobionych przez nią specyfików z lokalnych roślin. Herbatka na kaszel składa się na przykład z żywokostu, dziewanny, podbiału, mięty, bzu i krwawnika, co świadczy o tym, że producentka bardzo zna się na rzeczy. Do tego wyciąg z lobelii (nazywanej też indiańskim tytoniem) – bardzo mocnego specyfiku antyspastycznego, którzy rdzenni mieszkancy Ameryki stosowali w leczeniu astmy oraz syrop przeciwkaszlowy z szanty zwyczajnej (Marrubium vulgare), lokalnego miodu, organicznym sokiem z cytryny oraz… cambium wiąza czerwonego – konserwantem jest brandy w śladowej ilości.

IMG_4070.JPG

I teraz właściwie jestem wdzięczna za tę rokroczną (prawie) chorobę, która zawsze dopada mnie o tej samej porze co do dnia niemalże. Trzy lata temu zastała mnie na konferencji w Bremie, tam pozbawiła mnie głosu i tylko „niemieckiej chemii” zawdzięczałam to, że mogłam w ogóle wystąpić z moim referatem. Tym razem jest inaczej, kontakt ze służbą zdrowia jest ostatecznością, bo choć mam podstawowe ubezpieczenie, to rzecz wymaga tyle zachodu i papierologii, że od tego od razu się zdrowieje. Mam za to szansę zgłębić tajniki lokalnych specyfików i tutejszej etnobotaniki. Rozmowa z Donną była poza tym wielką przyjemnością – jest herbalistką od kilku lat, odkąd przeszła na emeryturę, wcześniej zajmowała się długo opieką paliatywną, pracowała przez rok w szpitalu w Mongolii, uczestniczyła także w wyjazdach Anne Pelowski -niesamowitej osoby, autorki książek dla dzieci i edukatorki, konsultantki UNICEFU i UNESCO, założycielki Information Center on Children’s Culture przy amerykańskim komitecie UNICEFU. Anne Pelowski w kilku swoich książkach opisała życie na kaszubsko-amerykańskiej farmie w okolicach Trempeleau (Winona County). Te tutejsze „małe” historie są fascynujące. Mam nadzieję na dalszy ciąg wkrótce. Rośliny prowadzą.

Amerykański dzień, jak co dzień

 

 

Właściwie chcę zapisać ten dzisiejszy dzień bardziej chyba nawet dla siebie niż dla świata – choć z myślą jednak o potencjalnych czytelnikach. To będzie historia jednego niedzielnego popołudnia spędzonego między starszymi jabłoniami na pograniczy Minnesoty i Wisconsin. Trudno oddać wszystkie niuanse tego zwyczajnego-niezwyczajnego czasu, bo one się rozgrywają w bardzo zwyczajnych-niezwyczajnych rozmowach przy kawie i sałatce z quinoa / kanapce z szynką / gołąbkach / brownie (co komu odpowiada). I będzie też o temacie niewygodnym; zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie budzi silne emocje, od których trudno się uwolnić i które nie pozwalają czasem odetchnąć – rzecz dotyczy religii. Czy raczej religia / wyznanie będzie tutaj w tle, ale mimo wszystko bardzo znaczącym. Trudno o tym ostatnio nawet mówić, więc nie jestem pewna, czy uda mi się część tego doświadczenia dobrze opisać – w Polsce nawet ateiści są wojujący jak nigdzie chyba indziej, co często zbliża ich retorykę do tej tak charakterystycznej dla wszelkiej maści fundamentalistów. Bo od razu muszę zastrzec, że właśnie od fundamentalizmu jest tutaj jak najdalej; nawet jeśli USA kojarzą się z takimi odcieniami religijnego szaleństwa, jakie nawiedza Polskę po 1989 z mniejszym i większym natężeniem. No więc wyobraźcie sobie alternatywny świat, w którym 30-tysięczne miasteczko ma chyba z dwanaście różnych wyznań chrześcijańskich (jest cała paleta, z Pentecoastal włącznie). W takim miasteczku działa Winona Interfaith Council, zrzeszający większość tychże, a także buddystów (z mojej sanghi Zen Garland Dharma River) oraz muzułman. Council spotyka się na nabożeństwach ekumanicznych i rozmowach, ale także organizuje bardzo konkretne akcje pomocowe: właśnie trwają przygotowania do uruchomienia całodobowego ośrodka pomocy dla bezdomnych, w  których różne wyznania / kościoły będą na zmianę gotować posiłki i dostarczać potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby. Każda grupa organizuje wolontariuszy do takiej akcji „od siebie”. I teraz, uwaga, trzymajcie się mocno (cały czas jesteśmy na Midweście): w najbliższą sobotę Winona Interfaith Council zaprasza na… Islamic Center Fundraising Diner. Centrum islamskie w miasteczku potrzebuje środków na naprawę dachu. Mijam je podczas każdej wyprawy do co-opu, na dużych oknach przy głównej ulicy widnieje napis: Winona Islam Center. Będzie oczywiście Interfaith Thanksgiving, szczegóły jeszcze do ustalenia. I jak zawsze przy takich okazjach dopada mnie myśl: czy w takim świecie nie żyje się po prostu łatwiej, przyjemniej i bezpieczniej? Co jest takiego w tych odwiecznych bitwach z „Innymi”, że w Polsce muszą się one toczyć bez względu na koszty społeczne i psychiczne każdego/każdej z nas? Czy nie jest po prostu łatwiej założyć, że lepiej się dogadać i naprawiać te dachy wspólnie? Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się w Polsce po prostu zatruta tym poziomem nienawiści lub (chyba najszerzej rozpowszechnionej) niechęci do ludzi, którzy przychodzą z innego miejsca. Jeśli też czujecie się z tym kiepsko, to donoszę, że świat alternatywny istnieje. Co więcej, katolicyzm w tym świecie jest czymś zupełnie innym, ale o tym za moment (aha, i koniecznie pamiętajmy o proporcjach – jest go dużo, dużo więcej; to świat raczej Tygodnika Powszechnego niż… mniejsza o to, sami wiecie, co chciała napisać i niech tak zostanie).

I po lekturze takiego właśnie maila w niedzielny poranek wsiadłam do towarzyskiego samochodu, żeby pojechać na umówioną wyprawę po jabłka. Kilka mil za Winoną, w jednej z dolin drobnych rzek uchodzących do Mississippi, w zasięgu rażenia dźwięków linii Amtrak, która ma stację w Winonie (słychać je było z oddali, ale nic dziwnego). Sad należy do ojca Brezy, księdza polskiego kościoła w Winonie i lidera spoleczności tutejszej starej fali kaszubskiej imigracji z połowy XIX wieku, która nie utrzymuje jakiejś szczególnej łączności z krajem poza zwyczajowymi w takich razach symptomami kulinarnymi (może dlatego są bardzo mili i otwarci). Idea jest bardzo prosta: w tę niedzielę zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą zebrać trochę jabłek w sadzie. Część zostawiamy w skrzynkach dla właściciela, 80-letniego księdza z poczuciem humoru i jasnym spojrzeniem, który w zasadzie nigdy nie kieruje rozmowy na sprawy religijne, część można zabrać dla siebie. A jabłka…. eh boy, takie jabłka. Prosto z drzewa, chrupiące, o różnych odcieniach smaków i różnej konsystencji miąższu, dojrzałe na całkiem ostrym słońcu południowej Minnesoty, do zebrania właśnie dzisiaj, bo od wtorku spływa tutaj zimne powietrze przygnane Jet Streamem, który zawinie się trochę bardziej na południe niż zwykle.

Między grupkami skupionymi pod poszczególnymi drzewami krąży na małym traktorze Chuck, który dowozi skrzynki i pudełka, rozdaje rękawiczki i narzędzia do zbierania jabłek z wysokich gałęzi oraz super fajne torby. Widać, że tutaj owoce zbiera się ręcznie, a sad jest prawdziwy, nie z karłowatymi drzewkami na 5 lat. Przerwę spędzamy w kuchni, przy kawie, sałatce z quinoa i brownie – wpadają tutaj wszyscy zbieracze, włącznie z dzieciakami, Rozmawiam przez chwilę z Jessicą, która pracuje w centrum franciszkańskim w La Crosse (to już Wisconsin). Już wcześniej nazwa wpadła mi w oko, widziałam tam warsztaty mindfulness i koncerty na misach tybetańskich, i retreaty jogiczne. Centrum nazywa się właściwie Franciszkańskie Centrum Duchowości. Szybko okazało się, że fenomenalny program Girls Connect, na który moja rozmówczyni zapisała swoją córkę, prowadzą ludzie z Manitou Center, gdzie zbiera się moja sangha i że mamy wspólnych znajomych. Sama Jessica zajmuje się w swojej pracy koordynacją kontaktów z księżmi i wspólnotami z rejonu Amazonii, którym pomaga – jedna z form pracy, to włączenie doświadczenia indigenous people i wzmocnienie ich praw na miejscu… Nawet przez chwilę nie było w tej rozmowie najlżejszego powiewu „racji”, „obrony wartości”, „fundamentu tożsamości” i całej tej zarazy, którą tak dobrze znamy z Polski. A jednocześnie wartości były bronione bardzo dobrze – za pomocą troski o jabłonie (z siostrą ojca Brezy bardzo dobrze się rozumiałyśmy w rozmowie o tym, jak dbać o drzewa i co oznacza komunikacja z roślinami), o ludzi (lunch, konwersacje, uśmiechy, niezobowiązujące formy drobnego i większego wsparcia), o miejsce i o dobrą atmosferę. Całe zdarzenie coś mi przypominało – ten korowód ludzi przepływający przez kuchnię i drewniany pomost przed kuchnią, celebracja wspólnego posiłku, śmiechy i rozmowy, poznawanie ludzi i słuchanie ich historii, wyglądanie sąsiadów… Znam to dobrze, z Biotopu Lechnica.