Inula racemosa / Rosa webbiana

Mam nadzieję, że kiedy długo się nie pojawia kolejny wpis, to Rozumiecie, że powodem nie jest brak, a obfitość – dużo pracy i wyjątkowo (?) dużo tematów. Kilka komunikatów na początek, które są konieczne, a i pora roku skłania do przemyśleń i zaplanowania zmian. Pierwsza zaplanowana zmiana, to połączenie moich wiadomości do Was z blogów: etnobotanicznie.pl i biotoplechnica.eu w jedno miejsce. Będzie to poszerzony o zasób wpisów z „etnobotanicznie” blog http://www.biotoplechnica.eu  Przeglądam wpisy z wielu lat i to prawdziwa książka o roślinach i kulturze, ale też i pewnego rodzaju dziennik, który całkiem ładnie pokazuje jak wszystko zmierzało do miejsca zwanego teraz Biotop Lechnica i górskiej permakultury z kolekcją interesujących roślin. Ta zmiana jest konieczna, a przy jej okazji może uda się zrobić czytelny katalog roślin/wpisów z „etnobotanicznie”. Jest w tym trochę chęci aby jednak nakłonić do czytania starszych wpisów, bo jest w nich spory zasób inspirujących roślin, sytuacji, książek i ludzi. Proponuję łatwą praktykę, szczególnie tym, którzy od niedawna czytają moje wpisy na wspomnianych blogach… Jeżeli czytacie nowy wpis, to kliknijcie na jakikolwiek miesiąc w roku 2014 lub 2015 … i zobaczcie co tam się znajduje?! Moje wpisy traktuję jako kontynuację wieloletniej aktywności etnobotanicznej, permakulturowej, moich i naszych z A. książek, czasem także materiału wydanego na płytach, sporów, przyjaźni i rozwiewających się jak sen znajomości. 🙂 Jeżeli więc, wiosną czy wczesnym latem nie znajdziecie w sieci http://www.etnobotanicznie.pl, to nie wpadajcie w przygnębienie 🙂 i swobodnie szukajcie zasobów na http://www.biotoplechnica.eu

Drugi komunikat, dotyczy naszego zina – The Diggers Morning : Radykalny Herbalizm / Permakultura / Dzikie Bycie. Przygotowujemy numer 4 pełny interesujących materiałów. Będzie w nim materiał nt. permakultury w postaci zestawienia 4 krótkich materiałów jakie opracowywałem dla 4 spotkań otwartych pt. Permakultura. Przeciw Globalnej Katastrofie. Można ten materiał traktować jako kurs podstawowy nt. projektowania i technik permakulturowych w bardzo autorskim, moim ujęciu. Do tego dodamy opis naszych filmów jakie Wytwórnia SPITZENBERG STUDIO wyprodukowała przez ostatnie 4 lata. Przypominam, że poza filmem Śmierć   filmy możecie zobaczyć jedynie podczas autorskiej prezentacji. Powoli tego rodzaju prezentacje są organizowane także z Waszej inicjatywy. Pokażę też w osobnym tekście ilustrowanym fotografiami z Biotopu i na szerszym tle kulturowym, system oszczędnego nawadniania OLLA i kilka prostych i praktycznych rozwiązań wzbogacających nasze praktyki ogrodnicze. Będzie też przegląd ważnych książek… oraz notki na temat tekstów i publikacji jakie powstały w ostatnim roku z udziałem Biotopu Lechnica. Zin jest wydawany w formie papierowej i należy go sobie zakupić przy okazji wielu naszych spotkań publicznych lub w Biotopie, albo w specjalnych sytuacjach można też zamówić do wysyłki. Nowy numer zina startuje w połowie lutego 2020 roku podczas spotkania daleko od Biotopu…

Trzeci komunikat dotyczy warsztatów terenowych w 2020 roku… Dobra wiadomość, to ta, że będę je prowadził i postaram się podać terminy i tematy w styczniu. Poza permakulturą i etnobotaniką, co w Biotopie bardzo naturalnie splata się ze sobą, ze względu na charakter naszego ogrodu i okolicy, a także budowaną powoli kolekcję roślin ważnych ze względów ich niezwykłych właściwości, biologi i obecności w kulturze ludzkiej, zastanawiamy się nad nurtem spotkań i warsztatów nastawionych na kulturę alternatywną w kontekście katastrofy ekologicznej jaka nieuchronnie nadciąga. Nie wszystkim odpowiada obojętne i bierne czekanie… mam nadzieję?!

A teraz już do świata roślin… to zawsze jest takie uwalniające i oczyszczające doświadczenie! Dzisiaj mam dwie niezwykłej urody i siły rośliny! Pierwsza z nich to oman Inula racemosa  w Ajurvedzie nazywany – PUSHKARAMULA (a proszek z jego korzeni to Punarnava Manolur), w Tybecie znany jako Tsarong albo Tsewang.

Zobaczcie jaka wielka i piękna jest ta roślina, wszystkie foty z Biotopu Lechnica w drugim roku uprawy.

IMG_2033

IMG_2375

IMG_2376

W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej oman ten znany jest jako – oman z prowincji Syczuan. Dalej zaczyna się jednak dość charakterystyczny galimatias… którego nawet ogólnopolski zielarski Guru R. 🙂 nie rozwiąże zbyt szybko, a w praktyce – jak przypuszczam, wcale. Otóż w zasobach aptecznych w Chinach są trzy podstawowe specyfiki przypisywane omanowi I. racemosa. Chuan Mu Xiang to oman chiński z Syczuanu, Mu Xiang – to specyfik z korzeni dwóch zupełnie innych gatunków roślin (Aucklandia i Saussurea), a Tu Mu Xiang to korzeń omanu Inula hellenium.

Zebrałem uważnie wszystkie kwiaty i mam sporo nasion Inula racemosa, a według tego co wiem od bardziej doświadczonej osoby, od której roślinę (w formie kawałka karpy korzeniowej) dostałem, całkiem dobrze się rozwija z wysianych nasion.

Wymagania tej rośliny to sporo miejsca, podmokłe stanowisko i najlepiej w środkowej części ogrodu, aby roślina nam nie „uciekła” z ogrodu. KTO z Was ma ochotę spróbować z omanem…? Wymienię za nasiona, bulwy itp. ciekawych roślin z Waszych upraw. Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

IMG_3143

IMG_3144

Druga roślina na dzisiaj, to róża z podobnej strefy (rośnie powyżej 1500 m do 4000 m n.p.m. w Himalajach, Tybecie, a moi przyjaciele odwiedzający Laddakh w Indiach są w tej róży zakochani. Jej wielkie, obsypane różowawymi kwiatami krzewy, pośród surowych, bezdrzewnych pustkowi górskich robią wrażenie. Róże te widywałem w Nepalu, ale tam przegrywała u mnie z innymi gatunkami roślin i bardzo się ucieszylem, że po latach uważni ludzie, zwracający uwagę na otoczenie w Laddakhu przywieźli kilka owoców tej róży. W Biotopie Lechnica z owoców wydobyłem nasiona, bardzo dużo nasion (ilość nasion była niezwykła, to pewnie przystosowanie gatunku do trudnych warunków środowiskowych) i wysiałem w foliowej „szklarence”. Róża nadspodziewanie dobrze wzeszła, ale bałem się zimna i siewki przekazałem w zawodowe ręce Piotra, który kilka dni temu pokazał mi fantastyczny widok. Mam w Biotopie pewien zapas i zobaczymy jak bardzo róża ta jest plastyczna, ale na wszelki wypadek, następna partia zostanie wysadzona w dużej, zawodowej szklarni. Poza darczyńcami, ktorych ogród pomieści wiele róż z Laddakhu, będzie na wiosnę (mam taką nadzieję!!!) trochę sadzonek do rozdania w dobre ręce…. wymiana jak wyżej!

IMG_3201

IMG_3202

Na koniec tego wpisu, pochwalę się takim oto dyplomem… Było mi bardzo przyjemnie, bo wręczenie dyplomu i pamiątkowego medalu miało miejsce przy okazji mojego proszonego wykładu dla pracowników i studentów UR w Krakowie. Cieszę się najbardziej z tego, że udało się u samego źródła przekonać do permakultury. W 2019 roku pierwszy student UR w Krakowie, obronił pracę inżynierską z podstaw permakultury! To był znacznie ważniejszy i przełomowy moment, a dyplom tylko potwierdza, że warto rozmawiać z mądrymi ludźmi.

IMG_3214

Napis na dyplomie nie jest krzywy, to wina mojej fotki…

 

Oskorusza na trudne czasy – bardzo dobre p.s.

W poprzedniej relacji opisałem 4. Etnobotaniczną Wyprawę Biotopu Lechnica w Białe Karpaty. Przewodnim motywem była – jarzębina domowa Sorbus domestica, tradycyjnie związana z Morawami, a w ich obrębie – Białymi i Małymi Karpatami. Jarzębina domowa w Czechach nazywana jest „oskerusza” , a na Słowacji „oskorusza”, proponuję aby posługiwać się nazwą OSKORUSZA, bo jest krótsza niż „jarzębina domowa” i odwołuje się do najbliższego, naturalnego centrum pochodzenia.

Celem jaki sobie sam postawiłem, było przywiezienie chociaż kilku owoców (chociażby z targu) i pozyskanie z nich pestek do wysiania w Biotopie, ale nieśmiało ( i śmiało z pomocą gmaila…) planowałem zakup sadzonek! Można by napisać, że „mieliśmy szczęście”… gdyby nie to, że ciągle pamiętam o tym jak przez dwa ostatnie lata szukałem dobrej literatury i konkretnych ludzi z Białych Karpat, którzy znają się na „oskoruszy” … Pamiętam także ripostę Bruce Willisa, na uwagę młodego dziennikarza o tym, że patrząc na jego karierę, można uznać, że miał w życiu szczęście. Willis powiedział: szczęście, to jest wtedy gdy skończy pan czterdziestkę i nie jest pan łysy… reszta to bardzo dużo pracy i odrobinę talentu. Wyprawy dla mnie zaczynają się wiele miesięcy (a nawet lat) wcześniej i ten czas jest równie fascynujący, a przy tym mniej przypadkowy.

Tak czy siak, udało się nam (?!) zabrać ze sobą 9 sztuk sadzonek. Nasza ekipa jest naprawdę wspaniała i nadsyłane relacje z sadzenia drzewek były dla mnie wielką radością!

Pierwsza, drzewka posadziła Madzia! I to jak! Piękny dołek, mocne zabezpieczenie przed rozmaitymi miłośnikami nowalijek … a do tego rodzinnie, bo trzy pokolenia kobiet zadbały o jarzębinę z daleka! Przy tym pojawiły się interesujące tropy relacji rodzinnych… Jarzębina ma swoje stanowisko na wysokości trochę ponad 600 m n.p.m. we wsi Krzeczów i w dolnej części masywu Małego Lubania. Wysoko i raczej zimno, ale przy tak gorącym przyjęciu … jest pewnie szansa!

IMG_3088

IMG_3090

IMG_3091

Następnymi pionierami oskoruszy w Polsce była Bożena i Marek. Ładne miejsce, ale maksymalnie trudne dla tego gatunku, bo to ponad 700 m n.p.m. i do tego w zimnych Gorcach, chociaż stok o wystawie południowo-wschodniej. Czy jest szansa?  Wiedząc, że poza trudnym mikroklimatem jest tam cała ekipa miłośników zgryzania wszystkiego co nowe … będzie trudno! Na pociechę dodam, że w ramach eksperymentu, podobnego do naszego, wysadzono sadzonkę oskoruszy na wysokości 970 m n.p.m. na kopule szczytowej Vlkej Javoriny w Białych Karpatach!

IMG_20191023_105756_resized_20191024_082903171

IMG_20191023_110245_resized_20191024_082902259

Artur i Viola, wraz z rodzinną Ekipą, posadzili jarzębinę domową w znacznie bardziej łaskawym miejscu dla tego gatunku, bo na Śląsku. To pewnie najbliższe geograficznie miejsce dla przywiezionych z Moraw sadzonek oskoruszy.

IMG_2477

IMG_2469.jpg

Moje sadzonki oskoruszy pozostały na Słowacji, ale w miejscu bardzo oddalonym od Moraw i na wys. około 550 m n.p.m. z widokiem na cieplejsze (od Tatr) Pieniny… Skupiłem się na mulczowaniu starym sianem i ukryciu sadzonek przed moimi uporczywymi zgryzaczami…, a poza sarnami i jeleniami, ostatnio odkrył dla siebie permakulturę także zając! Tak dobrze zamaskowałem moje trzy sadzonki, że nie mogłem pokazać tego na fotkach, bo nie byłoby ich widać. Preferuję materiały organiczne i sadzonek nie palikowałem. Podpowiadam, ze tam gdzie chcę ukryć nowy zapach jaki może zwabiać smakoszy, do okrycia dodaję kilka garści mocno aromatycznych suchych i zmarzniętych nagietków.

IMG_2973

Piotr, który podobnie jak Artur, ma największe szanse na pomyślną uprawę oskoruszy, bo miejsce w Niepołomicach ciepłe i osłonięte, postanowił sadzić na wiosnę. Relację zatem uzupełnimy około kwietnia!? Najdalej wędruje sadzonka zakupiona przez Asię… dzisiaj będzie najprawdopodobniej w Londynie! O ile dobrze zniesie trudy podróży, to jej szanse są bardzo wysokie!

Według poważnych źródeł oskorusza na dzisiejszej Słowacji (w rejonie Moraw – od Dunaju przez Małe Karpaty i Białe Karpaty) była obecna już ponad 2, 5 tysiąca lat temu (!) w czasach pojawiania się i późniejszej ekspansji Celtów. Jak twierdzi Charles Etienne ( 1577 r.), pierwsze owocowe wino na obszarze Europy wyrabiane było z oskoruszy. Termin „corme” opisuje fermentowany napój wyrabiany głównie z oskoruszy… a przypomnijmy, że „cormier” (drzewo oskoruszy) pochodzi z celtyckiego „curmi” czyli fermentowanego napoju (kwaśne wino i piwo). Dlatego, warto zweryfikować opisy zasięgu tego gatunku w większości książek o drzewach. Największa oskorusza na świecie rośnie na Słowacji i w 2013 roku miała 5,03 m obwodu, najstarsza oskorusza na Słowacji ma więcej niż 400 lat, a inna, rosnąca w czeskiej części Białych Karpat ponad 470 lat!

Słowacy i Czesi mi zaimponowali, bo od 1990 roku wysadzili na Morawach znacznie ponad 10 000 drzewek jarzębiny domowej. Na szacunek zasługuje też Ich realistyczna prognoza – z 10 tys. do wieku 20 lat (początek owocowania) dożyje 10 procent, pozostanie więc pewnie 1 tysiąc dorosłych drzew, z nich wieku 100 lat dożyje jedynie 1/3 … więc jedynie 300 drzew będzie ozdobą krajobrazu i źródłem owoców w przyszłości. Słabo i nie całkiem pewnie? Pewność można uzyskać jedynie nic nie sadząc…

Przykład oskoruszy pokazuje szerszy problem, który zaryzykuję opisać jako słabe rozpoznanie etnobotaniczne Europy Środkowej. Być może moje studia nad oskoruszą i nasza wspólna wyprawa wydają się zaledwie muśnięciem tematu, ale badania naukowe i projekty wspomagane dużymi pieniędzmi, to jedna rzecz, a osobiste poznanie, docenienie i zaprzyjaźnienie się z tak interesującym drzewem, to całkiem inna sprawa. Gdyby ktoś chciał pomyśleć o etnobotanice jako znakomitym kluczu do prawdziwego poznania kultury ludzkiej, to nudne muzea z tymi wszystkimi martwymi gablotami, zamienilibyśmy we wspaniałe ogrody uczące wszystkimi zmysłami, a do tego z pożytkiem dla przyszłości. Dobrym przykładem tego, że my sami przystajemy na tę systemową niewiedzę, jest słynny w Polsce (a z pewnością w Małopolsce) rejon zwany Ziemią Łącką. Pomiędzy pierwszymi wzmiankami o tym, że suszone owoce z tego obszaru były spławiane Dunajcem i Wisłą do Gdańska i wędrowały dalej po Europie, a do bólu schematycznymi opisami jak to miejscowy wikary, kazał grzesznikom sadzić śliwy (czasem jest to nauczyciel, a ostatnio nauczyciel i ksiądz…), istnieje luka na kilkaset lat… Tak więc nikogo nie obchodzi, jakie to owoce i z jakich sadów, spławiano 300 lub może nawet 400 lat przed „zakładaniem” łąckich sadów…

A tu dla dodania entuzjazmu moja fotografia (2015) owoców jarzębiny domowej z Sycylii, prawda, że piękne! Warto wiedzieć, że są dwie główne formy kształtu owoców – gruszkowate i jabłkowate (okrągłe), na Sycylii najwidoczniej trafiają się te drugie, podobne do widzianych (i próbowanych) przez nas na Słowacji!

DSC_5540

 

 

 

 

 

 

 

Samhain in the air

I tutaj, i za oceanem świętujemy to samo – ten trudny i piękny czas przemiany, ostatniego akordu wygasania światła, spraw, energii życiowej; po to, żeby wszystko mogło powrócić raz jeszcze za kilka miesięcy. Tutaj to świętowanie ma wyrazistą formę prześmiewczego oswajania makabry, w celowo złym guście, który wciąż wzbudza lamenty po drugiej stronie ocenu, zwłaszcza w nad Wisłą, że nie tak się powinno świętować, że to uwłacza, że komercja, że nie „nasze” itp. Tu nikt nawet nie zauważa, że ten moment można byłoby świętować inaczej; All Saints’ Day ma znaczenie czysto religijne zapewne (ale nie widziałam, żeby ktoś w ogóle o tym dniu wspominał). Obie odsłony są echem bardzo starych tradycji i ten tradycyjny już w Polsce spór nie ma większego sensu – podobnie, jak pozostałe spory tak często zatruwające naszą przestrzeń: dajmy może świętować innym, jak chcą i skupmy się na swoich celebracjach, a wszytkim nam zrobi się lżej na sercu.

Tak czy owak w Halloween można podobno zobaczyć na kampusie dinozaury (studenci pokazywali zdjęcia), a w barku z kawą za kasą stoi Kobieta-Kot. Nie oswoiłam tego jednak, ale nie mam z tym żadnego problemu. Udało mi się za to pocelebrować Samhain na wzgórzach, słynnych bluffs, które widzę z okna mojego mieszkania i których rzeźba znowu odsłoniła inne rysy w listopadowym rozproszonym słońcu wyłaniającym kolejne odcienie brązu i czerwieni. To był krótki wypad na farmę Chucka, który obiecał, że pomoże nam pozyskać wild ginger, czyli Asarum canadense (czyli kopytnika w odmianie kanadyjskiej), którego korzenie są potrzebne mojej koleżance do zrobienia bardzo wyspecjalizowanego lekarstwa dla kogoś w potrzebie. Po dwudziestu minutach drogi dojechałyśmy do szutrowej nawierzchni prowadzącej w kukurydziane pola, z lasem liściastym skrywającym się w jednej z licznych tutaj rozpadlin sugerujących potok. Mijałyśmy kolejne domy w oddali, aż w końcu dostrzegłyśmy odpowiedni numer na skrzynce pocztowej przy drodze. Chuck machający ręką z oddali upewnił nas, że to tutaj. Przesiedliśmy się do minitraktora Kubota i ruszyliśmy ku rozpadlinie – jak się okazało, dopływu Mississippi. A więc nawet kiedy jej nie widać – jest.  Wielka Rzeka. Po drodze zrobiło się piekielnie zimno, wygwieżdżone niebo upewniało, że to będzie piękny, ale nadzwyczaj rześki wieczór. W końcu po krótkiej jeździe przeróżnymi wądołami trafiliśmy w miejsce, gdzie kopytnik był w wielkiej obfitości i Chuck wprawnie wydobył kilka korzeni z pożądanymi bulwkami.

Po drodze widzieliśmy jeszcze brzozy, z których Chuck pozyskuje chagę, a oprócz tego jest także dostawcą amerykanskiego żeńszenia ze stanu dzikiego, czyli z lasu, który przemierzaliśmy tym dziwnym pojazdem.

Robiło się coraz zimniej wraz z tym, jak słońce chowało się za horyzont w tym ostatnim dniu października, a Chuck wyraźnie się rozkręcał opowiadając o lesie, który zakupił wraz z farmą przez ponad dwudziestu laty. Wyraźnie znał tutaj wszystko i czuł się jak w domu mówiąc o drzewach (oprócz różnych amerykańskich odmian dębu także drzewo hikorowe o bardzo smacznych orzeszkach, których jednak nie można kupić), grzybach (boczniaki także pozyskuje ze stanu dzikiego) i żeńszeniu amerykańskim. Dookoła robiło się coraz ciszej i kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, i przysiedliśmy na jeszcze chwilę rozmowy w kuchni, obok pieca w salonie, którzy zbudowali poprzedni właściciele, łatwo można było zrozumieć, co oznacza słowo homestead. Że można nie chcieć stąd się ruszać, że człowieka w ogóle nie obchodzą nagłówki w gazetach i kto jest prezydentem, że wszystko przetacza się gdzieś górą albo w innym (trochę nierealnym z tej perspektywy) świecie. Ceną za to poczucie jest jednak także to, że trzeba być gotowym na wszystko i umieć poradzić sobie (prawie) ze wszystkim, co w przypadku Chucka oznacza także olbrzymią stodołę wypełnioną wszystkimi możliwymi narzędziami i pojazdami, z pługiem do odśnieżania włącznie. Wprawdzie nasi gospodarze ruszali nazajutrz do Utah, gdzie spędzą z rodziną najbliższe dwa tygodnie, ale ognisko domowe będzie tu czekać cierpliwie do ich powrotu. To nowa definicja ogniska domowego, która akurat teraz bardzo mi odpowiada – miejsce, które czeka aż się do niego wróci.

Chuck zaopatrzył nas jeszcze na drogę w całe torby zebranych przez niego i zamrożonych grzybów, orzeszków hikorowych i pokaźny kawałek chagi. Bo najbardziej go cieszy zbieranie tego wszystkiego i obdarowywanie innych, powiedział pokazując na swój ogród, złożony z kilku grzęd wyniesionych i pokaźnej ilości metalowych sylwetek ptaków na płocie. Jestem teraz prawie pewna, że każda taka niepozorna farma, którą widać przy rozmaitych drogach pogranicza Minnesoty i Wisconsin, kryje takie wielkie serce i takie roślinne opowieści.

Dłuższy PS. Po powrocie dopadło mnie mocne przeziębienie albo grypopodobny wirus. Trzymałam fason przez jakieś trzy dni, żeby móc poprowadzić zajęcia, ale ostatecznie około soboty się poddałam. Gdybym miała swoje zioła, to już dawno byłabym zdrowa, narzekałam głośno na FB. Na co odezwała się Eileen z kontaktem do herbalistki z Winony. I tak w sobotni wieczór siedziałyśmy z Donną przy ziołowej herbacie z VAncouver w moim mieszkaniu z widokiem na bluffs, który na wszystkich robi wrażenie. Po tym, jak dałam znać, że jednak dzisiaj nie przyjdę po lekarstwa, bo zepsuł mi się rower a nie czuję się zbyt dobrze, Donna przeszła na piechotę 30 minut (bo zepsuł się jej samochód:-) ), żeby podrzucić mi kilka zrobionych przez nią specyfików z lokalnych roślin. Herbatka na kaszel składa się na przykład z żywokostu, dziewanny, podbiału, mięty, bzu i krwawnika, co świadczy o tym, że producentka bardzo zna się na rzeczy. Do tego wyciąg z lobelii (nazywanej też indiańskim tytoniem) – bardzo mocnego specyfiku antyspastycznego, którzy rdzenni mieszkancy Ameryki stosowali w leczeniu astmy oraz syrop przeciwkaszlowy z szanty zwyczajnej (Marrubium vulgare), lokalnego miodu, organicznym sokiem z cytryny oraz… cambium wiąza czerwonego – konserwantem jest brandy w śladowej ilości.

IMG_4070.JPG

I teraz właściwie jestem wdzięczna za tę rokroczną (prawie) chorobę, która zawsze dopada mnie o tej samej porze co do dnia niemalże. Trzy lata temu zastała mnie na konferencji w Bremie, tam pozbawiła mnie głosu i tylko „niemieckiej chemii” zawdzięczałam to, że mogłam w ogóle wystąpić z moim referatem. Tym razem jest inaczej, kontakt ze służbą zdrowia jest ostatecznością, bo choć mam podstawowe ubezpieczenie, to rzecz wymaga tyle zachodu i papierologii, że od tego od razu się zdrowieje. Mam za to szansę zgłębić tajniki lokalnych specyfików i tutejszej etnobotaniki. Rozmowa z Donną była poza tym wielką przyjemnością – jest herbalistką od kilku lat, odkąd przeszła na emeryturę, wcześniej zajmowała się długo opieką paliatywną, pracowała przez rok w szpitalu w Mongolii, uczestniczyła także w wyjazdach Anne Pelowski -niesamowitej osoby, autorki książek dla dzieci i edukatorki, konsultantki UNICEFU i UNESCO, założycielki Information Center on Children’s Culture przy amerykańskim komitecie UNICEFU. Anne Pelowski w kilku swoich książkach opisała życie na kaszubsko-amerykańskiej farmie w okolicach Trempeleau (Winona County). Te tutejsze „małe” historie są fascynujące. Mam nadzieję na dalszy ciąg wkrótce. Rośliny prowadzą.

Amerykański dzień, jak co dzień

 

 

Właściwie chcę zapisać ten dzisiejszy dzień bardziej chyba nawet dla siebie niż dla świata – choć z myślą jednak o potencjalnych czytelnikach. To będzie historia jednego niedzielnego popołudnia spędzonego między starszymi jabłoniami na pograniczy Minnesoty i Wisconsin. Trudno oddać wszystkie niuanse tego zwyczajnego-niezwyczajnego czasu, bo one się rozgrywają w bardzo zwyczajnych-niezwyczajnych rozmowach przy kawie i sałatce z quinoa / kanapce z szynką / gołąbkach / brownie (co komu odpowiada). I będzie też o temacie niewygodnym; zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie budzi silne emocje, od których trudno się uwolnić i które nie pozwalają czasem odetchnąć – rzecz dotyczy religii. Czy raczej religia / wyznanie będzie tutaj w tle, ale mimo wszystko bardzo znaczącym. Trudno o tym ostatnio nawet mówić, więc nie jestem pewna, czy uda mi się część tego doświadczenia dobrze opisać – w Polsce nawet ateiści są wojujący jak nigdzie chyba indziej, co często zbliża ich retorykę do tej tak charakterystycznej dla wszelkiej maści fundamentalistów. Bo od razu muszę zastrzec, że właśnie od fundamentalizmu jest tutaj jak najdalej; nawet jeśli USA kojarzą się z takimi odcieniami religijnego szaleństwa, jakie nawiedza Polskę po 1989 z mniejszym i większym natężeniem. No więc wyobraźcie sobie alternatywny świat, w którym 30-tysięczne miasteczko ma chyba z dwanaście różnych wyznań chrześcijańskich (jest cała paleta, z Pentecoastal włącznie). W takim miasteczku działa Winona Interfaith Council, zrzeszający większość tychże, a także buddystów (z mojej sanghi Zen Garland Dharma River) oraz muzułman. Council spotyka się na nabożeństwach ekumanicznych i rozmowach, ale także organizuje bardzo konkretne akcje pomocowe: właśnie trwają przygotowania do uruchomienia całodobowego ośrodka pomocy dla bezdomnych, w  których różne wyznania / kościoły będą na zmianę gotować posiłki i dostarczać potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby. Każda grupa organizuje wolontariuszy do takiej akcji „od siebie”. I teraz, uwaga, trzymajcie się mocno (cały czas jesteśmy na Midweście): w najbliższą sobotę Winona Interfaith Council zaprasza na… Islamic Center Fundraising Diner. Centrum islamskie w miasteczku potrzebuje środków na naprawę dachu. Mijam je podczas każdej wyprawy do co-opu, na dużych oknach przy głównej ulicy widnieje napis: Winona Islam Center. Będzie oczywiście Interfaith Thanksgiving, szczegóły jeszcze do ustalenia. I jak zawsze przy takich okazjach dopada mnie myśl: czy w takim świecie nie żyje się po prostu łatwiej, przyjemniej i bezpieczniej? Co jest takiego w tych odwiecznych bitwach z „Innymi”, że w Polsce muszą się one toczyć bez względu na koszty społeczne i psychiczne każdego/każdej z nas? Czy nie jest po prostu łatwiej założyć, że lepiej się dogadać i naprawiać te dachy wspólnie? Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się w Polsce po prostu zatruta tym poziomem nienawiści lub (chyba najszerzej rozpowszechnionej) niechęci do ludzi, którzy przychodzą z innego miejsca. Jeśli też czujecie się z tym kiepsko, to donoszę, że świat alternatywny istnieje. Co więcej, katolicyzm w tym świecie jest czymś zupełnie innym, ale o tym za moment (aha, i koniecznie pamiętajmy o proporcjach – jest go dużo, dużo więcej; to świat raczej Tygodnika Powszechnego niż… mniejsza o to, sami wiecie, co chciała napisać i niech tak zostanie).

I po lekturze takiego właśnie maila w niedzielny poranek wsiadłam do towarzyskiego samochodu, żeby pojechać na umówioną wyprawę po jabłka. Kilka mil za Winoną, w jednej z dolin drobnych rzek uchodzących do Mississippi, w zasięgu rażenia dźwięków linii Amtrak, która ma stację w Winonie (słychać je było z oddali, ale nic dziwnego). Sad należy do ojca Brezy, księdza polskiego kościoła w Winonie i lidera spoleczności tutejszej starej fali kaszubskiej imigracji z połowy XIX wieku, która nie utrzymuje jakiejś szczególnej łączności z krajem poza zwyczajowymi w takich razach symptomami kulinarnymi (może dlatego są bardzo mili i otwarci). Idea jest bardzo prosta: w tę niedzielę zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą zebrać trochę jabłek w sadzie. Część zostawiamy w skrzynkach dla właściciela, 80-letniego księdza z poczuciem humoru i jasnym spojrzeniem, który w zasadzie nigdy nie kieruje rozmowy na sprawy religijne, część można zabrać dla siebie. A jabłka…. eh boy, takie jabłka. Prosto z drzewa, chrupiące, o różnych odcieniach smaków i różnej konsystencji miąższu, dojrzałe na całkiem ostrym słońcu południowej Minnesoty, do zebrania właśnie dzisiaj, bo od wtorku spływa tutaj zimne powietrze przygnane Jet Streamem, który zawinie się trochę bardziej na południe niż zwykle.

Między grupkami skupionymi pod poszczególnymi drzewami krąży na małym traktorze Chuck, który dowozi skrzynki i pudełka, rozdaje rękawiczki i narzędzia do zbierania jabłek z wysokich gałęzi oraz super fajne torby. Widać, że tutaj owoce zbiera się ręcznie, a sad jest prawdziwy, nie z karłowatymi drzewkami na 5 lat. Przerwę spędzamy w kuchni, przy kawie, sałatce z quinoa i brownie – wpadają tutaj wszyscy zbieracze, włącznie z dzieciakami, Rozmawiam przez chwilę z Jessicą, która pracuje w centrum franciszkańskim w La Crosse (to już Wisconsin). Już wcześniej nazwa wpadła mi w oko, widziałam tam warsztaty mindfulness i koncerty na misach tybetańskich, i retreaty jogiczne. Centrum nazywa się właściwie Franciszkańskie Centrum Duchowości. Szybko okazało się, że fenomenalny program Girls Connect, na który moja rozmówczyni zapisała swoją córkę, prowadzą ludzie z Manitou Center, gdzie zbiera się moja sangha i że mamy wspólnych znajomych. Sama Jessica zajmuje się w swojej pracy koordynacją kontaktów z księżmi i wspólnotami z rejonu Amazonii, którym pomaga – jedna z form pracy, to włączenie doświadczenia indigenous people i wzmocnienie ich praw na miejscu… Nawet przez chwilę nie było w tej rozmowie najlżejszego powiewu „racji”, „obrony wartości”, „fundamentu tożsamości” i całej tej zarazy, którą tak dobrze znamy z Polski. A jednocześnie wartości były bronione bardzo dobrze – za pomocą troski o jabłonie (z siostrą ojca Brezy bardzo dobrze się rozumiałyśmy w rozmowie o tym, jak dbać o drzewa i co oznacza komunikacja z roślinami), o ludzi (lunch, konwersacje, uśmiechy, niezobowiązujące formy drobnego i większego wsparcia), o miejsce i o dobrą atmosferę. Całe zdarzenie coś mi przypominało – ten korowód ludzi przepływający przez kuchnię i drewniany pomost przed kuchnią, celebracja wspólnego posiłku, śmiechy i rozmowy, poznawanie ludzi i słuchanie ich historii, wyglądanie sąsiadów… Znam to dobrze, z Biotopu Lechnica.

17 Blocks

Dwa tygodnie bez wpisu – to musiały być midterms (czyli połowa semestru) w połączeniu z weekendową wyprawą na Północne Zachodnie Wybrzeże (czyli wykład gościnny w Electronic Literature Lab na Washington State University). Wykład był w streamingu i można go w związku z tym obejrzeć tutaj:

Dzisiaj jednak będzie nie o Zachodnim Wybrzeżu i genialnym projekcie archiwizacji i dokumentacji wczesnych form kultury cyfrowej, ale o dosyć niezwykłym wydarzeniu filmowym na Winona State University. Od paru tygodni na kampusie prezentowany jest cykl filmowy wpisany w temat przewodni semestru, którym są… kariery zawodowe. Tutejsze Film Studies przygotowały więc cykl zatytułowany „Careers, Conflicts and Callings” i w jego ramach można obejrzeć zarówno fikcję (The Office Mike’a Judge’a na przykład), jak i dokument: tytuły dobrane niebanalnie i oferujący ciekawą perspektywę oraz zachęcający do dyskusji. Udało mi się wreszcie trafić na kolejny pokaz z serii, której kuratorami są studenci chodzący także na moje zajęcia (sporo osób studiuje jednocześnie Film Studies oraz Mass Communication). W ten sposób trafiłam na dokument 17 Blocks – bardzo wzruszającą i poruszającą historię rodziny, która mieszka 17 przecznic od Kapitolu (ale, jak łatwo się domyślić, dzielą ją od niego całe światy).

Film aktualnie robi rundę po festiwalach, ostatnio m.in. na Tribeca Film Festival, był także pokazywany w 2019 w Karlovych Varach. Davy Rothbart, reżyser, wyjawił, że dokument znajdzie się wiosną na… MTV. Koncept filmu nie jest nowy ani nieznany  – wcześniej testowała go z powodzeniem np. czeska reżyserka Helena Třeštíková w filmie Rene, choć nie uniknęła trudnych pytań o obojętność wobec bohatera, któremu towarzyszyła z kamerą przez 20 lat. Rothbart towarzyszył rodzinie Sanfordów z kamerą również na przestrzeni 20-lat, ale jego relacja z bohaterami dokumentu jest zupełnie inna. Kamera rejestrowała przeróżne momenty z życia Cheryl oraz jej trójki dzieci, których dwójka powtórzyła trajektorie losu Czarnych dzieciaków znane z popkultury: zamknięty krąg braku szans, przygodnych możliwości, jakie oferuje ulica, splotu traumy, tragedii i obojętności systemu. Nie wszystko jednak potoczyło się tak, jak w znanych fabułach. Nie będę zdradzać więcej, bo zepsuję Wam ewentualne oglądanie, które mam nadzieję, że kiedyś nastąpi w Krakowie – mieście ambitnego kina i dobrych festiwali filmowych.

Nie chodziło jednak o sam film. Po pierwsze, już po raz kolejny na imprezie, której współorganizatorem jest nasze Office of Inclusion & Diversity, pojawia się taka oto plansza i impreza zaczyna się od minuty ciszy dla upamiętnienia faktu, że uniwersytet znajduje się na ziemiach Dakotów:

IMG_3979

Po drugie, audotorium które mieści ok. 100 osób, było prawie wypełnione.

Po trzecie, Rothbartowi trudno byłoby zarzucić, że uprawia rodzaj kulturowej turystyki. POdczas niektorych prezentacji towarzyszą mu Sanfordowie; zostali podpisani i figurują w „credits”. Co jednak najważniejsze, ostatnia scena filmu to ponad 1200 nazwisk osób – ofiar przemocy z użyciem broni w samym tylko Washington D.C., które zginęły od 2009 do końca 2019 roku. Pokaz filmu z udziałem reżysera stał się więc poruszającym rytuałem żałoby w kraju, gdzie użycie broni zaczyna przypominać niewypowiedzianą wojnę – było to jednocześnie blisko 120 minut, które stało się przede wszystkim wezwaniem do działania. Na różnych poziomach i w różnych formach. Tak dzieją się tutaj zmiany, o których nie usłyszycie z pierwszych stron portali – czasem rozgrywają się podczas wielu takich pokazów w audytoriach niewielkich uniwersytetów poza metropoliami, w miejscach, o ktorych myśli się często, że są konserwatywne.

I wreszcie powód najważniejszy. To zdecydowanie coś więcej niż film, dzięki akcji Washington to Washington, której częścią są pokazy – działanie jest proste i jednocześnie nadzwyczaj potrzebne: chodzi o wyrwanie dzieciaków z ulic miejskich gett… w góry. Na trekking albo zwykły spacer. Czasem chodzi o dzieciaki, które w trakcie swoich parunastu lat nigdy nie widziały więcej niż kilka najbliższych przecznic. I oczywiście, nie byłoby amerykańsko, gdyby po pokazie po sali nie krążyła torba, do której można było wrzucić datek wspierający udział kolejnych małych trekkerów.

Jeśli więc kiedykolwiek zobaczycie 17 Blocks na jakimś festiwalu, a nawet w MTV – nie wahajcie się. To kolejna odsłona zmiany. Film jest wierzchołkiem góry, której podstawa jest coraz mocniejsza. To jednocześnie może nieco zaskakujące, ale jednak adekwatne – oblicze permakultury poza uprawą ziemi i poza rolnictwem, ale blisko regeneracyjnego i restoratywnego rozumienia wspólnoty.

Drzewo na trudny czas albo 4. Etnobotaniczna Wyprawa Biotopu Lechnica

946db9bd-c73a-432e-934b-bc6e97f36feb

Kolejna, czwarta już Etnobotaniczna Wyprawa Biotopu Lechnica, miała nas zaprowadzić na Południowe Morawy, do regionu gdzie rośnie (i jest doceniana) -oskeruše – jarzębina domowa Sorbus domestica. Na ten gatunek zwracałem uwagę wielokrotnie we Włoszech (od Genui po Sycylię), w Słowenii i Austrii, a kilka lat temu napotkałem także, pełne entuzjazmu opisy tego drzewa pochodzące ze Słowacji i Czech. Okazało się w ten sposób, że to gatunek nie tylko, że nie ograniczony do strefy śródziemnomorskiej, ale może nawet rodzimy dla ciepłych stoków Białych i Małych Karpat!

W popularnym przekazie jarzębina (jarząb) domowy to daleki, ciepłolubny i „egzotyczny” kuzyn jarzębiny, znanej nam z całej Polski. Morawy, a szczególnie ich południowa część, to region zasiedlony przez długi czas przez Celtów. Wykopaliska archeologiczne w granicznym dla Białych Karpat – Puchowie, posłużyły do stworzenia terminu „kultura puchowska”, którą opisuje się te odlegle czasy. Plemiona celtyckie słynęły z wielu umiejętności i kultury, a ich wysoki poziom gospodarowania ziemią i ogrodnictwa, został odtworzony na tym samy poziomie na ziemiach, które opuścili dopiero po 400 latach od ich zniknięcia. Tak jak winorośl, którą na stokach Małych i Białych Karpat Rzymianie zastali z rozczarowaniem (bo starali się „przykryć” swoją agresywność i złe zamiary, bajdą o wybitnej kulturze jaką nieśli Europie…), tak być może domowa jarzębina rosła na tym obszarze w najlepsze.

b6ae0a3c-465c-4409-9191-3d4eb776bf1f

20191019_181808

Według inwentaryzacji na terenie Małych i Białych Karpat rosną okazy jarzębiny domowej o wieku: 530 lat (Małe Karpaty), 470 lat (Białe Karpaty), 400 lat (Białe Karpaty) …  i kilka innych o wieku ok. 300 lat! Drzewa tego gatunku owocują po około 15-30 latach od posadzenia i można się tylko domyślać, że o ile to nie są przedstawiciele pierwszego pokolenia w opisywanym regionie ( a raczej tak nie jest), to historia obecności jarzębiny domowej sięga minimum kilkaset lat. Słaba znajomość jarzębiny domowej w Polsce może dziwić, bo drzewo jest najplenniejszym drzewem owocowym Europy (daje do 1000 – 1200 kg z jednego dorosłego drzewa) i zasługuje na większe zainteresowanie niż aronia czy aktynidia (mini kiwi), które z takim oddaniem i wytrwałością polecane są pod polskie strzechy… 🙂

Kluczem do uprawy jarzębiny domowej jest w dużej mierze klimat (ciepło), ale także gliniasta gleba, no i posiadanie banku nasion, a więc starych, owocujących drzew. Ciepło nadchodzi wraz ze zmianą klimatu, a bank nasion jest o 200 km od polskiej granicy…

Sadzonki oskeruše mogą być klasycznie uzyskane z nasion, ale obecnie sporo pracuje się nad szczepieniem, co daje skrócenie czasu oczekiwania na pierwsze owocowanie o połowę, a czasem więcej. W wielkim skrócie: trzeba z jarzębiną domową zacząć pracować.

IMG_2881

Owoce oskeruše są stosunkowo duże – te które zebraliśmy podczas 4.EWBL miały około 2,5 – 2.7 cm średnicy i długości (mieliśmy do czynienia wyłącznie z okrągłymi owocami), ale spotyka się owoce większe  i na Sycyli bywają długie na ponad 4 cm. Zmienność kształtu owoców (wyróżnia się 6 typów), który oscyluje pomiędzy okrągłym, a gruszkowatym, nie jest jedyną zmiennością u tego gatunku. W Białych Karpatach pokazano nam kilkanaście drzew pochodzących z tego samego źródła i każde z nich tworzyło własny, indywidualny kształt korony. Może to świadczyć o dużej plastyczności tego gatunku (a przecież jarzębiny u nas uważane są za drzewa pionierskie), co w dobie zmian klimatu, dobrze rokuje dla prób uprawy poza dotychczasowym zasięgiem gatunku.

IMG_2884

W szkółce domowej… siewki, sadzonki, młode drzewka i drzewa owocujące, ale także archiwum… cyfrowe.

Poniżej, zebrane owoce jarzębiny domowej (gatunek ten zrzuca owoce i zbiera się je z ziemi) na moich fotkach.

IMG_2892

IMG_2895

IMG_2894

W jednym owocu znalazłem (próba 14 owoców) od 1 do 4 nasion (pestek).

IMG_2956

Liście są ostro piłkowane i umieszczone na długich „ogonkach”, kilkanaście mierzyło około 15- 16 cm.

IMG_2955

Jarzębina domowa słynie z dużych, słodkich i aromatycznych (smak gruszkowy?) owoców, ale także z doskonałego drewna, stosowanego do wyrobu przedmiotów, które musiały być odporne na działanie znacznych sił.

W dawnych czasach łączono jej owoce z gruszkami i owocami nieszpułki, jako podstawy do otrzymania aromatycznego zacieru i wina. Oskeruše są znane tak dawno, że wokół nich stworzono rozmaite mityczne opinie, wierszyki, powiedzonka. Jedno z nich mówi:

pić oskoruszowkę to życie, kosztować ją to jest doświadczenie, a opowiadać o niej jest nauką,

a inne proponuje:

pochwalmy to morawskie drzewo, podziękujmy ojcom i dziadkom.

Jarząb domowy jest uprawiany i znany z dzikich form w wielu krajach Europy, ale także wyspowo spotyka się go w Afryce i Azji. Gatunek jest od lat pod bacznym okiem zawodowców i podaje się nawet wyniki jego inwentaryzacji: 50 dorosłych drzew w Luksemburgu, 500 owocujących drzew w Szwajcarii, 500 owocujących jarzębin domowych w Austrii, 6000 w Niemczech, na ok. 10 000 drzew owocujących ocenia się populację w krajach byłej Jugosławii i Grecji. Sporo, bo od 2 do 5 tysięcy ocenia się liczbę owocujących drzew na Węgrzech, w Czechach ma jej być ok. 1, 5 tysiąca, a na Słowacji rośnie ok. 400 dorosłych drzew pośród 2-3 tysięcy młodszych jarzębów domowych. Ostatnio natrafiono na ten gatunek w Turcji, a rośnie też w całych Włoszech, Hiszpanii, Francji, w Danii, w Wielkiej Brytanii żyje na granicy swego zasięgu, jest obecna na Kaukazie i w części Ukrainy.

Opisywane drzewo jest tak fascynującym gatunkiem, że cieszy się wyjątkowo mocnym zainteresowaniem „wtajemniczonych” … i wcale mnie to nie dziwi.

Nie bez trudu pozyskaliśmy 9 sadzonek jarzębiny domowej z jednej z najciekawszych, domowych szkółek (właściciel przyznał się nam, że drzewka jakimi tej jesieni dysponuje są zarezerwowane od miesięcy i to … po 2, 3 razy każde z nich !) i są pewnie już posadzone w Krzeczowie, Hubie, na Śląsku, w Niepołomicach, trzy sadzonki zostaną na Słowacji (Biotop Lechnica), a jedna poleci jutro do Londynu, do jednego z parków społecznościowych. Mam nadzieję na pokazanie fotografii posadzonych sadzonek i informowaniu Was/mnie o tym jak im się wiedzie daleko od Moraw?! 🙂

Nasza wyprawa była rekonesansem na terenach dawnych wpływów celtyckich i kultury winnej, być może starszej od tej roznoszonej na ostrych mieczach Rzymian, ale także obszarze gdzie dotarły fale Wołochów. Nazwy mniejszych regionów – Valaske Moravy czy Slovacko (to region w Czechach w Białych Karpatach, a nie Słowacja)… i nazwy miejscowości bardzo inspirują do układania następnych podróży.

IMG_2900

Widok z Trenczyna na Białe Karpaty i samo miasto to osobna opowieść… np. o odnowieniu starego sadu czereśniowego za sprawą inicjatywy społecznej wspartej przez miasto.

IMG_2903

IMG_2911 (1)

IMG_2910

Morawy to region gdzie natrafia się na zaczarowane miasteczka, gdzie księgarnie otwiera się już o 9.00 rano… a wszystko nam mówi: musicie wrócić i mieć więcej czasu!

Obelisk upamiętniający budowę ważnej nitki kolei karpackiej stoi na granicy Słowacji i Czech, ale opowiada o regionie, który miał zawsze także swoje własne granice, a bywało, że był bardzo, bardzo rozległy…

IMG_2810

20191019_084710

IMG_2821

Miasteczko Wołoskie Kapelusze (albo Pasterskie Kapelusze) to prawdziwa perełka!

Białe Karpaty sąsiadują z wieloma pięknymi i ciekawymi pasmami górskimi! Urozmaicenie krajobrazowe zastanawia i skłania do układania planów…

IMG_2839

IMG_2840

Etnobotanika jest doskonałym kluczem nie tylko do układania podróży, ale i do dzielenia się wiedzą… bo uczestnicy naszej eskapady znają bylicę chińską z permakultury Biotop Lechnica, ale to co robi się z nią (w postaci substancji o nazwie moksa, uzyskiwanej w całkowicie alchemiczny sposób) najlepiej wytłumaczy znakomity znawca medycyny chińskiej… to są te momenty, dla których WARTO :-))) !

IMG_2856

Innego rodzaju alchemia z Białych Karpat pokazuje jak słabo w Polsce z wiedzą o sąsiednich krajach, o sąsiednich kulturach.

IMG_2874

IMG_2876

Poza Wołochami, to cywilizacja Celtów intryguje w historii południowej części Moraw.

W słynnej osadzie Havranok pod Tatrami, zakończyliśmy główną część naszej Wyprawy. Całe wzniesienie, na którym zrekonstruowano (odtworzono) osadę Celtów i miejsce kultowe, gdzie najprawdopodobniej rezydował duchowy przewodnik Celtów – druid, porastają bardzo stare bzy czarne, a sąsiednie lasy pełne są buków. Krajobraz jeszcze i dzisiaj powoduje, że siła Natury karmi nas energią i entuzjazmem. Tu doświadcza się tego stanu, który nazywają potocznie – „wiem, że żyję”…

IMG_2918

IMG_2920

IMG_2925

IMG_2942

Havranok jest naprawdę ważnym celtyckim śladem, a w pozostałości po druidycznym sanktuarium, gdzie na chwilę przysiadłem, znaleziono m. innymi – fragmenty 43 czaszek wilków, fragmenty 22 czaszek dzikich koni, 39 czaszek dzikich turów, 75 czaszek dzików, 51 czaszek dzikich kozic i owiec… Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to proszę – opracowanie: K. Pieta, Keltske osidlenie Slovensko, Nitra 2008.

Uczestnikami 4. Etnobotanicznej Wyprawy Biotopu Lechnica – 18-20.X.2019, były: Bożena, Natasza, Joanna, Małgosia, Madzia, Viola, byli: Marek i Marek, Artur, Piotr. Na FB jest sporo fotografii i filmów umieszczanych tam na bieżąco przez uczestników Ekspedycji, które doskonale uzupełniają tę bardzo okrojoną relację.

Fotografie w tekście – moje, Nataszy i Bożeny. Wykorzystałem w opisie fenomenu Sorbus domestica informacje z opracowania pt. Oskeruše – strom pro novou Evropu (praca zbiorowa) i informacje z pierwszej ręki od dr Mullera, który dał nam przykład wielkiej gościnności, cierpliwości i entuzjazmu! Było też interesujące, gdy Joanna, podczas naszej akcji wieczornej w sadzie z jarzębinami domowymi, kasztanami jadalnymi i innymi drzewami owocodajnymi, kontaktowała się na bieżąco z p.  dr ing. Ladislavem Bakayem z Uniwersytetu w Nitrze, gdzie prowadzi bardzo ciekawe prace sadownicze, m. innymi z jarzębiną domową.

Miłośnicy oskeruše, łączcie się! 🙂

 

 

Szanujmy swoją przeszłość, wyjdźmy naprzeciw przyszłości!

To oficjalny slogan miejskiej biblioteki publicznej w Winonie (Winona Public Library). (Honour our past, embrace our future). Bo dzisiaj będzie właśnie o bibliotekach i – może trochę – o kulturze książki, bo za tydzień jadę do Minneapolis (tam właśnie mieści się moja obwodowa komisja wyborcza), a Minneapolis to podobno mekka czytelnictwa i małych niezależnych księgarń. Ponieważ w Minneapolis muszę też dwukrotnie nocować w drodze do Portland, OR za niecałe dwa tygodnie, to mam nadzieję, że uda mi się niektóre z tych najlepszych niezależnych księgarń odwiedzić. Biblioteka Publiczna w Winonie jest od samego początku – czyli od 1857-go roku, kiedy zawiązała się grupa pod nazwą Winona Lyceum – dziełem obywatelskiej aktywności. Grupa inicjatywna przekształciła się w Young Men’s (sic!) Library Association i rozrosła do ponad 260-ciu członków w 1870 roku, którzy dysponowali księgozbiorem ponad 1600 książek. Biblioteka jednak popadla w tarapaty finansowe i w 1875 nawet zamknięto ją na dwa lata, dopóki dwa lata później J. B. McGaughey, Thomas Wilson i Charlotte Prentiss nie uporali się z długiem (nie było to więc stowarzyszenie czysto męskie!) i nie zreorganizowali całego przedsięwzięcia, które od tej pory przyjęło nazwę Winona Library Association. W marcu 1886 roku stowarzyszenie podarowało bibliotece swoją kolekcję 3500 książek i tak zaczęła się prawdziwa historia miejskiej biblioteki. Pod koniec lat 90. XIX wieku pojawił się sponsor, który przeznaczył 50 tysięcy ówczesnych dolarów na budowę siedziby (niech nie będzie bezimienny: wspaniałomyślnym donatorem był William H. Laird). Budynek otwarł swoje podwoje w 1899 roku, zaprojektowany przez dziekana szkoły architektury University of Pennsylvania, Warrena POwersa Lairda i Edgara V. Seelera, architekta z Filadelfii. Budynek we wnętrzu jest rzeczywiście dosyć intrygujący (przeszklone podłogi na piętrach w częście, gdzie są półki z książkami! ornamentyka amerykanskiego art deco i art moderne! imponująca kopuła w centralnej części!), zobaczcie zresztą sami:

Jak się wydaje, to pamiątka po czasie, kiedy w amerykańskiej architekturze na wskroś nowoczesna szkoła z Chicago (nazywaną też szkołą z prerii, Prairie School), zapowiadająca styl międzynarodowy kojarzony z amerykanskimi przygodami Bauhausu Miesa van der Rohe i Waltera Gropiusa) ustąpiła pola historycyzującemu nurtowi, który tak wyraźnie przedstawił się podczas slynnego Expo w 1893 roku w Chicago (tzw. World’s Colombian Exposition). Louis Henry Sullivan, ojciec nowoczesnych wieżowców i mentor Franka Lloyda Wrighta powiedział nawet, że to Expo cofnęło architekturę amerykańską o dobre 50 lat (The Midwest. The Greenwood Encyclopedia of American Regional Cultures. The Midwest, pod red. J. W. Slade’a i Judith Y. Lee). Miało być jednak o książkach i bibliotece, wracam więc do tematu, choć jest istotny powód, dla którego naziwsko Wrighta się pojawiło i wyjawię to w stosownym czasie (ale jeszcze nie w tym wpisie).

Miejskiej Bibliotece Publicznej daleko do jej europejskich – w tym także polskich – odpowiedników. W tym także tych w małych miastach (bo to, że np. taką krakwoską Artetekę dzielą od Winona Public Library całe lata świetlne, to zrozumiałe – Kraków jest europejską metropolią i mówię to poważnie, Winona jest trzydziestotysięcznym miasteczkiem w Minnesocie). Nie znajdziecie tutaj tak wypasionego sprzetu, jak w naszych bibliotekach, księgozbiór nie należy do najnowszych, nie ma tu hipsterskiej kawiarni. To zresztą powoli cecha, którą dostrzegam tu powszechnie: cale dekady ograniczania wydatków na cele publiczne mszczą się tutaj bardzo okrutnie, współczesne Stany Zjednoczone nie mają startu do krajów Unii Europejskiej (w tym także Polski), jeśli chodzi o stan infrastruktury publicznej: transportu publicznego, infrastruktury kolejowej, elektryczności, a nawet sieci komunikacyjnej i usług cyfrowych (tych publicznych). Wszystko, co finansowane z pieniędzy publicznych, jest tutaj przestarzałe i nieefektywne. Gdyby nie znakomita praca wielu ludzi z tego sektora, z prawdziwą misją, podejrzewam, ze byłoby jeszcze gorzej. Inna sprawa, że zasadniczo wszystkie rozwiązania są tutaj wystarczająco dobre i wystarczająco wygodne, więc może to po prostu pragmatyzm? Na przykładzie biblioteki publicznej widać jednak, jak mocno jest ten aspekt życia wspólnego obywateli niedofinansowany. Jeśli więc słyszycie, że socjalizm (w tutejszych warunkach to Elisabeth Warren i Bernie Sanders) podbija USA, to są ku temu dobre powody.

Jest jednak coś, co różni bibliotekę w Winonie od polskich bibiotek w drugą stronę: w Winonie (a bylam w środku zwykłego dnia) jest tłoczno i – w niektórych pomieszczeniach, gdzie są zajęcia dla dzieciaków – dosyć gwarno. Musiałam się bardzo starać, żeby uchwycić sytuację taką, jak ta na zdjęciu z kącika dla dzieciaków:

Biblioteka w Winonie ma też tak bogaty program zajęć, że praktycznie codziennie są tutaj po dwa, trzy wydarzenia, wystarczy zobaczyć na kalendarz. O tym będę jeszcze donosić, bo właśnie zapisałam się z przyjaciółmi się grę Capture the Flag Laser Tag (15. listopada), która rozgrywa się w budynku biblioteki. Trochę więc biblioteka w Winonie przypomina biblioteki skandynawskie, bo zdecydowanie jest centrum aktywności, komptetencji (sporo tu rozmaitych kursów, można korzystać z komputerów i art room z wystawą sztuki) i tzw. wolnego czasu – co najważniejsze: uczestnictwo jest nieodpłatne. A że nie ma najnowszego sprzętu? Cóż, badania potrzeb i oczekiwań studentów uczelni w USA pokazują, że być może nie jest to wcale rzecz pierwszoplanowa (czyli dokładnie odwrotnie niż myśli się w Polsce, gdzie sprzęt i technika zawsze jest fetyszyzowana, a o pracownikach bibliotek myśli się na końcu…). Tezę mogą wesprzeć stosowne badania: linkuję do artykułu o wymownym tytule: „College Students Just Want Normal Libraries”