17 Blocks

Dwa tygodnie bez wpisu – to musiały być midterms (czyli połowa semestru) w połączeniu z weekendową wyprawą na Północne Zachodnie Wybrzeże (czyli wykład gościnny w Electronic Literature Lab na Washington State University). Wykład był w streamingu i można go w związku z tym obejrzeć tutaj:

Dzisiaj jednak będzie nie o Zachodnim Wybrzeżu i genialnym projekcie archiwizacji i dokumentacji wczesnych form kultury cyfrowej, ale o dosyć niezwykłym wydarzeniu filmowym na Winona State University. Od paru tygodni na kampusie prezentowany jest cykl filmowy wpisany w temat przewodni semestru, którym są… kariery zawodowe. Tutejsze Film Studies przygotowały więc cykl zatytułowany „Careers, Conflicts and Callings” i w jego ramach można obejrzeć zarówno fikcję (The Office Mike’a Judge’a na przykład), jak i dokument: tytuły dobrane niebanalnie i oferujący ciekawą perspektywę oraz zachęcający do dyskusji. Udało mi się wreszcie trafić na kolejny pokaz z serii, której kuratorami są studenci chodzący także na moje zajęcia (sporo osób studiuje jednocześnie Film Studies oraz Mass Communication). W ten sposób trafiłam na dokument 17 Blocks – bardzo wzruszającą i poruszającą historię rodziny, która mieszka 17 przecznic od Kapitolu (ale, jak łatwo się domyślić, dzielą ją od niego całe światy).

Film aktualnie robi rundę po festiwalach, ostatnio m.in. na Tribeca Film Festival, był także pokazywany w 2019 w Karlovych Varach. Davy Rothbart, reżyser, wyjawił, że dokument znajdzie się wiosną na… MTV. Koncept filmu nie jest nowy ani nieznany  – wcześniej testowała go z powodzeniem np. czeska reżyserka Helena Třeštíková w filmie Rene, choć nie uniknęła trudnych pytań o obojętność wobec bohatera, któremu towarzyszyła z kamerą przez 20 lat. Rothbart towarzyszył rodzinie Sanfordów z kamerą również na przestrzeni 20-lat, ale jego relacja z bohaterami dokumentu jest zupełnie inna. Kamera rejestrowała przeróżne momenty z życia Cheryl oraz jej trójki dzieci, których dwójka powtórzyła trajektorie losu Czarnych dzieciaków znane z popkultury: zamknięty krąg braku szans, przygodnych możliwości, jakie oferuje ulica, splotu traumy, tragedii i obojętności systemu. Nie wszystko jednak potoczyło się tak, jak w znanych fabułach. Nie będę zdradzać więcej, bo zepsuję Wam ewentualne oglądanie, które mam nadzieję, że kiedyś nastąpi w Krakowie – mieście ambitnego kina i dobrych festiwali filmowych.

Nie chodziło jednak o sam film. Po pierwsze, już po raz kolejny na imprezie, której współorganizatorem jest nasze Office of Inclusion & Diversity, pojawia się taka oto plansza i impreza zaczyna się od minuty ciszy dla upamiętnienia faktu, że uniwersytet znajduje się na ziemiach Dakotów:

IMG_3979

Po drugie, audotorium które mieści ok. 100 osób, było prawie wypełnione.

Po trzecie, Rothbartowi trudno byłoby zarzucić, że uprawia rodzaj kulturowej turystyki. POdczas niektorych prezentacji towarzyszą mu Sanfordowie; zostali podpisani i figurują w „credits”. Co jednak najważniejsze, ostatnia scena filmu to ponad 1200 nazwisk osób – ofiar przemocy z użyciem broni w samym tylko Washington D.C., które zginęły od 2009 do końca 2019 roku. Pokaz filmu z udziałem reżysera stał się więc poruszającym rytuałem żałoby w kraju, gdzie użycie broni zaczyna przypominać niewypowiedzianą wojnę – było to jednocześnie blisko 120 minut, które stało się przede wszystkim wezwaniem do działania. Na różnych poziomach i w różnych formach. Tak dzieją się tutaj zmiany, o których nie usłyszycie z pierwszych stron portali – czasem rozgrywają się podczas wielu takich pokazów w audytoriach niewielkich uniwersytetów poza metropoliami, w miejscach, o ktorych myśli się często, że są konserwatywne.

I wreszcie powód najważniejszy. To zdecydowanie coś więcej niż film, dzięki akcji Washington to Washington, której częścią są pokazy – działanie jest proste i jednocześnie nadzwyczaj potrzebne: chodzi o wyrwanie dzieciaków z ulic miejskich gett… w góry. Na trekking albo zwykły spacer. Czasem chodzi o dzieciaki, które w trakcie swoich parunastu lat nigdy nie widziały więcej niż kilka najbliższych przecznic. I oczywiście, nie byłoby amerykańsko, gdyby po pokazie po sali nie krążyła torba, do której można było wrzucić datek wspierający udział kolejnych małych trekkerów.

Jeśli więc kiedykolwiek zobaczycie 17 Blocks na jakimś festiwalu, a nawet w MTV – nie wahajcie się. To kolejna odsłona zmiany. Film jest wierzchołkiem góry, której podstawa jest coraz mocniejsza. To jednocześnie może nieco zaskakujące, ale jednak adekwatne – oblicze permakultury poza uprawą ziemi i poza rolnictwem, ale blisko regeneracyjnego i restoratywnego rozumienia wspólnoty.

W poszukiwaniu niebiańskiego syropu

„Bądź jak lis,

co zostawia więcej ścieżek niż potrzeba,

niektóre mylne.

Praktykuj odrodzenie.”

Wendell Berry, Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front.

Lista tematów rośnie, czas się kurczy – również dlatego, że w ciągu tygodnia zajmuję się głównie zajęciami i sprawami zawodowami, a w ciągu weekendu trzeba się naprawdę postarać, żeby nie ulec licznym zaproszeniom, wydarzeniom kulturalnym i okazjom towarzyskim. Nie jest to łatwe. Mam więc nadzieję, że kiedyś uda mi się poświęcić oddzielny wpis tutejszym co-opom, czyli amerykańskim formom spółdzielni zrzeszających producentów organicznych i ich odbiorców. W Winonie jest ich parę. Do tego w soboty w Leevee Park nad samą Wielką Rzeką odbywa się Farmers’ Market (koleny temat sam w sobie, ale zostawię go też na później). To właśnie w Bluff Country Co-Op spotkałam w ubiegłą sobotę Eda, który częstował syropem klonowym, sezonowanym w beczkach dębowych jak bourbon. Na syrop klonowy w ogóle nie trzeba mnie namawiać. Jak tylko spróbowałam, błyskawicznie sięgnęłam po pokaźną zalakowaną butelkę i włożyłam do koszyka. To był bezsprzecznie najlepszy syrop, jakiego w życiu próbowałam (a wiem, co mówię, po dwóch wizytach w Quebecu, wśród Quebecois)! Dzień był pełen innych wrażeń, ale rano przy śniadaniu postanowiłam sprawdzić, jaka tajemnica kryje się za etykietą, która głosiła tylko: B&E’s Trees.

IMG_3528

Na szczęście na odwrocie była strona internetowa. Kliknęłam i… eh boy. Decyzja zapadła równie błyskawicznie, jak ta o sięgnięciu po butelkę w Co-opie. Jak często znajdziecie na stronach farmerów wiersz „Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front” Wendella Berry, poety i także farmera? Nie jeżdżę samochodem, więc była to kwestia namówienia kogoś ze znajomych, których nigdy nie trzeba specjalnie namawiać 🙂 (Po trzech tygodniach tutaj moje życie bez samochodu przypoina tutaj surfing – jeśli nie jeżdżę rowerem np. z powodu wydatnych ulew w ubiegłym tygodniu albo gdzieś jest za daleko, to surfuję na falach ludzkiej życzliwości; nigdy jej tutaj nie brakuje). Rzuciłam pomysł i po kilku dniach nieoceniona Carrie doniosła, że już jest w kontakcie z farmą i że możemy jechać w piątek. Farma mieści się w miejscowości Cashton niedaleko LaCrosse, jakieś 80 minut drogi, w Wisconsin (a jakże!).

Nie było łatwo trafić, drogi stawały się coraz węższe, ostatnie pół mili po szutrówce nie napawało optymizem, ale w końcu wyłoniły się trzy dębowe beczki ułożone jedna na drugiej i tabliczka z numerem posesji, której szukałyśmy. Przywitał nas szeroki uśmiech Eda i błoto – zgodnie z ostrzeżeniem. Ulewa oznacza tu czasem – jak w ubiegłym roku podczas katastrofalnej powodzi – 24 cale opadów w tydzień i jak mi podpowiada kalkulator, jest to niewyobrażalna suma ponad 600 mm! Czyli zupełnie jakby u nas maksymalny opad trwał siedem dni! (ok. 100 mm na dobę, co i u nas oznacza zazwyczaj gwałtowną powódź). Woda będzie leitmotivem opowieści Eda, bo i w ich leśnej farmie, czyli klonowego lasu na stromych stokach wzgórz, ustyuowanego między Eureka Maple Woods State Natural Area i Portland Maple Woods State Natural Area, erozja jest głównym problemem. Zwiedzanie zaczęliśmy od tzw. sugar barn, gdzie sok z klonów jest doprowadzany i kondensowany, aż osiągnie wystarczającą zawartość cukru (która musi skoczyć z ok. 12% do 40-tu kilku).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ed urodził się i wychował na farmie nieopodal (za dwoma grzbietami wzgórz), podobnie jego dziewczyna, Bree. Są miejscowi i wiedzą o regionie wszystko. Na przykład to, że na przełomie lat 30. i 40. prowadzono tutaj bardzo progresywną politykę, w ramach programu Civilian Conservation Corps (1933-1942, jednego z najwcześniejszych programów tzw. New Deal, który miał pomóc w odrodzeniu ekonomii amerykanskiej po Wielkiej Depresji) zachęcano tutejszych farmerów do wysadzania i wysiewania odpowiedni zestawów gatunków i zniechęcano do stosownaia środków chemicznych, ze względu na zasoby wody pitnej w dolinei i na to, że wzgórza, na których leży Cashton, są wododziałem. Później nadeszły „lepsze” czasy, a wraz z nimi klęska wysokouprzemysłowionego rolnictwa, która odbija się tutaj coraz większą czkawką. Farmerzy zależą bardziej od wahań na rynkach finansowych i cen giełdowych kukurydzy i soi (ta ostatni znajduje zbyt głównie w Chinach) niż od czegokolwiek, co dzieje się z ich własną ziemią i co się tutaj rodzi. Jak mówi Ed, coraz więcej farmerów – w obliczu częstych i uporczywych kłopotów będących efektem zmiany klimatycznej – zaczyna więc myśleć o wyjściu z zaklętego kręgu państwowych subwencji i długów, i szuka nowych rozwiązań. Zaczęło się więc zainteresowanie bardziej odpornym na warunki pogodowe gospodarowaniem – w okolicy jest np. organiczna farma mleczna (co tutaj oznacza także dbałość o różnorodność upraw i hodowli) oraz farma permakulturowa New Forest Farm Marka Shepparda (urodzonego w Chorwacji!), z programem wolontariackim (wiecie już, gdzie mnie poprowadzi w nasępnym rzucie?), w Casthon mieści się znana spółdzielnia (co-op) farmerów organicznych Organic Valley. 

Będę się więc upierać: tutaj dzieje się cicha rewolucja. Ludzie, którzy ją robią, nie mają czasu na bzdury, na ogłoszenia na FB, na załamywanie rąk i teoretyzowanie co by było, gdyby i jak byłoby najlepiej, na pouczanie innych i wytykanie winnych. Dlatego ich nie widzicie. Są zajęci na przykład regeneratywnym rolnictwem.

Bo to zajęcie to naprawdę kupa ciężkiej roboty. B&E’s Trees to jest rzeczywiście pięć zaprzyjaźnionych osób, które wszystko robią same: od zbiorów soku z drzew po rozlewanie do butelek (ciągle głównie ręczne!), dystrbucję i marketing (ale ten ostatni termin nie ma nic wspólnego z tym, co zazwyczaj kryje się pod tym terminem – Ed najczęściej wsiada w seoznie do swojego starego pickupa i jeździ po okolicznych co-opach, eventach i festiwalach organizując degustację. Do tego dochodzi organizowanie wszelkich eventów w samej farmie: mają piękną łąkę, na której na przykład odbywają się warsztaty zbierania dzikiego czosnku podczas Ramp Fest – i teraz uwaga, read my lips miłośnicy pesto z czosnku niedźwiedziego – TAK ŻEBY NIE NARUSZYĆ MIEJSCOWEJ RÓWNOWAGI I DOBROSTANU ROŚLIN. W samej sugarn barn jest także zaimprowiozwany niewielki bar do degustacji syropu i innych produktów podczas sezonowych weekendowych spotkań. Najwyraźniej permakulturowy model zróżnicowanego gospodarowania i źródeł przychodów dobrze się tutaj sprawdza. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić ogrom roboty przy tym wszystkim.

Przy tym wszystkim spacer z Edem po lesie pokazał, że świetnie rozumie zasady rolnictwa regeneratywego – to, co robią w swojej leśnej farmie, jest nakierowane tyleż na zbiory, co (może nawet bardziej) na zachowanie miejsca i troskę o przyszłość. A horyzont czasowy jest całkiem inny, niż w przypadku pól modyfikowanej genetycznie kukurydzy: pierwsze zbiory soku klonowego można uzyskać z 50-letnich drzew… Do tego dochodzi odtwarzanie zestawu rodzimych gatunków na łące przy sugar barn, przy nastawieniu głównie na perennials (czyli rośliny wielosezonowe, znacznie bardziej odporne na wahnięcia pogody). Tutaj także mają kłopot z roślinami inwazyjnymi, ale po dłuższej dyskusji okazuje się, że jedne z farmerów wykorzystuje taki inwazyjny gatunek traw jako paszę. Gdzie więc jest problem, tam można znaleźć i jego rozwiązanie, a kryzysy są naszą szansą. Z tej perspektywy kryzys klimatyczny jawi się zupełnie inaczej – choć nikt nie mówi, że będzie łatwo. Może dlatego warto, żebyśmy zakasali rękawy już dzisiaj i uczyli się drobnych i więkzych sposobów. Nie uratujemy planety, to prawda (bo to niemożliwe, to raczej planeta możę uratować nas, jeśi zechce – ona sama bez wątpienia da sobie radę, to tylko życie jakie znamy będzie wyglądać inczej). Zacznijmy jednak wreszcie kojarzyć nadzieję z uporem, wiedzą i determinacją, a nie z fantazjami o przyszłym pięknym życiu. To moja odpowiedź na ten artykuł (cieszył się na FB dużym powodzeniem) – tylko pozornie mądry, w gruncie rzeczy oferujący garść oczywistości, o których wie każdy, kto trochę wychodzi poza swoje internetowe bańki i rusza w teren, żeby sobie ubrudzić ręce. I oczywiście, żę dychotomia, którą tutaj buduję jest pozorna. Ale wiecie co, mam na myśli. Lepsza garść praktyki niż tona teorii (w tym przypadku).

Spacer po lesie klonowym (farmie!) był jak zanurzenie w dobrej przyszłości. W scenariiuszu, który już się dzieje i napawa jeśli nie otuchą, to falą pięknej energii płynącej z poczucia, że nie jesteśmy sami. I to w wielu znaczeniach – nie jesteśmy sami, wokół nas jest tyle żywych pięknych istot. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle pięknych ludzi skłonnych dbać o te istoty i siebie. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle mądrych rozwiązań i tyle wiedzy. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle sztuki, tyle rozmaitych form ekspresji. W tym spacerze instalacja do pobierania soku z drzew i pompowania go na górę, do sugar barn, jawiła się jak jedna wielka landartowa instalacja.

Ed spędził z nami ponad dwie godziny, z entuzjazmem opowiadając o farmie, lesie, regionie i jego historii. Nie mogę teraz myśleć o towarach na półkach w co-opie, jako o zwykłych „rzeczach”. Ani o kupowaniu tam jak o kolejnej formie kosnumpcji. Wkładając do koszyka kolejną butelkę syropu klonowego, organicznych tutejszych bawolich serc (pomidorów), czy pakując orzechy do bawełnianego woreczka w gruncie rzeczy włączam się w krąg dzielenia się opowieściami i zasobami. W tym małym geście styku czipa mojej karty płatniczej z terminalem w Bluff Country Co-op wchodzę w rzekę obfitości. Czasem płynie ode mnie ku innym, a czasem (częściej) odwrotnie. Nie zależy od cyferek, które ten przepływ tłumaczą, one go czasem tylko ułatwiają. Z radością „zapłacę” za to „więcej”, także za tych, którzy dzisiaj „zapłacić” nie mogą. Bo może włączają się w ten przepływ na dziesiątki innych sposobów, a może kiedyś „zapłacą” gdzieś indziej, komuś innemu, kto całą swoją energię wkłada w dobrą przyszłość już teraz.

Dlatego, kiedy następnym razem zobaczycie na fejsie, że ktoś się boi końca świata i pogrąża w desperacji, nie wierzcie. Wiele jeszcze końców świata na horyzoncie, ale nie jesteśmy sami. Zamartwianie się historiami z fejsa jest zwyczajnie nie fair wobec całego wysiłku, który wkładają w zmianę zwykli ludzie Tu i Tam.

 

Pizza Farm? Oczywiście!

Przyleciałam w poniedziałek wieczorem, lądując w Minneapolis po ośmiogodzinnym locie z Amsterdamu, pod świetlistym niebem Środkowego Zachodu, nad Wielką Rzeką, na zachód od której rozciągają się Wielkie Równiny. To było trochę jak lądowanie w krainie dzieciństwa – dotarło to do mnie po ładnych kilku dniach, kiedy przypomniałam sobie zimowe wycieczki do wiejskiej biblioteki po kolejne tomy Jamesa Fenimore’a Coopera czy Marka Twaine’a (i dopiero teraz wiem, że prototypem miasta Tomka Sawyera było portowe miasto nad Mississipi, Hanibal w stanie Missouri – trochę bardziej w dół Rzeki). W czwartkowe popołudnie, po pierwszych dwóch dniach zajęć ze studentami, już siedziałam w samochodzie z Davinem, Carrie i czwórką ich synów – zaanonsowali mi tylko tajemniczo „pizza farm w Wisconsin” i pojechaliśmy. Najpierw przez most na Rzece na drugi brzeg (Mississipi należy się odrębny wpis i to raczej niejeden, bo to Wielka Rzeka), później skręciliśmy trochę wgłąb lądu. Suncrest Gardens Farm w Cochrane, Wisconsin to nieco ponad pół godziny drogi, jakieś 20 mil (czyli ok. 40 km) od Winony.

Wiedziałam tylko tyle, że przez całe lato na farmie organizują tzw. pizza farm. Przyjeżdża się po południu, spędza miły czas w pięknym miejscu, gdzie można dostać pizzę z prawdziwego pieca, zrobioną z lokalnych produktów. Na miejscu okazało się, że zarówno teoria, jak i praktyka (którą zobaczyłam zaraz po opuszczeniu samochodu) potwierdzają permakulturowe podejście gospodarzy, choć w krótkiej rozmowie w okienku z Heather ten termin się nie pojawił.

Na farmie jest prowadzona pełna segregacja (co w USA nie jest powszechne) oraz zróżnicowane uprawy, z miejscem na zwierzęta. Podczas pizza farm można było zauważyć, jak cieszą się uwagą sporej gromady dzieciaków (zaleta wieczorów z pizza farm polega też na tym, żę można tutaj miło spędzić czas z całą rodziną i znajomymi, a dzieciaki znikają we własnym świecie. Moją uwagę przykuła spora grupa ludzi przy rozkładanym stole obok, która pośrodku licznie zgromadzonych zasiadla do modlitwy. Najwyraźniej przyjechali małym autobusem. Okazało się, że to dwójka ludzi, którzy co roku – od ładnych kilku lat – adoptują dziecko. Aktualnie ich rodzina liczy 11 osób.

Pizza farm polega jednak przede wszystkim na konsumpcji 🙂 Albo inaczej, bardziej właściwie: na celebracji bycia razem. Szybko okazało się, że jest tutaj mnóstwo znajomych Davina i Carrie oraz znajomych i znajomych, większość z nich związana z Winona State University albo innymi uczelniami w regionie. Zresztą nawiązywanie znajomości w małych miastach Środkowego Zachodu to rzecz najłatwiejsza na świecie – uśmiechasz się do kogoś i po chwili już rozmawiacie jak starzy znajomi (albo przynajmniej wymieniacie uwagi o pogodzie, miłym dniu i pięknej okolicy). Konsumpcja też wygląda inaczej: są tu przede wszystkim produkty miejscowe, lokalne i regionalne. Niektórych marek piwa z Wisconsin nie kupi się za mostem, czyli w Minnesocie. Za truskawkowym ale nie będę raczej tęsknić, ale lokalna IPA z Cochrane należy do najlepszych, jakie znam 🙂 (well, przynajmniej do piątku wieczorem, kiedy – jak się okazało – zdobyła ten tytuł produkcja minibrowaru z Winony, Island City Brewing Company

Zresztą, konsumpcja też nie oznacza tego, co gdzie indziej. PIzzę można zamówić wcześniej, jeszcze z samochodu. Ale zasada jest prosta, choć nieubłagana: przyjeżdżasz, płacisz, pobierasz numerek z okienka i czekasz. Czasem, jak mówią znajomi, nawet i cztery godziny, jeśli jest dużo ludzi. Nikt się jednak nie irytuje ani nie spieszy. Można w międzyczasie np. przypiec sobie coś na ognisku, choćby… hmmm… marshmallows umieszczone następnie między dwoma herbatnikami z kawałkiem gorzkiej czekolady (guilty pleasure 🙂 ).

(Poniższe zdjęcia zawdzięczam Carrie McKee.)

 

Za to pizza, jaką się otrzymuje… Eh boy… Pomysł z farmami pizzy (jest ich więcej w Wisconsin) przebił się nawet do Chicago Tribune i magazynu Today w NBC. Rzeczywiście „Eat well, smile often” (oficjalne motto farmy). To podobno znakomit pomysł na biznes dla farm rodzinnych – Suncrest zatrudnia teraz dodatkowe osoby do pracy w sezonie pizzowym – rzecz niebagatelna w świecie, gdzie farmy rodzinne mają wyjątkowo pod górę, z wielu powodów. Wydaje się jednak, żę rodzi się tutaj jakiś nowy model ekonomiczno-społeczno-kulturowy, którego podstawą jest odpowiedzialny wobec ludzi, ziemi i istot sposób postępowania z ziemią oraz umiejętność cieszenia się z tego, co można w takich warunkach zrobić. A można zrobić dużo. Nie pozostało więc nic innego, jak wpić pinezkę na mapie gości w miejscu, gdzie znajduje się Biotop Lechnica. Polska na razie pozostaje bez pinów, więc macie szansę być pierwszymi Polakami w tutejszej zagrodzie 🙂

P1210951

Środkowy Zachód, jakiego nie znacie, cz. 1

Zaczęło się już w samolocie z Amsterdamu do Minneapolis. Z jakiegoś powodu żaden z filmów w ofercie rozrywki pokładowej KLM nie przykuł mojej uwagi. Długie loty samolotem są na tyle męczące, że unikam dodatkowego katowania się filmami, które nie porywają. Przeglądając ofertę, trafiłam w końcu na dokument The Biggest Little Farm i tak się zaczęło. W końcu lecę do krainy podupadłych farm, pomyślałam i… film to na oddzielną opowieść. Obejrzyjcie, jeśli tylko macie szansę (z puentą, która pokazuje, że permakultura rzeczywiście czyni cuda – w tym przypadku w obliczu słynnych kalifornijskich pożarów sprzed dwóch lat). Przeklejając więc po raz kolejny na FB posty o dramacie Amazonii, nie zapomnijcie, że to przemysłowemu rolnictwu i upodobaniom do steków zawdzięczamy ten horror – ale to absolutnie nie znaczy, że nie ma odwrotu i że wszystko stracone. Zupełnie nie.

Drugim sygnałem był spot reklamowy linii Delta, który musiałam obejrzeć więcej niż kilka razy, ale który za każdym razem wzruszał:

z tą jedną, wyraziście polityczną (po dobrej stronie) linijką: „and don’t event get us started on fly-over country. No such thing.” („fly-over country” figurowało w Twitterowych wynurzeniach pewnego oczywistego prezydenta, którego nazwisko można w USA odnaleźć nawet na butelce wina). Kobiecy głos w voice-over ma w sobie coś urzekającego i nawet wzniosłego, kiedy mówi: „the cities we’re day in, day out, aren’t some stop over for us, they’re the cities, where we work, where we live and where we try to make a difference.” Zauważcie tęczową flagę w końcówce.

No więc leciałam na cały semester do Winony, na całe cztery miesące. Uczyć studentów na Winona State University, w ramach realizowanego tam innowacyjnego programu studiów Creative Digital Media (to temat na oddzielną opowieść), jako Fulbright Scholar-in-Residence (co nawet tutaj robi na wielu ludziach niemałe wrażenie) – podziękowania dla Polish-U.S. Fulbright Commission! Większość moich amerykańskich znajomych kręciła głowami: „Winona? Gdzie to właściwie jest?”. Odpowiadałam zazwyczaj: „Minnesota. Midwest. Koło Minneapolis” myśląc arogancko, że wiem o tym cokolwiek. Midwest. Fly-over country. Miejsce-gdzie-nic-nie-ma-bo-wszyscy-już-stąd-dawno-uciekli. Przedsionek do oceanów postindustrialnej biedy Michigan. Pre-Detroit. Czas stanął w miejscu (o ile się nie cofa). I, jak śpiewały kiedyś dziewczyny ze Spires That in the Sunset Rise, „pola kukurydzy po horyzont.”

 

 

 

Dwa tygodnie później, po sobotnim cotygodniowym Farmers’ Market, po dzisiejszym znakomitym sesshin w Manitou Center z sanghą Zen Garland Dharma River (gdzie praktykuje się w tradycji rozwijanej przez Taizana Maezumi, ale i Berniego Glassmana), po rozmowie z jednym z właścicieli Public Launch (siedzibie inicjatywy Art of the Rural), wspólnotowego centrum artystycznego na nabrzeżu Wielkiej Rzeki (nie śmiem mówić o Mississipi inaczej), po paru kawach i nitro w Mugby Junction, którego jedna z placówek mieści się w Lutheran Campus Center, gdzie drzwi toalety gender-neutral zdobi cytat z Biblii wyjaśniający, że płeć nie ma aż takiego znaczenia, a w oknie widnieje slogan Love to All No Exception (z wyjaśnieniem, że wszyscy sąsiedzi miel widziani, także po arabsku), a hasło do sieci to BeOurGuest – po tym wszystkim i po najprzyjemniejszej wizycie w banku, jakiej doświadczyłam w życiu (był to nie żaden moloch, a credit union, czyli rodzaj kasy zapomogowej-pożyczkowej – ale nie SKOKu, gdzie nabija się ludzi w butelkę i używa jako trampoliny politycznej), po najlepszym rowerowym czasie ever (w żadnym europejskim mieście nie znajdziecie kierowców, którzy w taki sposób dbają o rowerzystów/tki na drodze), wreszcie, po wizycie na tzw. Pizza Farm… po prostu Midwest nie jest już Midwestem z artykułów o amerykańskiej prowincji, nad którą tylko się przelatuje (fly-over country). Zresztą, jeśli chcecie, to sobie przelatujcie – ja tu jeszcze zostaję i będę tropić cichą rewolucję. Bo to tutaj po cichu zaczyna się pełzająca rewolucja, która zmienia świat (tak, makes a difference) niepostrzeżenie, krok po kroku. Nie będzie jej na tytułowych stronach gazet i zapewne nie stanie się newsem dnia na Facebooku. Ale to tutaj jest laboratorium Nowego, w samym sercu modelu (ekonomicznego, spolecznego, ekologicznego), który na naszych oczach ulega rozpadowi. Z jakichś tajemniczych powodów mam wielkie szczęście to śledzić i w kolejnych odcinkach lepiej wyjaśnię, co mam na myśli.

Co więcej, Biotop Lechnica (i wiele podobnych miejsc) w tej cichej rewolucji już bierze udział 🙂 Jest nas więcej, niż myślicie 🙂

I jeszcze post-scriptum: ten oto artykuł z amerykańskiego wydania The Guardian, w którym Robert Reich potwierdza: jest nadzieja. I jest inna Ameryka (oraz inne Polski, inne Węgry, inne Włochy…). W centrum ciemności rodzi się światło.