…i więcej muzyki (oraz śledzenie tropów).

Moja uniwersytecka skrzynka najczęściej puchnie od maili niekoniecznych, ale rozsyłanych za pomocą Office365 – łatwość i wygoda użytkowania zaciemnia zapewne fakt, że jest to system dosyć zamknięty: poczta przychodząca spoza domeny winona.edu najczęściej bywa opatrzona rozmaitymi ostrzeżeniami i traktowana jako źródło podejrzane, albo wręcz ląduje w folderze „Junk”. Do pewnego stopnia podobnie dzialają wszystkie uczelniane serwisy, co chyba najlepiej obrazuje stosunek academii do świata zewnętrznego (choć akurat tutaj te granice są i tak niezbyt sztywne). W każdym razie nauczyłam się szybko, żeby zaglądać do jakichś 10% przychodzącej korespondencji. Ale i tak przeglądam w zasadzie wszystko, prowadząc swoistą autoetnografię tutejszej komunikacji wewnątrzuczelnianej, w porównaniu do mojego rodzimegu uniwersytetu rozbudowanej daleko bardziej, bo też daleko bardziej rozbudowana jest aktywność społeczna uczelni. I tak dostałam wielokrotnie informacje o tym, że na zajęcia mogę zaprosić specjalistów od zapobiegania przemocy seksualnej i przeciwdzialania językowi nienawiści (plakaty zachęcające do zgłaszania przypadków przemocy seksualnej i gwałtu oraz informujące o tak zwanych safe buses wiszą powszechnie w toaletach); o tym, że w pisaniu prac pomaga studentom Writing Center mieszczące się w bibliotece i żeby zamieścić w sylabusie link do strony centrum przy writing assignmnents; o grupie wsparcia dla osób LGBTQ (przypominam, że uniwersytet stanowy w małym miasteczku na konserwatywnym Midweście); o niezliczonych inicjatywach wspierania kariery, kompetencji finansowych i mikroekonomicznych; o szkoleniach z akresu użycia VR w programach uniwersyteckich; o lokalnych inicjatywach kulturalnych i wydarzeniach (przed każdym weekendem dostajemy pakiet „Najbliższy weekend w Winonie: gdzie pójść”); o klubach studenckich (nie wiem, czy można wyciągać jakieś wnioski z faktu, że Winona Club of College Republicans jest na liście tych zagrożonych skreśleniem, a Winona Club of College Democrats wręcz przeciwnie).

W każdym razie wśród postów przypiętych w skrzynce tak, żeby mieć do nich łatwy dostęp, jeszcze w Krakowie zamieściłam poster imprezy Expanding Horizons, organizowanej przez The Inclusion & Diversity Office. Ostatecznie udało mi się trafić tylko na koncert Billa Millera, choć chciałam też zajrzeć na Interactive Dialogues on Racism, Sexism and LGBTQ, żeby zobaczyć, jak tutaj wyglądają takie debaty (w miasteczku, gdzie znajduje się około 20 rozmaitych chrześcijańskich kongregacji – a z drugiej strony są też Freemasons oraz Islamic Center of Winona, nie mówiąc już o od niedawna mojej sandze Zen Garland Dharma River  i gdzie regularnie organizuje się spotkania i modlitwy ekumeniczne).

Bill Miller to jest postać. Nagrywał z Johnnym Cashem, Eddie Vedderem, Richie Havensem i Trentem Reznorem. To jego flet słyszycie w tytułowej piosence z Pocahontas. W 1995 roku grał jako przed-akt w trasie Tori Amos. Zdobył trzy razy Grammy, co na Amerykanach zawsze robi wrażenie. Bill Miller jest Mohawkiem, który urodził się i wychował w rezerwacie na północy Wisconsin, a później – jak sam mówi, dzięki zbiegowi szczęśliwych okoliczności (głównie wsparciu norweskiej rodziny z jego okolicy) – zdołał skończył Lanton School of Art oraz University of Wisconsin w pobliskim LaCrosse (zaraz za Rzeką). Jest znany z piosenek, w których spotykają się wielkie amerykańskie tradycje, posłuchajcie sami:

 

Na żywo jest jeszcze bardziej przekonujący:

 

 

Jego muzyka może się podobać lub nie (w zależnosci od tego, czy lubicie americanę), ale nie można jej odmówić dużej dozy szczerości, świetnego warsztatu i tej tajemniczej energii, która nadaje rzeczom granym na scenie indywidualnego wyrazu, charakterystycznego dla tej właśnie osoby w takim, a nie innym momencie życia.

Wydaje się jednak, że prawdziwym żywiołem Millera są indiańskie flety, których posiada sporą kolekcję (przepiękne instrumenty!):

 

IMG_3699

Oprócz piosenek otrzymaliśmy też opowieści. Niektóre – wstrząsające. O historii trudnego pojednania z ojcem: alkoholikiem, który molestował swoje dzieci. O biedzie w rezerwacie, o alienacji w życiu poza nim. O alkoholizmie i narkotykach, o chorobach, o trudnych życiowych momentach. Ale też o orłach przednich, które wzlatują ponad burzę, łapiąc wpierw umiejętnie w skrzydła (o rozpiętości sięgającej trzech metrów!) wiatr wiejący z prędkością huraganu (ponad 100 km na godzinę). O obozie myśliwskim dla młodych chłopaków z rezerwatu (to myślistwo nie ma nic wspólnego ze skrajnym narcyzmem myślistwa sportowego), podczas którego przez tydzień wolno było tylko obserwować, przez kolejny tydzień można było zadać tylko jedno pytanie (i to mądre), by wreszcie w trzecim tygodniu wdrożyć świeżo nabyte umiejętności w życie (ech, to jest dopiero pomysł na dydaktykę uniwersytecką! westchnęłam w duchu). Czy te wszystkie opowieści były prawdziwe? Ostatecznie to wcale nie takie ważne – mogły się były wydarzyć. Miller zamknąl w nich coś więcej niż tyko słowa. Między wersami ukryły się metafory, rama, która nadawała tym pojedynczym historiom spójności i kilka emocjonalnych momentów, które trudno byłoby odegrać. To dlatego ta piosenka stała się tak poruszająca:

Patrzyłam na zebraną publiczność, dominowała młodzież studencka, ale widzialam także kilku emeritusów, którzy chętnie uczęszczają na uniwersyteckie wydarzenia. Wśród dzieciaków wiele było osób, dla których opowieści Millera mogły być terapeutyczne, bo mówiły o współdzielonym trudnym doświadczeniu wielopiętrowej dyskryminacji i o tym, że można się z tego wydobyć, nawet jeśli dyskryminacja systemowa nie znika. Że można znaleźć swoją ścieżkę. Oficjalny slogan Winona State University, założonego w 1858 jako pierwsza uczelnia na zachód od Mississipi i kształcąca głównie edukatorów, „a community of learners”,  nabrał jeszcze innego wyrazu. Zwłaszcza po tym, jak na samym początku organizator Expanding Horizons, Jonathan Locust, zaproponował uczczenie minutą ciszy rdzennych mieszkańców Winony i okolic, na których ziemi się znajdujemy. Ślady ich obecności są tutaj wszędzie, ale spotkać ich nie jest wcale tak łatwo, ma się wrażenie nieustannego tropienia śladów. Występ Billa Millera był jednym z takich tropów, mam nadzieję, że obserwowałam wystarczająco uważnie, żeby móc podążyć za tymi znakami i zadać swoje pytanie.

IMG_3700

I małe post-scriptum: jak mało czasem się widzi i wie. Nigdy nie lubiłam Bon Ivera. Ale od dzisiaj przychodzi mi zmienić zdanie. Moją ulubioną telewizją (jedyną, jaką tutaj oglądam) stała się amerykańska PBS, czyli amerykański odpowiednik euroepjskich telewizji publicznych (z wyjątkiem polskiej, która jest ściekiem), a moim ulubionym kanałem Wisconsin Public Television. Pisałam o tym od razu na początku. Czasem włączam, jak dzisiaj, po raz pierwszy chyba od 10-ciu dni. I jak włączam, to zazwyczaj zastygam. Dzisiaj akurat przy kolejnym odcinku serii dokumentalnej Wisconsin Hometown Stories. Czegoś tak dobrego dawno nie widziałam. A dzisiejszy odcinek dotyczył pobliskiego miasta Eau Claire, gdzie… uczył się i mieszka Bon Iver (w cywilu Justin Vernon). Czasem o Wisconsin wspomina. I była to niezwykle krzepiąca historia małego miasta, które podniosło się z zapaści (podobnej do tej, która dotknęła Detroit i inne amerykańskie monomiasta wessane w zabójczy ekonomicznie model rozwoju opartego wyłącznie o przemysł motoryzacyjny) dzięki temu, że postawiło na… kulturę.  Jak to się stało, nie będę tutaj opisywać, bo znacznie lepiej pokazuje to odcinek, który oglądałam. Zróbcie wszystko, żeby to zobaczyć, jest tutaj – trzeba tylko mieć VPN, żeby ukryć się pod amerykańskim nrem IP. Naprawdę warto. Inne odcinki tego cyklu są dostępne na YouTubie, to może i ten się z czasem pojawi. Zwróćcie też uwagę na materiały edukacyjne do tego odcinka dla nauczycieli. Bon Iver w każdym razie jest wychowankiem University of Wisconsin EauClaire (sporo amerykańskich uniwersytetów ma taką parasolową strukturę złożoną z kampusów w kilku miastach) i nic tu nie jest przypadkowe – centrum miasta zawdzięcza swoje odrodzenie wizjonerskiej polityce, która uczyniła z tej uczelni jedno centrów jazzu i muzyki improwizowanej. W mieście, którego centrum zostało wyssane w latach 70. i 80. z życia przez wielkie malle (brzmi znajomo?). Życie powróciło (i dosłownie, i w przenośni). Bon Iver zainicjował tutaj festiwal Eaux Claires, który stał się kolejną małą lokomtywą lokalnej gospodarki – obok licznych tras rowerowych i trekkingowych, centrum muzyki i kina. Przybywa mieszkanców zainteresowanych życiem w miłym, niewielkim amerykańskim miasteczku Środkowego Zachodu. Mieście, które zresztą w latach 50. przyjęło do białej drużyny dwóch Czarnych baseballistów, Billy Bruton and Roy White i była to jedna z pierwszych takich decyzji w USA – tuż po nich pojawił się Hank Aron, który został gwiazdą baseballa. Wtedy – nie inaczej niż teraz – w morzu rasizmu i złej woli znaleźli się ludzie, którzy po prostu robili swoje, na przykład wynajęli Czarnym graczom mieszkanie.

Wracając do przypadku Eau Claire. Zanim zakrzykniecie „gentryfikacja”, musicie najpierw zobaczyć jedno z takich umierających niewielkich miast Środkowego Zachodu i przekonać się, że miasta naprawdę mogą umierać i że każda sensowna inicjatywa, która przywraca je do życia, warta jest wsparcia.

Po tym odcinku lepiej już rozumiem, dlaczego w Winonie tak duża jest dbałość o lokalną kulturę, parki i aktywność. Samo się nie zrobi po prostu. Miasto to (głównie) jego mieszkańcy. Tutaj często pozostawieni sami sobie przez odległą administrację stanową czy federalną. I ten wątek rozwinę niebawem.

W poszukiwaniu niebiańskiego syropu

„Bądź jak lis,

co zostawia więcej ścieżek niż potrzeba,

niektóre mylne.

Praktykuj odrodzenie.”

Wendell Berry, Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front.

Lista tematów rośnie, czas się kurczy – również dlatego, że w ciągu tygodnia zajmuję się głównie zajęciami i sprawami zawodowami, a w ciągu weekendu trzeba się naprawdę postarać, żeby nie ulec licznym zaproszeniom, wydarzeniom kulturalnym i okazjom towarzyskim. Nie jest to łatwe. Mam więc nadzieję, że kiedyś uda mi się poświęcić oddzielny wpis tutejszym co-opom, czyli amerykańskim formom spółdzielni zrzeszających producentów organicznych i ich odbiorców. W Winonie jest ich parę. Do tego w soboty w Leevee Park nad samą Wielką Rzeką odbywa się Farmers’ Market (koleny temat sam w sobie, ale zostawię go też na później). To właśnie w Bluff Country Co-Op spotkałam w ubiegłą sobotę Eda, który częstował syropem klonowym, sezonowanym w beczkach dębowych jak bourbon. Na syrop klonowy w ogóle nie trzeba mnie namawiać. Jak tylko spróbowałam, błyskawicznie sięgnęłam po pokaźną zalakowaną butelkę i włożyłam do koszyka. To był bezsprzecznie najlepszy syrop, jakiego w życiu próbowałam (a wiem, co mówię, po dwóch wizytach w Quebecu, wśród Quebecois)! Dzień był pełen innych wrażeń, ale rano przy śniadaniu postanowiłam sprawdzić, jaka tajemnica kryje się za etykietą, która głosiła tylko: B&E’s Trees.

IMG_3528

Na szczęście na odwrocie była strona internetowa. Kliknęłam i… eh boy. Decyzja zapadła równie błyskawicznie, jak ta o sięgnięciu po butelkę w Co-opie. Jak często znajdziecie na stronach farmerów wiersz „Manifesto: The Mad Farmer Liberation Front” Wendella Berry, poety i także farmera? Nie jeżdżę samochodem, więc była to kwestia namówienia kogoś ze znajomych, których nigdy nie trzeba specjalnie namawiać 🙂 (Po trzech tygodniach tutaj moje życie bez samochodu przypoina tutaj surfing – jeśli nie jeżdżę rowerem np. z powodu wydatnych ulew w ubiegłym tygodniu albo gdzieś jest za daleko, to surfuję na falach ludzkiej życzliwości; nigdy jej tutaj nie brakuje). Rzuciłam pomysł i po kilku dniach nieoceniona Carrie doniosła, że już jest w kontakcie z farmą i że możemy jechać w piątek. Farma mieści się w miejscowości Cashton niedaleko LaCrosse, jakieś 80 minut drogi, w Wisconsin (a jakże!).

Nie było łatwo trafić, drogi stawały się coraz węższe, ostatnie pół mili po szutrówce nie napawało optymizem, ale w końcu wyłoniły się trzy dębowe beczki ułożone jedna na drugiej i tabliczka z numerem posesji, której szukałyśmy. Przywitał nas szeroki uśmiech Eda i błoto – zgodnie z ostrzeżeniem. Ulewa oznacza tu czasem – jak w ubiegłym roku podczas katastrofalnej powodzi – 24 cale opadów w tydzień i jak mi podpowiada kalkulator, jest to niewyobrażalna suma ponad 600 mm! Czyli zupełnie jakby u nas maksymalny opad trwał siedem dni! (ok. 100 mm na dobę, co i u nas oznacza zazwyczaj gwałtowną powódź). Woda będzie leitmotivem opowieści Eda, bo i w ich leśnej farmie, czyli klonowego lasu na stromych stokach wzgórz, ustyuowanego między Eureka Maple Woods State Natural Area i Portland Maple Woods State Natural Area, erozja jest głównym problemem. Zwiedzanie zaczęliśmy od tzw. sugar barn, gdzie sok z klonów jest doprowadzany i kondensowany, aż osiągnie wystarczającą zawartość cukru (która musi skoczyć z ok. 12% do 40-tu kilku).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ed urodził się i wychował na farmie nieopodal (za dwoma grzbietami wzgórz), podobnie jego dziewczyna, Bree. Są miejscowi i wiedzą o regionie wszystko. Na przykład to, że na przełomie lat 30. i 40. prowadzono tutaj bardzo progresywną politykę, w ramach programu Civilian Conservation Corps (1933-1942, jednego z najwcześniejszych programów tzw. New Deal, który miał pomóc w odrodzeniu ekonomii amerykanskiej po Wielkiej Depresji) zachęcano tutejszych farmerów do wysadzania i wysiewania odpowiedni zestawów gatunków i zniechęcano do stosownaia środków chemicznych, ze względu na zasoby wody pitnej w dolinei i na to, że wzgórza, na których leży Cashton, są wododziałem. Później nadeszły „lepsze” czasy, a wraz z nimi klęska wysokouprzemysłowionego rolnictwa, która odbija się tutaj coraz większą czkawką. Farmerzy zależą bardziej od wahań na rynkach finansowych i cen giełdowych kukurydzy i soi (ta ostatni znajduje zbyt głównie w Chinach) niż od czegokolwiek, co dzieje się z ich własną ziemią i co się tutaj rodzi. Jak mówi Ed, coraz więcej farmerów – w obliczu częstych i uporczywych kłopotów będących efektem zmiany klimatycznej – zaczyna więc myśleć o wyjściu z zaklętego kręgu państwowych subwencji i długów, i szuka nowych rozwiązań. Zaczęło się więc zainteresowanie bardziej odpornym na warunki pogodowe gospodarowaniem – w okolicy jest np. organiczna farma mleczna (co tutaj oznacza także dbałość o różnorodność upraw i hodowli) oraz farma permakulturowa New Forest Farm Marka Shepparda (urodzonego w Chorwacji!), z programem wolontariackim (wiecie już, gdzie mnie poprowadzi w nasępnym rzucie?), w Casthon mieści się znana spółdzielnia (co-op) farmerów organicznych Organic Valley. 

Będę się więc upierać: tutaj dzieje się cicha rewolucja. Ludzie, którzy ją robią, nie mają czasu na bzdury, na ogłoszenia na FB, na załamywanie rąk i teoretyzowanie co by było, gdyby i jak byłoby najlepiej, na pouczanie innych i wytykanie winnych. Dlatego ich nie widzicie. Są zajęci na przykład regeneratywnym rolnictwem.

Bo to zajęcie to naprawdę kupa ciężkiej roboty. B&E’s Trees to jest rzeczywiście pięć zaprzyjaźnionych osób, które wszystko robią same: od zbiorów soku z drzew po rozlewanie do butelek (ciągle głównie ręczne!), dystrbucję i marketing (ale ten ostatni termin nie ma nic wspólnego z tym, co zazwyczaj kryje się pod tym terminem – Ed najczęściej wsiada w seoznie do swojego starego pickupa i jeździ po okolicznych co-opach, eventach i festiwalach organizując degustację. Do tego dochodzi organizowanie wszelkich eventów w samej farmie: mają piękną łąkę, na której na przykład odbywają się warsztaty zbierania dzikiego czosnku podczas Ramp Fest – i teraz uwaga, read my lips miłośnicy pesto z czosnku niedźwiedziego – TAK ŻEBY NIE NARUSZYĆ MIEJSCOWEJ RÓWNOWAGI I DOBROSTANU ROŚLIN. W samej sugarn barn jest także zaimprowiozwany niewielki bar do degustacji syropu i innych produktów podczas sezonowych weekendowych spotkań. Najwyraźniej permakulturowy model zróżnicowanego gospodarowania i źródeł przychodów dobrze się tutaj sprawdza. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić ogrom roboty przy tym wszystkim.

Przy tym wszystkim spacer z Edem po lesie pokazał, że świetnie rozumie zasady rolnictwa regeneratywego – to, co robią w swojej leśnej farmie, jest nakierowane tyleż na zbiory, co (może nawet bardziej) na zachowanie miejsca i troskę o przyszłość. A horyzont czasowy jest całkiem inny, niż w przypadku pól modyfikowanej genetycznie kukurydzy: pierwsze zbiory soku klonowego można uzyskać z 50-letnich drzew… Do tego dochodzi odtwarzanie zestawu rodzimych gatunków na łące przy sugar barn, przy nastawieniu głównie na perennials (czyli rośliny wielosezonowe, znacznie bardziej odporne na wahnięcia pogody). Tutaj także mają kłopot z roślinami inwazyjnymi, ale po dłuższej dyskusji okazuje się, że jedne z farmerów wykorzystuje taki inwazyjny gatunek traw jako paszę. Gdzie więc jest problem, tam można znaleźć i jego rozwiązanie, a kryzysy są naszą szansą. Z tej perspektywy kryzys klimatyczny jawi się zupełnie inaczej – choć nikt nie mówi, że będzie łatwo. Może dlatego warto, żebyśmy zakasali rękawy już dzisiaj i uczyli się drobnych i więkzych sposobów. Nie uratujemy planety, to prawda (bo to niemożliwe, to raczej planeta możę uratować nas, jeśi zechce – ona sama bez wątpienia da sobie radę, to tylko życie jakie znamy będzie wyglądać inczej). Zacznijmy jednak wreszcie kojarzyć nadzieję z uporem, wiedzą i determinacją, a nie z fantazjami o przyszłym pięknym życiu. To moja odpowiedź na ten artykuł (cieszył się na FB dużym powodzeniem) – tylko pozornie mądry, w gruncie rzeczy oferujący garść oczywistości, o których wie każdy, kto trochę wychodzi poza swoje internetowe bańki i rusza w teren, żeby sobie ubrudzić ręce. I oczywiście, żę dychotomia, którą tutaj buduję jest pozorna. Ale wiecie co, mam na myśli. Lepsza garść praktyki niż tona teorii (w tym przypadku).

Spacer po lesie klonowym (farmie!) był jak zanurzenie w dobrej przyszłości. W scenariiuszu, który już się dzieje i napawa jeśli nie otuchą, to falą pięknej energii płynącej z poczucia, że nie jesteśmy sami. I to w wielu znaczeniach – nie jesteśmy sami, wokół nas jest tyle żywych pięknych istot. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle pięknych ludzi skłonnych dbać o te istoty i siebie. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle mądrych rozwiązań i tyle wiedzy. Nie jesteśmy sami – wokół nas jest tyle sztuki, tyle rozmaitych form ekspresji. W tym spacerze instalacja do pobierania soku z drzew i pompowania go na górę, do sugar barn, jawiła się jak jedna wielka landartowa instalacja.

Ed spędził z nami ponad dwie godziny, z entuzjazmem opowiadając o farmie, lesie, regionie i jego historii. Nie mogę teraz myśleć o towarach na półkach w co-opie, jako o zwykłych „rzeczach”. Ani o kupowaniu tam jak o kolejnej formie kosnumpcji. Wkładając do koszyka kolejną butelkę syropu klonowego, organicznych tutejszych bawolich serc (pomidorów), czy pakując orzechy do bawełnianego woreczka w gruncie rzeczy włączam się w krąg dzielenia się opowieściami i zasobami. W tym małym geście styku czipa mojej karty płatniczej z terminalem w Bluff Country Co-op wchodzę w rzekę obfitości. Czasem płynie ode mnie ku innym, a czasem (częściej) odwrotnie. Nie zależy od cyferek, które ten przepływ tłumaczą, one go czasem tylko ułatwiają. Z radością „zapłacę” za to „więcej”, także za tych, którzy dzisiaj „zapłacić” nie mogą. Bo może włączają się w ten przepływ na dziesiątki innych sposobów, a może kiedyś „zapłacą” gdzieś indziej, komuś innemu, kto całą swoją energię wkłada w dobrą przyszłość już teraz.

Dlatego, kiedy następnym razem zobaczycie na fejsie, że ktoś się boi końca świata i pogrąża w desperacji, nie wierzcie. Wiele jeszcze końców świata na horyzoncie, ale nie jesteśmy sami. Zamartwianie się historiami z fejsa jest zwyczajnie nie fair wobec całego wysiłku, który wkładają w zmianę zwykli ludzie Tu i Tam.

 

Pizza Farm? Oczywiście!

Przyleciałam w poniedziałek wieczorem, lądując w Minneapolis po ośmiogodzinnym locie z Amsterdamu, pod świetlistym niebem Środkowego Zachodu, nad Wielką Rzeką, na zachód od której rozciągają się Wielkie Równiny. To było trochę jak lądowanie w krainie dzieciństwa – dotarło to do mnie po ładnych kilku dniach, kiedy przypomniałam sobie zimowe wycieczki do wiejskiej biblioteki po kolejne tomy Jamesa Fenimore’a Coopera czy Marka Twaine’a (i dopiero teraz wiem, że prototypem miasta Tomka Sawyera było portowe miasto nad Mississipi, Hanibal w stanie Missouri – trochę bardziej w dół Rzeki). W czwartkowe popołudnie, po pierwszych dwóch dniach zajęć ze studentami, już siedziałam w samochodzie z Davinem, Carrie i czwórką ich synów – zaanonsowali mi tylko tajemniczo „pizza farm w Wisconsin” i pojechaliśmy. Najpierw przez most na Rzece na drugi brzeg (Mississipi należy się odrębny wpis i to raczej niejeden, bo to Wielka Rzeka), później skręciliśmy trochę wgłąb lądu. Suncrest Gardens Farm w Cochrane, Wisconsin to nieco ponad pół godziny drogi, jakieś 20 mil (czyli ok. 40 km) od Winony.

Wiedziałam tylko tyle, że przez całe lato na farmie organizują tzw. pizza farm. Przyjeżdża się po południu, spędza miły czas w pięknym miejscu, gdzie można dostać pizzę z prawdziwego pieca, zrobioną z lokalnych produktów. Na miejscu okazało się, że zarówno teoria, jak i praktyka (którą zobaczyłam zaraz po opuszczeniu samochodu) potwierdzają permakulturowe podejście gospodarzy, choć w krótkiej rozmowie w okienku z Heather ten termin się nie pojawił.

Na farmie jest prowadzona pełna segregacja (co w USA nie jest powszechne) oraz zróżnicowane uprawy, z miejscem na zwierzęta. Podczas pizza farm można było zauważyć, jak cieszą się uwagą sporej gromady dzieciaków (zaleta wieczorów z pizza farm polega też na tym, żę można tutaj miło spędzić czas z całą rodziną i znajomymi, a dzieciaki znikają we własnym świecie. Moją uwagę przykuła spora grupa ludzi przy rozkładanym stole obok, która pośrodku licznie zgromadzonych zasiadla do modlitwy. Najwyraźniej przyjechali małym autobusem. Okazało się, że to dwójka ludzi, którzy co roku – od ładnych kilku lat – adoptują dziecko. Aktualnie ich rodzina liczy 11 osób.

Pizza farm polega jednak przede wszystkim na konsumpcji 🙂 Albo inaczej, bardziej właściwie: na celebracji bycia razem. Szybko okazało się, że jest tutaj mnóstwo znajomych Davina i Carrie oraz znajomych i znajomych, większość z nich związana z Winona State University albo innymi uczelniami w regionie. Zresztą nawiązywanie znajomości w małych miastach Środkowego Zachodu to rzecz najłatwiejsza na świecie – uśmiechasz się do kogoś i po chwili już rozmawiacie jak starzy znajomi (albo przynajmniej wymieniacie uwagi o pogodzie, miłym dniu i pięknej okolicy). Konsumpcja też wygląda inaczej: są tu przede wszystkim produkty miejscowe, lokalne i regionalne. Niektórych marek piwa z Wisconsin nie kupi się za mostem, czyli w Minnesocie. Za truskawkowym ale nie będę raczej tęsknić, ale lokalna IPA z Cochrane należy do najlepszych, jakie znam 🙂 (well, przynajmniej do piątku wieczorem, kiedy – jak się okazało – zdobyła ten tytuł produkcja minibrowaru z Winony, Island City Brewing Company

Zresztą, konsumpcja też nie oznacza tego, co gdzie indziej. PIzzę można zamówić wcześniej, jeszcze z samochodu. Ale zasada jest prosta, choć nieubłagana: przyjeżdżasz, płacisz, pobierasz numerek z okienka i czekasz. Czasem, jak mówią znajomi, nawet i cztery godziny, jeśli jest dużo ludzi. Nikt się jednak nie irytuje ani nie spieszy. Można w międzyczasie np. przypiec sobie coś na ognisku, choćby… hmmm… marshmallows umieszczone następnie między dwoma herbatnikami z kawałkiem gorzkiej czekolady (guilty pleasure 🙂 ).

(Poniższe zdjęcia zawdzięczam Carrie McKee.)

 

Za to pizza, jaką się otrzymuje… Eh boy… Pomysł z farmami pizzy (jest ich więcej w Wisconsin) przebił się nawet do Chicago Tribune i magazynu Today w NBC. Rzeczywiście „Eat well, smile often” (oficjalne motto farmy). To podobno znakomit pomysł na biznes dla farm rodzinnych – Suncrest zatrudnia teraz dodatkowe osoby do pracy w sezonie pizzowym – rzecz niebagatelna w świecie, gdzie farmy rodzinne mają wyjątkowo pod górę, z wielu powodów. Wydaje się jednak, żę rodzi się tutaj jakiś nowy model ekonomiczno-społeczno-kulturowy, którego podstawą jest odpowiedzialny wobec ludzi, ziemi i istot sposób postępowania z ziemią oraz umiejętność cieszenia się z tego, co można w takich warunkach zrobić. A można zrobić dużo. Nie pozostało więc nic innego, jak wpić pinezkę na mapie gości w miejscu, gdzie znajduje się Biotop Lechnica. Polska na razie pozostaje bez pinów, więc macie szansę być pierwszymi Polakami w tutejszej zagrodzie 🙂

P1210951