Muzyka gra nad Mississipi

Wszystko, co chciałabym tutaj zmieścić przy tej okazji będzie raczej słabo rozpoznawalne bez  całego kontekstu: dziedzictwa całych dekad najlepszej muzyki pod słońcem granej ot tak sobie, dla przyjemnosci swojej i innych albo z potrzeby serca, bez specjalnego zadęcia, codziennie i od święta. Taką właśnie zwyczajną muzyką się tutaj oddycha, przemieszczając się swobodnie i bezwysiłkowo od wszechobecnej americany (wszystko około bluegrassu, Appalachian i country) i bluesa (wiadomo, Mississipi, czyli w zasadzie Delta, ale też i Chicago), singer-songwriting (nie śmiem nazwać tego poezją śpiewaną, chodzi raczej o kawał dobrej folkowej piosenki) po rap, indie rock, elektronikę i formy mniej określone a bliższe sercu występujących. No więc uczęszczam tutaj na koncerty zupełnie na nie nie uczęszczając: to po prostu jest. Tak jakoś się dzieje, że wszędzie i przy wielu okazjach. Tzn. czasem nazywanych koncertami, ale zawsze jest to logika raczej spotkania niż tylko performansu. Nawet, kiedy na głównej scenie podczas ShutDownThirdStreet grały miejscowe gwiazdy (miejscowe, tzn. minnesotańskie), Bad Bad Hats, to wyraźnie chodziło o to, że za pomocą piosenki Super America, rozmawiały z uniwersytecką młodzieżą o wspólnocie doświadczeń:

 

ShutDownThirdStreet działo się w sobotę i ponosi odpowiedzialność za opóźnienie w postowaniu. Byłam zbyt zajęta 🙂 Wydarzenie, które świetnie znacie: imieniny ulicy. Tutaj te imiona czasem nie są może specjalnie wyrafinowane (choć w Winonie opartej na typowej geometrycznej siatce, ulice oprócz tego, że są numerowane, mają także nazwy, moja ulubiona Wabasha St. to po prostu Siódma). No więc były to imieniny Trzeciej (Trzecia nie ma nazwy, może dlatego, że jest główna, przy Trzeciej mieści się wiele ważnych instytucji i mój ulubiony co-op, do wpisu o co-opach ciągle jeszcze nie doszłam). No więc idea ShutDownThirdStreet jest świetnie znana i lubiana również u nas (w Krakowie najbardziej spektakularne były swego czasu imieniny ulicy Krupniczej). Nie udało mi się definitywnie ustalić, która z rzędu to była tutaj edycja – według jednych trzecia, według innych pierwsza. Różnice biorą się przypuszczalnie stąd, że rok i dwa lata temu zamknięto odcinek Drugiej. W tym roku skala była zupełnie inna: główna ulica miasta, całodzienna impreza, kilkanaście koncertów (plenerowych i w miesjcowych knajpkach i browarze), food trucki, targi lokalnych produktów i pomniejsze wydarzenia, które mi umknęły. Wszystko zorganizowane przez lokalną firmę producencką (ma siedzibę właśnie przy Trzeciej), Treedome, założoną kilka lat temu i prowadzoną przez absolwentów Winona State University. Z Nathanielem Nelsonem, jednym ze współorganizatorów, absolwentem m.in. programu Creative Digital Media, gdzie prowadzę zajęcia, zdarzało nam się (i z resztą kadry) rozmawiać przy piwie w Island City o niezależnym kinie, Chrisie Markerze i jeszcze paru rzeczach. Wszystko i wszyscy są tutaj blisko, ale jednocześnie jest wystarczająco dużo amerykańskiej przestrzeni i powietrza napływającego z nurtem rzeki i wiatrem znad dalekiego oceanu, żeby nie czuć się klaustrofobicznie.

ShutDown zacząl się dla mnie właśnie od kultury rzeki. Na „moim” początku Trzeciej (czyi właściwie na jej końcu), znajduje się Sanborn Canoe i w siedzibie firmy, która jest właściwie starym hangarem, kłębili się zainteresowani Wielką Rzeką. Był pierwszorzędny ekwipunek dla wodnych traperów, była kampania na rzecz ochrony rozlewisk Mississipi, były najpiękniejsze plecaki pod słońcem, szyte przez ich sprzedawcę z małej firmy Big Driftless, była darmowa kawa oferowana przez uśmiechniętą parę – w skrócie: wszystko to, co najlepsze pod amerykańskim niebem Środkowego Zachodu i o czym nigdzie indziej nie usłyszycie.

A później było już krążenie od sceny do sceny w różych konfiguracjach towarzyskich: od Island City pod główną scenę, do food trucka z meksykańskim jedzeniem z miejscowych produktów, do małej sceny w Blooming Grounds (najlepsza pizza i kombucha w mieście!), pod scenę Sanborn, znowu do Island City…. Wieczór zakończyłam (przyznaję, resztką sił) w Ed’s No Name Bar, gdzie przyszło mi zmienić poglądy na scenę punkową (żyje i ma się nieźle) po wysłuchaniu świetnego damskiego tria. Kilka highlights popołudnia i wieczoru, tuaj z You Tube’a, ale cieszę się, że wszystko mogłam usłyszeć na żywo w super fajnych wykonaniach:

 

Z Lydią Lizą (Minneapolis again) spotkalam się po raz pierwszy:

 

O Mike’u Munsonie mogę powiedzieć już, że jestem jego fanką – godny kontynuator bluesa z Delty, przefiltrowanego przez wspołczesną wrażliwość i nurt nieco bardziej w górę rzeki (człowiek z Winony), nagrywa dla małej labeli Blue Front Records, a to mój ulubiony kawałek:

 

Fathom Lane (ponownie Minneapolis) prezentuje się na koncercie znacznie bardziej drapieżnie (na szczęście!) niż w tym oficjalnym materiale:

 

Theyself w Blooming Grounds był bardzo klimatyczny, tutaj nieco więcej żywiołu:

 

Dziewczyny z Last Import przywróciły wiarę w punka, granie wyraźnie sprawia im wiele przyjemności:

I na koniec wisienka na torcie. Jak często zdarzyło Wam się widzieć teatrzyk lalkowy prezentujący samodekonstruującą się, postkolonialą i postmodernistyczną historię o konkretnym miejscu i jego historii (Winonie, noszącej imię córki wodza Dakotów, Wabashy), przedstawienie, na którym dobrze bawią się dzieci i dorośli (zarówno zainteresowani kulturą artystyczną, jak i tzw. zwykli ludzie – i nie pytajcie mnie, jak to odróżniam 🙂 )? To jest właśnie Dr. Bob’s True Tales of Wonder, messieurs et mesdames! Oczywiście w Public Launch, o którym będzie oddzielny wpis. Z Matthew, jednym z założycieli i dyrektorów jestem umówiona na rozmowę o Public Launch, ale na razie jest poza miastem, bo realizuje ten oto absolutnie powalający projekt w St. Louis.

Wracając na rowerze przez ciepłe (24 stopnie wczesną nocą), przedburzowe, ciemne już i trochę puste miasto (a mieszkam na drugim końcu, bardziej w stronę Trempeleau – o francuskich nazwach też będzie), myślałam o tym, jak plotą się opowieści, albo raczej jak nas plotą opowieści, w które wkraczamy trochę nieuważnie i nieostrożnie, z niektórymi z nich wiążąc się na dużo dłużej niż byśmy oczekiwali na początku drogi. Bo wcześniej w ciągu dnia wymieniłam uwagi z Taralie, częścią duetu Spires That in the Sunset Rise. Tara mieszka w Madison, w sąsiednim Wisconsin, ledwie trzy i pół godziny autobusem stąd. Odkąd tutaj jestem, jedna z ich piosenek, jakie zagrały podczas naszego wspólnego koncertu w jakiejś galerii w Chicago (ech, nie pamiętam już nazwy, archiwalia z tego okresu się rozmyły) w 2006 roku, pewnego trudnego z wielu powodów kwietniowego wieczoru, nieustannie gra mi w głowie. O tym, że są z Midwestu, gdzie pola kukurydzy po horyzont. I jestem teraz tutaj. To wciąż trochę nierealne, trochę wyjęte z czasoprzestrzeni miejsce; mam wrażenie, że na uboczu wszystkiego, świat na zewnątrz przypuszczalnie istnieje, bo donosi o tym Facebook i te wszystkie straszne historie, ale tutaj wsiadasz rano na rower, uśmiechasz się szeroko do wzgórz po drugiej stronie Winona Lake (słynne bluffs, na których mieszkają grzechotniki, zwane tutaj jacks), do wiewiórek buszujących w orzechowcach (piękne, wielkie drzewa, z których biorą się orzechy pekan), bo prawie codziennie od dwudziestuośmiu dni świeci słońce, wymieniasz niezobowiązujące, miłe „Hi, how you doin'” ze starszą panią wyprowadzającą na spacer psa  codzinnie o tej samej porze, jedziesz prawie pustymi ulicami, na tych najbardziej uczęśzczanych przeczekujesz góra 30 sekund, żeby ktoś na ruchliwym skrzyżowaniu zatrzymał się i cię przepuścił wbrew zasadom ruchu drogowego i obyczajom panującym nawet w Sztokholmie, nie mówiąc już o Krakowie, przypinasz rower do stojaka obok wejścia do Phelps Hall, wchodzisz i dajesz się zagarnąć muzyce sączącej się głośnika, którą wita cię kampusowe radio, rozchodzące się z ANALOGOWEGO nadajnika w promieniu 70 mil – i już wiesz, że jaka by to nie była muzyka, zawsze będzie dobrze, bo po prostu odkąd tu jesteś, zwolniłaś się z oceniania i osądzania.

I mały bonusik: labela z Minneapolis prezentująca muzykę nie tylko z Minnesoty, głównie rap. Doomtree Collective, czyli hip hop z Midwestu. Dwyell Ronald, który grał kameralny koncert w Island City w Winonie i co mi umknęło. Eyedea, kolejny świetny raper z Minnesoty. Andrew Broder, którego trudno zaszufladkować (podziękowania dla Davina Heckmana za linki). Nie samym Princem Minneapolis stoi 🙂

W trochę innym wcieleniu miałam szansę i przyjemność uczestniczyć w obiegu muzyki tutaj, w USA, z Magic Carpathians, to były zawsze piękne spotkania, w tylu miastach, tylu klubach (niektóre, legendarne, jak Knitting Factory czy Tonic, już nie istnieją). Spotkania rezonują do tej pory, gdziekolwiek byśmy nie byli. Jak z tymi wszystkimi, z którymi jesteśmy blisko, połączeni siłą wyobraźni nadającą kierunek i kształt. To one musiały przybrać formę, która doprowadziła mnie w końcu do tu i teraz.

 

 

 

Reklamy

Pizza Farm? Oczywiście!

Przyleciałam w poniedziałek wieczorem, lądując w Minneapolis po ośmiogodzinnym locie z Amsterdamu, pod świetlistym niebem Środkowego Zachodu, nad Wielką Rzeką, na zachód od której rozciągają się Wielkie Równiny. To było trochę jak lądowanie w krainie dzieciństwa – dotarło to do mnie po ładnych kilku dniach, kiedy przypomniałam sobie zimowe wycieczki do wiejskiej biblioteki po kolejne tomy Jamesa Fenimore’a Coopera czy Marka Twaine’a (i dopiero teraz wiem, że prototypem miasta Tomka Sawyera było portowe miasto nad Mississipi, Hanibal w stanie Missouri – trochę bardziej w dół Rzeki). W czwartkowe popołudnie, po pierwszych dwóch dniach zajęć ze studentami, już siedziałam w samochodzie z Davinem, Carrie i czwórką ich synów – zaanonsowali mi tylko tajemniczo „pizza farm w Wisconsin” i pojechaliśmy. Najpierw przez most na Rzece na drugi brzeg (Mississipi należy się odrębny wpis i to raczej niejeden, bo to Wielka Rzeka), później skręciliśmy trochę wgłąb lądu. Suncrest Gardens Farm w Cochrane, Wisconsin to nieco ponad pół godziny drogi, jakieś 20 mil (czyli ok. 40 km) od Winony.

Wiedziałam tylko tyle, że przez całe lato na farmie organizują tzw. pizza farm. Przyjeżdża się po południu, spędza miły czas w pięknym miejscu, gdzie można dostać pizzę z prawdziwego pieca, zrobioną z lokalnych produktów. Na miejscu okazało się, że zarówno teoria, jak i praktyka (którą zobaczyłam zaraz po opuszczeniu samochodu) potwierdzają permakulturowe podejście gospodarzy, choć w krótkiej rozmowie w okienku z Heather ten termin się nie pojawił.

Na farmie jest prowadzona pełna segregacja (co w USA nie jest powszechne) oraz zróżnicowane uprawy, z miejscem na zwierzęta. Podczas pizza farm można było zauważyć, jak cieszą się uwagą sporej gromady dzieciaków (zaleta wieczorów z pizza farm polega też na tym, żę można tutaj miło spędzić czas z całą rodziną i znajomymi, a dzieciaki znikają we własnym świecie. Moją uwagę przykuła spora grupa ludzi przy rozkładanym stole obok, która pośrodku licznie zgromadzonych zasiadla do modlitwy. Najwyraźniej przyjechali małym autobusem. Okazało się, że to dwójka ludzi, którzy co roku – od ładnych kilku lat – adoptują dziecko. Aktualnie ich rodzina liczy 11 osób.

Pizza farm polega jednak przede wszystkim na konsumpcji 🙂 Albo inaczej, bardziej właściwie: na celebracji bycia razem. Szybko okazało się, że jest tutaj mnóstwo znajomych Davina i Carrie oraz znajomych i znajomych, większość z nich związana z Winona State University albo innymi uczelniami w regionie. Zresztą nawiązywanie znajomości w małych miastach Środkowego Zachodu to rzecz najłatwiejsza na świecie – uśmiechasz się do kogoś i po chwili już rozmawiacie jak starzy znajomi (albo przynajmniej wymieniacie uwagi o pogodzie, miłym dniu i pięknej okolicy). Konsumpcja też wygląda inaczej: są tu przede wszystkim produkty miejscowe, lokalne i regionalne. Niektórych marek piwa z Wisconsin nie kupi się za mostem, czyli w Minnesocie. Za truskawkowym ale nie będę raczej tęsknić, ale lokalna IPA z Cochrane należy do najlepszych, jakie znam 🙂 (well, przynajmniej do piątku wieczorem, kiedy – jak się okazało – zdobyła ten tytuł produkcja minibrowaru z Winony, Island City Brewing Company

Zresztą, konsumpcja też nie oznacza tego, co gdzie indziej. PIzzę można zamówić wcześniej, jeszcze z samochodu. Ale zasada jest prosta, choć nieubłagana: przyjeżdżasz, płacisz, pobierasz numerek z okienka i czekasz. Czasem, jak mówią znajomi, nawet i cztery godziny, jeśli jest dużo ludzi. Nikt się jednak nie irytuje ani nie spieszy. Można w międzyczasie np. przypiec sobie coś na ognisku, choćby… hmmm… marshmallows umieszczone następnie między dwoma herbatnikami z kawałkiem gorzkiej czekolady (guilty pleasure 🙂 ).

(Poniższe zdjęcia zawdzięczam Carrie McKee.)

 

Za to pizza, jaką się otrzymuje… Eh boy… Pomysł z farmami pizzy (jest ich więcej w Wisconsin) przebił się nawet do Chicago Tribune i magazynu Today w NBC. Rzeczywiście „Eat well, smile often” (oficjalne motto farmy). To podobno znakomit pomysł na biznes dla farm rodzinnych – Suncrest zatrudnia teraz dodatkowe osoby do pracy w sezonie pizzowym – rzecz niebagatelna w świecie, gdzie farmy rodzinne mają wyjątkowo pod górę, z wielu powodów. Wydaje się jednak, żę rodzi się tutaj jakiś nowy model ekonomiczno-społeczno-kulturowy, którego podstawą jest odpowiedzialny wobec ludzi, ziemi i istot sposób postępowania z ziemią oraz umiejętność cieszenia się z tego, co można w takich warunkach zrobić. A można zrobić dużo. Nie pozostało więc nic innego, jak wpić pinezkę na mapie gości w miejscu, gdzie znajduje się Biotop Lechnica. Polska na razie pozostaje bez pinów, więc macie szansę być pierwszymi Polakami w tutejszej zagrodzie 🙂

P1210951

Środkowy Zachód, jakiego nie znacie, cz. 1

Zaczęło się już w samolocie z Amsterdamu do Minneapolis. Z jakiegoś powodu żaden z filmów w ofercie rozrywki pokładowej KLM nie przykuł mojej uwagi. Długie loty samolotem są na tyle męczące, że unikam dodatkowego katowania się filmami, które nie porywają. Przeglądając ofertę, trafiłam w końcu na dokument The Biggest Little Farm i tak się zaczęło. W końcu lecę do krainy podupadłych farm, pomyślałam i… film to na oddzielną opowieść. Obejrzyjcie, jeśli tylko macie szansę (z puentą, która pokazuje, że permakultura rzeczywiście czyni cuda – w tym przypadku w obliczu słynnych kalifornijskich pożarów sprzed dwóch lat). Przeklejając więc po raz kolejny na FB posty o dramacie Amazonii, nie zapomnijcie, że to przemysłowemu rolnictwu i upodobaniom do steków zawdzięczamy ten horror – ale to absolutnie nie znaczy, że nie ma odwrotu i że wszystko stracone. Zupełnie nie.

Drugim sygnałem był spot reklamowy linii Delta, który musiałam obejrzeć więcej niż kilka razy, ale który za każdym razem wzruszał:

z tą jedną, wyraziście polityczną (po dobrej stronie) linijką: „and don’t event get us started on fly-over country. No such thing.” („fly-over country” figurowało w Twitterowych wynurzeniach pewnego oczywistego prezydenta, którego nazwisko można w USA odnaleźć nawet na butelce wina). Kobiecy głos w voice-over ma w sobie coś urzekającego i nawet wzniosłego, kiedy mówi: „the cities we’re day in, day out, aren’t some stop over for us, they’re the cities, where we work, where we live and where we try to make a difference.” Zauważcie tęczową flagę w końcówce.

No więc leciałam na cały semester do Winony, na całe cztery miesące. Uczyć studentów na Winona State University, w ramach realizowanego tam innowacyjnego programu studiów Creative Digital Media (to temat na oddzielną opowieść), jako Fulbright Scholar-in-Residence (co nawet tutaj robi na wielu ludziach niemałe wrażenie) – podziękowania dla Polish-U.S. Fulbright Commission! Większość moich amerykańskich znajomych kręciła głowami: „Winona? Gdzie to właściwie jest?”. Odpowiadałam zazwyczaj: „Minnesota. Midwest. Koło Minneapolis” myśląc arogancko, że wiem o tym cokolwiek. Midwest. Fly-over country. Miejsce-gdzie-nic-nie-ma-bo-wszyscy-już-stąd-dawno-uciekli. Przedsionek do oceanów postindustrialnej biedy Michigan. Pre-Detroit. Czas stanął w miejscu (o ile się nie cofa). I, jak śpiewały kiedyś dziewczyny ze Spires That in the Sunset Rise, „pola kukurydzy po horyzont.”

 

 

 

Dwa tygodnie później, po sobotnim cotygodniowym Farmers’ Market, po dzisiejszym znakomitym sesshin w Manitou Center z sanghą Zen Garland Dharma River (gdzie praktykuje się w tradycji rozwijanej przez Taizana Maezumi, ale i Berniego Glassmana), po rozmowie z jednym z właścicieli Public Launch (siedzibie inicjatywy Art of the Rural), wspólnotowego centrum artystycznego na nabrzeżu Wielkiej Rzeki (nie śmiem mówić o Mississipi inaczej), po paru kawach i nitro w Mugby Junction, którego jedna z placówek mieści się w Lutheran Campus Center, gdzie drzwi toalety gender-neutral zdobi cytat z Biblii wyjaśniający, że płeć nie ma aż takiego znaczenia, a w oknie widnieje slogan Love to All No Exception (z wyjaśnieniem, że wszyscy sąsiedzi miel widziani, także po arabsku), a hasło do sieci to BeOurGuest – po tym wszystkim i po najprzyjemniejszej wizycie w banku, jakiej doświadczyłam w życiu (był to nie żaden moloch, a credit union, czyli rodzaj kasy zapomogowej-pożyczkowej – ale nie SKOKu, gdzie nabija się ludzi w butelkę i używa jako trampoliny politycznej), po najlepszym rowerowym czasie ever (w żadnym europejskim mieście nie znajdziecie kierowców, którzy w taki sposób dbają o rowerzystów/tki na drodze), wreszcie, po wizycie na tzw. Pizza Farm… po prostu Midwest nie jest już Midwestem z artykułów o amerykańskiej prowincji, nad którą tylko się przelatuje (fly-over country). Zresztą, jeśli chcecie, to sobie przelatujcie – ja tu jeszcze zostaję i będę tropić cichą rewolucję. Bo to tutaj po cichu zaczyna się pełzająca rewolucja, która zmienia świat (tak, makes a difference) niepostrzeżenie, krok po kroku. Nie będzie jej na tytułowych stronach gazet i zapewne nie stanie się newsem dnia na Facebooku. Ale to tutaj jest laboratorium Nowego, w samym sercu modelu (ekonomicznego, spolecznego, ekologicznego), który na naszych oczach ulega rozpadowi. Z jakichś tajemniczych powodów mam wielkie szczęście to śledzić i w kolejnych odcinkach lepiej wyjaśnię, co mam na myśli.

Co więcej, Biotop Lechnica (i wiele podobnych miejsc) w tej cichej rewolucji już bierze udział 🙂 Jest nas więcej, niż myślicie 🙂

I jeszcze post-scriptum: ten oto artykuł z amerykańskiego wydania The Guardian, w którym Robert Reich potwierdza: jest nadzieja. I jest inna Ameryka (oraz inne Polski, inne Węgry, inne Włochy…). W centrum ciemności rodzi się światło.