…i więcej muzyki (oraz śledzenie tropów).

Moja uniwersytecka skrzynka najczęściej puchnie od maili niekoniecznych, ale rozsyłanych za pomocą Office365 – łatwość i wygoda użytkowania zaciemnia zapewne fakt, że jest to system dosyć zamknięty: poczta przychodząca spoza domeny winona.edu najczęściej bywa opatrzona rozmaitymi ostrzeżeniami i traktowana jako źródło podejrzane, albo wręcz ląduje w folderze „Junk”. Do pewnego stopnia podobnie dzialają wszystkie uczelniane serwisy, co chyba najlepiej obrazuje stosunek academii do świata zewnętrznego (choć akurat tutaj te granice są i tak niezbyt sztywne). W każdym razie nauczyłam się szybko, żeby zaglądać do jakichś 10% przychodzącej korespondencji. Ale i tak przeglądam w zasadzie wszystko, prowadząc swoistą autoetnografię tutejszej komunikacji wewnątrzuczelnianej, w porównaniu do mojego rodzimegu uniwersytetu rozbudowanej daleko bardziej, bo też daleko bardziej rozbudowana jest aktywność społeczna uczelni. I tak dostałam wielokrotnie informacje o tym, że na zajęcia mogę zaprosić specjalistów od zapobiegania przemocy seksualnej i przeciwdzialania językowi nienawiści (plakaty zachęcające do zgłaszania przypadków przemocy seksualnej i gwałtu oraz informujące o tak zwanych safe buses wiszą powszechnie w toaletach); o tym, że w pisaniu prac pomaga studentom Writing Center mieszczące się w bibliotece i żeby zamieścić w sylabusie link do strony centrum przy writing assignmnents; o grupie wsparcia dla osób LGBTQ (przypominam, że uniwersytet stanowy w małym miasteczku na konserwatywnym Midweście); o niezliczonych inicjatywach wspierania kariery, kompetencji finansowych i mikroekonomicznych; o szkoleniach z akresu użycia VR w programach uniwersyteckich; o lokalnych inicjatywach kulturalnych i wydarzeniach (przed każdym weekendem dostajemy pakiet „Najbliższy weekend w Winonie: gdzie pójść”); o klubach studenckich (nie wiem, czy można wyciągać jakieś wnioski z faktu, że Winona Club of College Republicans jest na liście tych zagrożonych skreśleniem, a Winona Club of College Democrats wręcz przeciwnie).

W każdym razie wśród postów przypiętych w skrzynce tak, żeby mieć do nich łatwy dostęp, jeszcze w Krakowie zamieściłam poster imprezy Expanding Horizons, organizowanej przez The Inclusion & Diversity Office. Ostatecznie udało mi się trafić tylko na koncert Billa Millera, choć chciałam też zajrzeć na Interactive Dialogues on Racism, Sexism and LGBTQ, żeby zobaczyć, jak tutaj wyglądają takie debaty (w miasteczku, gdzie znajduje się około 20 rozmaitych chrześcijańskich kongregacji – a z drugiej strony są też Freemasons oraz Islamic Center of Winona, nie mówiąc już o od niedawna mojej sandze Zen Garland Dharma River  i gdzie regularnie organizuje się spotkania i modlitwy ekumeniczne).

Bill Miller to jest postać. Nagrywał z Johnnym Cashem, Eddie Vedderem, Richie Havensem i Trentem Reznorem. To jego flet słyszycie w tytułowej piosence z Pocahontas. W 1995 roku grał jako przed-akt w trasie Tori Amos. Zdobył trzy razy Grammy, co na Amerykanach zawsze robi wrażenie. Bill Miller jest Mohawkiem, który urodził się i wychował w rezerwacie na północy Wisconsin, a później – jak sam mówi, dzięki zbiegowi szczęśliwych okoliczności (głównie wsparciu norweskiej rodziny z jego okolicy) – zdołał skończył Lanton School of Art oraz University of Wisconsin w pobliskim LaCrosse (zaraz za Rzeką). Jest znany z piosenek, w których spotykają się wielkie amerykańskie tradycje, posłuchajcie sami:

 

Na żywo jest jeszcze bardziej przekonujący:

 

 

Jego muzyka może się podobać lub nie (w zależnosci od tego, czy lubicie americanę), ale nie można jej odmówić dużej dozy szczerości, świetnego warsztatu i tej tajemniczej energii, która nadaje rzeczom granym na scenie indywidualnego wyrazu, charakterystycznego dla tej właśnie osoby w takim, a nie innym momencie życia.

Wydaje się jednak, że prawdziwym żywiołem Millera są indiańskie flety, których posiada sporą kolekcję (przepiękne instrumenty!):

 

IMG_3699

Oprócz piosenek otrzymaliśmy też opowieści. Niektóre – wstrząsające. O historii trudnego pojednania z ojcem: alkoholikiem, który molestował swoje dzieci. O biedzie w rezerwacie, o alienacji w życiu poza nim. O alkoholizmie i narkotykach, o chorobach, o trudnych życiowych momentach. Ale też o orłach przednich, które wzlatują ponad burzę, łapiąc wpierw umiejętnie w skrzydła (o rozpiętości sięgającej trzech metrów!) wiatr wiejący z prędkością huraganu (ponad 100 km na godzinę). O obozie myśliwskim dla młodych chłopaków z rezerwatu (to myślistwo nie ma nic wspólnego ze skrajnym narcyzmem myślistwa sportowego), podczas którego przez tydzień wolno było tylko obserwować, przez kolejny tydzień można było zadać tylko jedno pytanie (i to mądre), by wreszcie w trzecim tygodniu wdrożyć świeżo nabyte umiejętności w życie (ech, to jest dopiero pomysł na dydaktykę uniwersytecką! westchnęłam w duchu). Czy te wszystkie opowieści były prawdziwe? Ostatecznie to wcale nie takie ważne – mogły się były wydarzyć. Miller zamknąl w nich coś więcej niż tyko słowa. Między wersami ukryły się metafory, rama, która nadawała tym pojedynczym historiom spójności i kilka emocjonalnych momentów, które trudno byłoby odegrać. To dlatego ta piosenka stała się tak poruszająca:

Patrzyłam na zebraną publiczność, dominowała młodzież studencka, ale widzialam także kilku emeritusów, którzy chętnie uczęszczają na uniwersyteckie wydarzenia. Wśród dzieciaków wiele było osób, dla których opowieści Millera mogły być terapeutyczne, bo mówiły o współdzielonym trudnym doświadczeniu wielopiętrowej dyskryminacji i o tym, że można się z tego wydobyć, nawet jeśli dyskryminacja systemowa nie znika. Że można znaleźć swoją ścieżkę. Oficjalny slogan Winona State University, założonego w 1858 jako pierwsza uczelnia na zachód od Mississipi i kształcąca głównie edukatorów, „a community of learners”,  nabrał jeszcze innego wyrazu. Zwłaszcza po tym, jak na samym początku organizator Expanding Horizons, Jonathan Locust, zaproponował uczczenie minutą ciszy rdzennych mieszkańców Winony i okolic, na których ziemi się znajdujemy. Ślady ich obecności są tutaj wszędzie, ale spotkać ich nie jest wcale tak łatwo, ma się wrażenie nieustannego tropienia śladów. Występ Billa Millera był jednym z takich tropów, mam nadzieję, że obserwowałam wystarczająco uważnie, żeby móc podążyć za tymi znakami i zadać swoje pytanie.

IMG_3700

I małe post-scriptum: jak mało czasem się widzi i wie. Nigdy nie lubiłam Bon Ivera. Ale od dzisiaj przychodzi mi zmienić zdanie. Moją ulubioną telewizją (jedyną, jaką tutaj oglądam) stała się amerykańska PBS, czyli amerykański odpowiednik euroepjskich telewizji publicznych (z wyjątkiem polskiej, która jest ściekiem), a moim ulubionym kanałem Wisconsin Public Television. Pisałam o tym od razu na początku. Czasem włączam, jak dzisiaj, po raz pierwszy chyba od 10-ciu dni. I jak włączam, to zazwyczaj zastygam. Dzisiaj akurat przy kolejnym odcinku serii dokumentalnej Wisconsin Hometown Stories. Czegoś tak dobrego dawno nie widziałam. A dzisiejszy odcinek dotyczył pobliskiego miasta Eau Claire, gdzie… uczył się i mieszka Bon Iver (w cywilu Justin Vernon). Czasem o Wisconsin wspomina. I była to niezwykle krzepiąca historia małego miasta, które podniosło się z zapaści (podobnej do tej, która dotknęła Detroit i inne amerykańskie monomiasta wessane w zabójczy ekonomicznie model rozwoju opartego wyłącznie o przemysł motoryzacyjny) dzięki temu, że postawiło na… kulturę.  Jak to się stało, nie będę tutaj opisywać, bo znacznie lepiej pokazuje to odcinek, który oglądałam. Zróbcie wszystko, żeby to zobaczyć, jest tutaj – trzeba tylko mieć VPN, żeby ukryć się pod amerykańskim nrem IP. Naprawdę warto. Inne odcinki tego cyklu są dostępne na YouTubie, to może i ten się z czasem pojawi. Zwróćcie też uwagę na materiały edukacyjne do tego odcinka dla nauczycieli. Bon Iver w każdym razie jest wychowankiem University of Wisconsin EauClaire (sporo amerykańskich uniwersytetów ma taką parasolową strukturę złożoną z kampusów w kilku miastach) i nic tu nie jest przypadkowe – centrum miasta zawdzięcza swoje odrodzenie wizjonerskiej polityce, która uczyniła z tej uczelni jedno centrów jazzu i muzyki improwizowanej. W mieście, którego centrum zostało wyssane w latach 70. i 80. z życia przez wielkie malle (brzmi znajomo?). Życie powróciło (i dosłownie, i w przenośni). Bon Iver zainicjował tutaj festiwal Eaux Claires, który stał się kolejną małą lokomtywą lokalnej gospodarki – obok licznych tras rowerowych i trekkingowych, centrum muzyki i kina. Przybywa mieszkanców zainteresowanych życiem w miłym, niewielkim amerykańskim miasteczku Środkowego Zachodu. Mieście, które zresztą w latach 50. przyjęło do białej drużyny dwóch Czarnych baseballistów, Billy Bruton and Roy White i była to jedna z pierwszych takich decyzji w USA – tuż po nich pojawił się Hank Aron, który został gwiazdą baseballa. Wtedy – nie inaczej niż teraz – w morzu rasizmu i złej woli znaleźli się ludzie, którzy po prostu robili swoje, na przykład wynajęli Czarnym graczom mieszkanie.

Wracając do przypadku Eau Claire. Zanim zakrzykniecie „gentryfikacja”, musicie najpierw zobaczyć jedno z takich umierających niewielkich miast Środkowego Zachodu i przekonać się, że miasta naprawdę mogą umierać i że każda sensowna inicjatywa, która przywraca je do życia, warta jest wsparcia.

Po tym odcinku lepiej już rozumiem, dlaczego w Winonie tak duża jest dbałość o lokalną kulturę, parki i aktywność. Samo się nie zrobi po prostu. Miasto to (głównie) jego mieszkańcy. Tutaj często pozostawieni sami sobie przez odległą administrację stanową czy federalną. I ten wątek rozwinę niebawem.

Reklamy

Muzyka gra nad Mississipi

Wszystko, co chciałabym tutaj zmieścić przy tej okazji będzie raczej słabo rozpoznawalne bez  całego kontekstu: dziedzictwa całych dekad najlepszej muzyki pod słońcem granej ot tak sobie, dla przyjemnosci swojej i innych albo z potrzeby serca, bez specjalnego zadęcia, codziennie i od święta. Taką właśnie zwyczajną muzyką się tutaj oddycha, przemieszczając się swobodnie i bezwysiłkowo od wszechobecnej americany (wszystko około bluegrassu, Appalachian i country) i bluesa (wiadomo, Mississipi, czyli w zasadzie Delta, ale też i Chicago), singer-songwriting (nie śmiem nazwać tego poezją śpiewaną, chodzi raczej o kawał dobrej folkowej piosenki) po rap, indie rock, elektronikę i formy mniej określone a bliższe sercu występujących. No więc uczęszczam tutaj na koncerty zupełnie na nie nie uczęszczając: to po prostu jest. Tak jakoś się dzieje, że wszędzie i przy wielu okazjach. Tzn. czasem nazywanych koncertami, ale zawsze jest to logika raczej spotkania niż tylko performansu. Nawet, kiedy na głównej scenie podczas ShutDownThirdStreet grały miejscowe gwiazdy (miejscowe, tzn. minnesotańskie), Bad Bad Hats, to wyraźnie chodziło o to, że za pomocą piosenki Super America, rozmawiały z uniwersytecką młodzieżą o wspólnocie doświadczeń:

 

ShutDownThirdStreet działo się w sobotę i ponosi odpowiedzialność za opóźnienie w postowaniu. Byłam zbyt zajęta 🙂 Wydarzenie, które świetnie znacie: imieniny ulicy. Tutaj te imiona czasem nie są może specjalnie wyrafinowane (choć w Winonie opartej na typowej geometrycznej siatce, ulice oprócz tego, że są numerowane, mają także nazwy, moja ulubiona Wabasha St. to po prostu Siódma). No więc były to imieniny Trzeciej (Trzecia nie ma nazwy, może dlatego, że jest główna, przy Trzeciej mieści się wiele ważnych instytucji i mój ulubiony co-op, do wpisu o co-opach ciągle jeszcze nie doszłam). No więc idea ShutDownThirdStreet jest świetnie znana i lubiana również u nas (w Krakowie najbardziej spektakularne były swego czasu imieniny ulicy Krupniczej). Nie udało mi się definitywnie ustalić, która z rzędu to była tutaj edycja – według jednych trzecia, według innych pierwsza. Różnice biorą się przypuszczalnie stąd, że rok i dwa lata temu zamknięto odcinek Drugiej. W tym roku skala była zupełnie inna: główna ulica miasta, całodzienna impreza, kilkanaście koncertów (plenerowych i w miesjcowych knajpkach i browarze), food trucki, targi lokalnych produktów i pomniejsze wydarzenia, które mi umknęły. Wszystko zorganizowane przez lokalną firmę producencką (ma siedzibę właśnie przy Trzeciej), Treedome, założoną kilka lat temu i prowadzoną przez absolwentów Winona State University. Z Nathanielem Nelsonem, jednym ze współorganizatorów, absolwentem m.in. programu Creative Digital Media, gdzie prowadzę zajęcia, zdarzało nam się (i z resztą kadry) rozmawiać przy piwie w Island City o niezależnym kinie, Chrisie Markerze i jeszcze paru rzeczach. Wszystko i wszyscy są tutaj blisko, ale jednocześnie jest wystarczająco dużo amerykańskiej przestrzeni i powietrza napływającego z nurtem rzeki i wiatrem znad dalekiego oceanu, żeby nie czuć się klaustrofobicznie.

ShutDown zacząl się dla mnie właśnie od kultury rzeki. Na „moim” początku Trzeciej (czyi właściwie na jej końcu), znajduje się Sanborn Canoe i w siedzibie firmy, która jest właściwie starym hangarem, kłębili się zainteresowani Wielką Rzeką. Był pierwszorzędny ekwipunek dla wodnych traperów, była kampania na rzecz ochrony rozlewisk Mississipi, były najpiękniejsze plecaki pod słońcem, szyte przez ich sprzedawcę z małej firmy Big Driftless, była darmowa kawa oferowana przez uśmiechniętą parę – w skrócie: wszystko to, co najlepsze pod amerykańskim niebem Środkowego Zachodu i o czym nigdzie indziej nie usłyszycie.

A później było już krążenie od sceny do sceny w różych konfiguracjach towarzyskich: od Island City pod główną scenę, do food trucka z meksykańskim jedzeniem z miejscowych produktów, do małej sceny w Blooming Grounds (najlepsza pizza i kombucha w mieście!), pod scenę Sanborn, znowu do Island City…. Wieczór zakończyłam (przyznaję, resztką sił) w Ed’s No Name Bar, gdzie przyszło mi zmienić poglądy na scenę punkową (żyje i ma się nieźle) po wysłuchaniu świetnego damskiego tria. Kilka highlights popołudnia i wieczoru, tuaj z You Tube’a, ale cieszę się, że wszystko mogłam usłyszeć na żywo w super fajnych wykonaniach:

 

Z Lydią Lizą (Minneapolis again) spotkalam się po raz pierwszy:

 

O Mike’u Munsonie mogę powiedzieć już, że jestem jego fanką – godny kontynuator bluesa z Delty, przefiltrowanego przez wspołczesną wrażliwość i nurt nieco bardziej w górę rzeki (człowiek z Winony), nagrywa dla małej labeli Blue Front Records, a to mój ulubiony kawałek:

 

Fathom Lane (ponownie Minneapolis) prezentuje się na koncercie znacznie bardziej drapieżnie (na szczęście!) niż w tym oficjalnym materiale:

 

Theyself w Blooming Grounds był bardzo klimatyczny, tutaj nieco więcej żywiołu:

 

Dziewczyny z Last Import przywróciły wiarę w punka, granie wyraźnie sprawia im wiele przyjemności:

I na koniec wisienka na torcie. Jak często zdarzyło Wam się widzieć teatrzyk lalkowy prezentujący samodekonstruującą się, postkolonialą i postmodernistyczną historię o konkretnym miejscu i jego historii (Winonie, noszącej imię córki wodza Dakotów, Wabashy), przedstawienie, na którym dobrze bawią się dzieci i dorośli (zarówno zainteresowani kulturą artystyczną, jak i tzw. zwykli ludzie – i nie pytajcie mnie, jak to odróżniam 🙂 )? To jest właśnie Dr. Bob’s True Tales of Wonder, messieurs et mesdames! Oczywiście w Public Launch, o którym będzie oddzielny wpis. Z Matthew, jednym z założycieli i dyrektorów jestem umówiona na rozmowę o Public Launch, ale na razie jest poza miastem, bo realizuje ten oto absolutnie powalający projekt w St. Louis.

Wracając na rowerze przez ciepłe (24 stopnie wczesną nocą), przedburzowe, ciemne już i trochę puste miasto (a mieszkam na drugim końcu, bardziej w stronę Trempeleau – o francuskich nazwach też będzie), myślałam o tym, jak plotą się opowieści, albo raczej jak nas plotą opowieści, w które wkraczamy trochę nieuważnie i nieostrożnie, z niektórymi z nich wiążąc się na dużo dłużej niż byśmy oczekiwali na początku drogi. Bo wcześniej w ciągu dnia wymieniłam uwagi z Taralie, częścią duetu Spires That in the Sunset Rise. Tara mieszka w Madison, w sąsiednim Wisconsin, ledwie trzy i pół godziny autobusem stąd. Odkąd tutaj jestem, jedna z ich piosenek, jakie zagrały podczas naszego wspólnego koncertu w jakiejś galerii w Chicago (ech, nie pamiętam już nazwy, archiwalia z tego okresu się rozmyły) w 2006 roku, pewnego trudnego z wielu powodów kwietniowego wieczoru, nieustannie gra mi w głowie. O tym, że są z Midwestu, gdzie pola kukurydzy po horyzont. I jestem teraz tutaj. To wciąż trochę nierealne, trochę wyjęte z czasoprzestrzeni miejsce; mam wrażenie, że na uboczu wszystkiego, świat na zewnątrz przypuszczalnie istnieje, bo donosi o tym Facebook i te wszystkie straszne historie, ale tutaj wsiadasz rano na rower, uśmiechasz się szeroko do wzgórz po drugiej stronie Winona Lake (słynne bluffs, na których mieszkają grzechotniki, zwane tutaj jacks), do wiewiórek buszujących w orzechowcach (piękne, wielkie drzewa, z których biorą się orzechy pekan), bo prawie codziennie od dwudziestuośmiu dni świeci słońce, wymieniasz niezobowiązujące, miłe „Hi, how you doin'” ze starszą panią wyprowadzającą na spacer psa  codzinnie o tej samej porze, jedziesz prawie pustymi ulicami, na tych najbardziej uczęśzczanych przeczekujesz góra 30 sekund, żeby ktoś na ruchliwym skrzyżowaniu zatrzymał się i cię przepuścił wbrew zasadom ruchu drogowego i obyczajom panującym nawet w Sztokholmie, nie mówiąc już o Krakowie, przypinasz rower do stojaka obok wejścia do Phelps Hall, wchodzisz i dajesz się zagarnąć muzyce sączącej się głośnika, którą wita cię kampusowe radio, rozchodzące się z ANALOGOWEGO nadajnika w promieniu 70 mil – i już wiesz, że jaka by to nie była muzyka, zawsze będzie dobrze, bo po prostu odkąd tu jesteś, zwolniłaś się z oceniania i osądzania.

I mały bonusik: labela z Minneapolis prezentująca muzykę nie tylko z Minnesoty, głównie rap. Doomtree Collective, czyli hip hop z Midwestu. Dwyell Ronald, który grał kameralny koncert w Island City w Winonie i co mi umknęło. Eyedea, kolejny świetny raper z Minnesoty. Andrew Broder, którego trudno zaszufladkować (podziękowania dla Davina Heckmana za linki). Nie samym Princem Minneapolis stoi 🙂

W trochę innym wcieleniu miałam szansę i przyjemność uczestniczyć w obiegu muzyki tutaj, w USA, z Magic Carpathians, to były zawsze piękne spotkania, w tylu miastach, tylu klubach (niektóre, legendarne, jak Knitting Factory czy Tonic, już nie istnieją). Spotkania rezonują do tej pory, gdziekolwiek byśmy nie byli. Jak z tymi wszystkimi, z którymi jesteśmy blisko, połączeni siłą wyobraźni nadającą kierunek i kształt. To one musiały przybrać formę, która doprowadziła mnie w końcu do tu i teraz.