Samhain in the air

I tutaj, i za oceanem świętujemy to samo – ten trudny i piękny czas przemiany, ostatniego akordu wygasania światła, spraw, energii życiowej; po to, żeby wszystko mogło powrócić raz jeszcze za kilka miesięcy. Tutaj to świętowanie ma wyrazistą formę prześmiewczego oswajania makabry, w celowo złym guście, który wciąż wzbudza lamenty po drugiej stronie ocenu, zwłaszcza w nad Wisłą, że nie tak się powinno świętować, że to uwłacza, że komercja, że nie „nasze” itp. Tu nikt nawet nie zauważa, że ten moment można byłoby świętować inaczej; All Saints’ Day ma znaczenie czysto religijne zapewne (ale nie widziałam, żeby ktoś w ogóle o tym dniu wspominał). Obie odsłony są echem bardzo starych tradycji i ten tradycyjny już w Polsce spór nie ma większego sensu – podobnie, jak pozostałe spory tak często zatruwające naszą przestrzeń: dajmy może świętować innym, jak chcą i skupmy się na swoich celebracjach, a wszytkim nam zrobi się lżej na sercu.

Tak czy owak w Halloween można podobno zobaczyć na kampusie dinozaury (studenci pokazywali zdjęcia), a w barku z kawą za kasą stoi Kobieta-Kot. Nie oswoiłam tego jednak, ale nie mam z tym żadnego problemu. Udało mi się za to pocelebrować Samhain na wzgórzach, słynnych bluffs, które widzę z okna mojego mieszkania i których rzeźba znowu odsłoniła inne rysy w listopadowym rozproszonym słońcu wyłaniającym kolejne odcienie brązu i czerwieni. To był krótki wypad na farmę Chucka, który obiecał, że pomoże nam pozyskać wild ginger, czyli Asarum canadense (czyli kopytnika w odmianie kanadyjskiej), którego korzenie są potrzebne mojej koleżance do zrobienia bardzo wyspecjalizowanego lekarstwa dla kogoś w potrzebie. Po dwudziestu minutach drogi dojechałyśmy do szutrowej nawierzchni prowadzącej w kukurydziane pola, z lasem liściastym skrywającym się w jednej z licznych tutaj rozpadlin sugerujących potok. Mijałyśmy kolejne domy w oddali, aż w końcu dostrzegłyśmy odpowiedni numer na skrzynce pocztowej przy drodze. Chuck machający ręką z oddali upewnił nas, że to tutaj. Przesiedliśmy się do minitraktora Kubota i ruszyliśmy ku rozpadlinie – jak się okazało, dopływu Mississippi. A więc nawet kiedy jej nie widać – jest.  Wielka Rzeka. Po drodze zrobiło się piekielnie zimno, wygwieżdżone niebo upewniało, że to będzie piękny, ale nadzwyczaj rześki wieczór. W końcu po krótkiej jeździe przeróżnymi wądołami trafiliśmy w miejsce, gdzie kopytnik był w wielkiej obfitości i Chuck wprawnie wydobył kilka korzeni z pożądanymi bulwkami.

Po drodze widzieliśmy jeszcze brzozy, z których Chuck pozyskuje chagę, a oprócz tego jest także dostawcą amerykanskiego żeńszenia ze stanu dzikiego, czyli z lasu, który przemierzaliśmy tym dziwnym pojazdem.

Robiło się coraz zimniej wraz z tym, jak słońce chowało się za horyzont w tym ostatnim dniu października, a Chuck wyraźnie się rozkręcał opowiadając o lesie, który zakupił wraz z farmą przez ponad dwudziestu laty. Wyraźnie znał tutaj wszystko i czuł się jak w domu mówiąc o drzewach (oprócz różnych amerykańskich odmian dębu także drzewo hikorowe o bardzo smacznych orzeszkach, których jednak nie można kupić), grzybach (boczniaki także pozyskuje ze stanu dzikiego) i żeńszeniu amerykańskim. Dookoła robiło się coraz ciszej i kiedy wreszcie dotarliśmy do domu, i przysiedliśmy na jeszcze chwilę rozmowy w kuchni, obok pieca w salonie, którzy zbudowali poprzedni właściciele, łatwo można było zrozumieć, co oznacza słowo homestead. Że można nie chcieć stąd się ruszać, że człowieka w ogóle nie obchodzą nagłówki w gazetach i kto jest prezydentem, że wszystko przetacza się gdzieś górą albo w innym (trochę nierealnym z tej perspektywy) świecie. Ceną za to poczucie jest jednak także to, że trzeba być gotowym na wszystko i umieć poradzić sobie (prawie) ze wszystkim, co w przypadku Chucka oznacza także olbrzymią stodołę wypełnioną wszystkimi możliwymi narzędziami i pojazdami, z pługiem do odśnieżania włącznie. Wprawdzie nasi gospodarze ruszali nazajutrz do Utah, gdzie spędzą z rodziną najbliższe dwa tygodnie, ale ognisko domowe będzie tu czekać cierpliwie do ich powrotu. To nowa definicja ogniska domowego, która akurat teraz bardzo mi odpowiada – miejsce, które czeka aż się do niego wróci.

Chuck zaopatrzył nas jeszcze na drogę w całe torby zebranych przez niego i zamrożonych grzybów, orzeszków hikorowych i pokaźny kawałek chagi. Bo najbardziej go cieszy zbieranie tego wszystkiego i obdarowywanie innych, powiedział pokazując na swój ogród, złożony z kilku grzęd wyniesionych i pokaźnej ilości metalowych sylwetek ptaków na płocie. Jestem teraz prawie pewna, że każda taka niepozorna farma, którą widać przy rozmaitych drogach pogranicza Minnesoty i Wisconsin, kryje takie wielkie serce i takie roślinne opowieści.

Dłuższy PS. Po powrocie dopadło mnie mocne przeziębienie albo grypopodobny wirus. Trzymałam fason przez jakieś trzy dni, żeby móc poprowadzić zajęcia, ale ostatecznie około soboty się poddałam. Gdybym miała swoje zioła, to już dawno byłabym zdrowa, narzekałam głośno na FB. Na co odezwała się Eileen z kontaktem do herbalistki z Winony. I tak w sobotni wieczór siedziałyśmy z Donną przy ziołowej herbacie z VAncouver w moim mieszkaniu z widokiem na bluffs, który na wszystkich robi wrażenie. Po tym, jak dałam znać, że jednak dzisiaj nie przyjdę po lekarstwa, bo zepsuł mi się rower a nie czuję się zbyt dobrze, Donna przeszła na piechotę 30 minut (bo zepsuł się jej samochód:-) ), żeby podrzucić mi kilka zrobionych przez nią specyfików z lokalnych roślin. Herbatka na kaszel składa się na przykład z żywokostu, dziewanny, podbiału, mięty, bzu i krwawnika, co świadczy o tym, że producentka bardzo zna się na rzeczy. Do tego wyciąg z lobelii (nazywanej też indiańskim tytoniem) – bardzo mocnego specyfiku antyspastycznego, którzy rdzenni mieszkancy Ameryki stosowali w leczeniu astmy oraz syrop przeciwkaszlowy z szanty zwyczajnej (Marrubium vulgare), lokalnego miodu, organicznym sokiem z cytryny oraz… cambium wiąza czerwonego – konserwantem jest brandy w śladowej ilości.

IMG_4070.JPG

I teraz właściwie jestem wdzięczna za tę rokroczną (prawie) chorobę, która zawsze dopada mnie o tej samej porze co do dnia niemalże. Trzy lata temu zastała mnie na konferencji w Bremie, tam pozbawiła mnie głosu i tylko „niemieckiej chemii” zawdzięczałam to, że mogłam w ogóle wystąpić z moim referatem. Tym razem jest inaczej, kontakt ze służbą zdrowia jest ostatecznością, bo choć mam podstawowe ubezpieczenie, to rzecz wymaga tyle zachodu i papierologii, że od tego od razu się zdrowieje. Mam za to szansę zgłębić tajniki lokalnych specyfików i tutejszej etnobotaniki. Rozmowa z Donną była poza tym wielką przyjemnością – jest herbalistką od kilku lat, odkąd przeszła na emeryturę, wcześniej zajmowała się długo opieką paliatywną, pracowała przez rok w szpitalu w Mongolii, uczestniczyła także w wyjazdach Anne Pelowski -niesamowitej osoby, autorki książek dla dzieci i edukatorki, konsultantki UNICEFU i UNESCO, założycielki Information Center on Children’s Culture przy amerykańskim komitecie UNICEFU. Anne Pelowski w kilku swoich książkach opisała życie na kaszubsko-amerykańskiej farmie w okolicach Trempeleau (Winona County). Te tutejsze „małe” historie są fascynujące. Mam nadzieję na dalszy ciąg wkrótce. Rośliny prowadzą.

Amerykański dzień, jak co dzień

 

 

Właściwie chcę zapisać ten dzisiejszy dzień bardziej chyba nawet dla siebie niż dla świata – choć z myślą jednak o potencjalnych czytelnikach. To będzie historia jednego niedzielnego popołudnia spędzonego między starszymi jabłoniami na pograniczy Minnesoty i Wisconsin. Trudno oddać wszystkie niuanse tego zwyczajnego-niezwyczajnego czasu, bo one się rozgrywają w bardzo zwyczajnych-niezwyczajnych rozmowach przy kawie i sałatce z quinoa / kanapce z szynką / gołąbkach / brownie (co komu odpowiada). I będzie też o temacie niewygodnym; zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie budzi silne emocje, od których trudno się uwolnić i które nie pozwalają czasem odetchnąć – rzecz dotyczy religii. Czy raczej religia / wyznanie będzie tutaj w tle, ale mimo wszystko bardzo znaczącym. Trudno o tym ostatnio nawet mówić, więc nie jestem pewna, czy uda mi się część tego doświadczenia dobrze opisać – w Polsce nawet ateiści są wojujący jak nigdzie chyba indziej, co często zbliża ich retorykę do tej tak charakterystycznej dla wszelkiej maści fundamentalistów. Bo od razu muszę zastrzec, że właśnie od fundamentalizmu jest tutaj jak najdalej; nawet jeśli USA kojarzą się z takimi odcieniami religijnego szaleństwa, jakie nawiedza Polskę po 1989 z mniejszym i większym natężeniem. No więc wyobraźcie sobie alternatywny świat, w którym 30-tysięczne miasteczko ma chyba z dwanaście różnych wyznań chrześcijańskich (jest cała paleta, z Pentecoastal włącznie). W takim miasteczku działa Winona Interfaith Council, zrzeszający większość tychże, a także buddystów (z mojej sanghi Zen Garland Dharma River) oraz muzułman. Council spotyka się na nabożeństwach ekumanicznych i rozmowach, ale także organizuje bardzo konkretne akcje pomocowe: właśnie trwają przygotowania do uruchomienia całodobowego ośrodka pomocy dla bezdomnych, w  których różne wyznania / kościoły będą na zmianę gotować posiłki i dostarczać potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby. Każda grupa organizuje wolontariuszy do takiej akcji „od siebie”. I teraz, uwaga, trzymajcie się mocno (cały czas jesteśmy na Midweście): w najbliższą sobotę Winona Interfaith Council zaprasza na… Islamic Center Fundraising Diner. Centrum islamskie w miasteczku potrzebuje środków na naprawę dachu. Mijam je podczas każdej wyprawy do co-opu, na dużych oknach przy głównej ulicy widnieje napis: Winona Islam Center. Będzie oczywiście Interfaith Thanksgiving, szczegóły jeszcze do ustalenia. I jak zawsze przy takich okazjach dopada mnie myśl: czy w takim świecie nie żyje się po prostu łatwiej, przyjemniej i bezpieczniej? Co jest takiego w tych odwiecznych bitwach z „Innymi”, że w Polsce muszą się one toczyć bez względu na koszty społeczne i psychiczne każdego/każdej z nas? Czy nie jest po prostu łatwiej założyć, że lepiej się dogadać i naprawiać te dachy wspólnie? Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się w Polsce po prostu zatruta tym poziomem nienawiści lub (chyba najszerzej rozpowszechnionej) niechęci do ludzi, którzy przychodzą z innego miejsca. Jeśli też czujecie się z tym kiepsko, to donoszę, że świat alternatywny istnieje. Co więcej, katolicyzm w tym świecie jest czymś zupełnie innym, ale o tym za moment (aha, i koniecznie pamiętajmy o proporcjach – jest go dużo, dużo więcej; to świat raczej Tygodnika Powszechnego niż… mniejsza o to, sami wiecie, co chciała napisać i niech tak zostanie).

I po lekturze takiego właśnie maila w niedzielny poranek wsiadłam do towarzyskiego samochodu, żeby pojechać na umówioną wyprawę po jabłka. Kilka mil za Winoną, w jednej z dolin drobnych rzek uchodzących do Mississippi, w zasięgu rażenia dźwięków linii Amtrak, która ma stację w Winonie (słychać je było z oddali, ale nic dziwnego). Sad należy do ojca Brezy, księdza polskiego kościoła w Winonie i lidera spoleczności tutejszej starej fali kaszubskiej imigracji z połowy XIX wieku, która nie utrzymuje jakiejś szczególnej łączności z krajem poza zwyczajowymi w takich razach symptomami kulinarnymi (może dlatego są bardzo mili i otwarci). Idea jest bardzo prosta: w tę niedzielę zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą zebrać trochę jabłek w sadzie. Część zostawiamy w skrzynkach dla właściciela, 80-letniego księdza z poczuciem humoru i jasnym spojrzeniem, który w zasadzie nigdy nie kieruje rozmowy na sprawy religijne, część można zabrać dla siebie. A jabłka…. eh boy, takie jabłka. Prosto z drzewa, chrupiące, o różnych odcieniach smaków i różnej konsystencji miąższu, dojrzałe na całkiem ostrym słońcu południowej Minnesoty, do zebrania właśnie dzisiaj, bo od wtorku spływa tutaj zimne powietrze przygnane Jet Streamem, który zawinie się trochę bardziej na południe niż zwykle.

Między grupkami skupionymi pod poszczególnymi drzewami krąży na małym traktorze Chuck, który dowozi skrzynki i pudełka, rozdaje rękawiczki i narzędzia do zbierania jabłek z wysokich gałęzi oraz super fajne torby. Widać, że tutaj owoce zbiera się ręcznie, a sad jest prawdziwy, nie z karłowatymi drzewkami na 5 lat. Przerwę spędzamy w kuchni, przy kawie, sałatce z quinoa i brownie – wpadają tutaj wszyscy zbieracze, włącznie z dzieciakami, Rozmawiam przez chwilę z Jessicą, która pracuje w centrum franciszkańskim w La Crosse (to już Wisconsin). Już wcześniej nazwa wpadła mi w oko, widziałam tam warsztaty mindfulness i koncerty na misach tybetańskich, i retreaty jogiczne. Centrum nazywa się właściwie Franciszkańskie Centrum Duchowości. Szybko okazało się, że fenomenalny program Girls Connect, na który moja rozmówczyni zapisała swoją córkę, prowadzą ludzie z Manitou Center, gdzie zbiera się moja sangha i że mamy wspólnych znajomych. Sama Jessica zajmuje się w swojej pracy koordynacją kontaktów z księżmi i wspólnotami z rejonu Amazonii, którym pomaga – jedna z form pracy, to włączenie doświadczenia indigenous people i wzmocnienie ich praw na miejscu… Nawet przez chwilę nie było w tej rozmowie najlżejszego powiewu „racji”, „obrony wartości”, „fundamentu tożsamości” i całej tej zarazy, którą tak dobrze znamy z Polski. A jednocześnie wartości były bronione bardzo dobrze – za pomocą troski o jabłonie (z siostrą ojca Brezy bardzo dobrze się rozumiałyśmy w rozmowie o tym, jak dbać o drzewa i co oznacza komunikacja z roślinami), o ludzi (lunch, konwersacje, uśmiechy, niezobowiązujące formy drobnego i większego wsparcia), o miejsce i o dobrą atmosferę. Całe zdarzenie coś mi przypominało – ten korowód ludzi przepływający przez kuchnię i drewniany pomost przed kuchnią, celebracja wspólnego posiłku, śmiechy i rozmowy, poznawanie ludzi i słuchanie ich historii, wyglądanie sąsiadów… Znam to dobrze, z Biotopu Lechnica.