Amerykański dzień, jak co dzień

 

 

Właściwie chcę zapisać ten dzisiejszy dzień bardziej chyba nawet dla siebie niż dla świata – choć z myślą jednak o potencjalnych czytelnikach. To będzie historia jednego niedzielnego popołudnia spędzonego między starszymi jabłoniami na pograniczy Minnesoty i Wisconsin. Trudno oddać wszystkie niuanse tego zwyczajnego-niezwyczajnego czasu, bo one się rozgrywają w bardzo zwyczajnych-niezwyczajnych rozmowach przy kawie i sałatce z quinoa / kanapce z szynką / gołąbkach / brownie (co komu odpowiada). I będzie też o temacie niewygodnym; zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie budzi silne emocje, od których trudno się uwolnić i które nie pozwalają czasem odetchnąć – rzecz dotyczy religii. Czy raczej religia / wyznanie będzie tutaj w tle, ale mimo wszystko bardzo znaczącym. Trudno o tym ostatnio nawet mówić, więc nie jestem pewna, czy uda mi się część tego doświadczenia dobrze opisać – w Polsce nawet ateiści są wojujący jak nigdzie chyba indziej, co często zbliża ich retorykę do tej tak charakterystycznej dla wszelkiej maści fundamentalistów. Bo od razu muszę zastrzec, że właśnie od fundamentalizmu jest tutaj jak najdalej; nawet jeśli USA kojarzą się z takimi odcieniami religijnego szaleństwa, jakie nawiedza Polskę po 1989 z mniejszym i większym natężeniem. No więc wyobraźcie sobie alternatywny świat, w którym 30-tysięczne miasteczko ma chyba z dwanaście różnych wyznań chrześcijańskich (jest cała paleta, z Pentecoastal włącznie). W takim miasteczku działa Winona Interfaith Council, zrzeszający większość tychże, a także buddystów (z mojej sanghi Zen Garland Dharma River) oraz muzułman. Council spotyka się na nabożeństwach ekumanicznych i rozmowach, ale także organizuje bardzo konkretne akcje pomocowe: właśnie trwają przygotowania do uruchomienia całodobowego ośrodka pomocy dla bezdomnych, w  których różne wyznania / kościoły będą na zmianę gotować posiłki i dostarczać potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby. Każda grupa organizuje wolontariuszy do takiej akcji „od siebie”. I teraz, uwaga, trzymajcie się mocno (cały czas jesteśmy na Midweście): w najbliższą sobotę Winona Interfaith Council zaprasza na… Islamic Center Fundraising Diner. Centrum islamskie w miasteczku potrzebuje środków na naprawę dachu. Mijam je podczas każdej wyprawy do co-opu, na dużych oknach przy głównej ulicy widnieje napis: Winona Islam Center. Będzie oczywiście Interfaith Thanksgiving, szczegóły jeszcze do ustalenia. I jak zawsze przy takich okazjach dopada mnie myśl: czy w takim świecie nie żyje się po prostu łatwiej, przyjemniej i bezpieczniej? Co jest takiego w tych odwiecznych bitwach z „Innymi”, że w Polsce muszą się one toczyć bez względu na koszty społeczne i psychiczne każdego/każdej z nas? Czy nie jest po prostu łatwiej założyć, że lepiej się dogadać i naprawiać te dachy wspólnie? Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem czuję się w Polsce po prostu zatruta tym poziomem nienawiści lub (chyba najszerzej rozpowszechnionej) niechęci do ludzi, którzy przychodzą z innego miejsca. Jeśli też czujecie się z tym kiepsko, to donoszę, że świat alternatywny istnieje. Co więcej, katolicyzm w tym świecie jest czymś zupełnie innym, ale o tym za moment (aha, i koniecznie pamiętajmy o proporcjach – jest go dużo, dużo więcej; to świat raczej Tygodnika Powszechnego niż… mniejsza o to, sami wiecie, co chciała napisać i niech tak zostanie).

I po lekturze takiego właśnie maila w niedzielny poranek wsiadłam do towarzyskiego samochodu, żeby pojechać na umówioną wyprawę po jabłka. Kilka mil za Winoną, w jednej z dolin drobnych rzek uchodzących do Mississippi, w zasięgu rażenia dźwięków linii Amtrak, która ma stację w Winonie (słychać je było z oddali, ale nic dziwnego). Sad należy do ojca Brezy, księdza polskiego kościoła w Winonie i lidera spoleczności tutejszej starej fali kaszubskiej imigracji z połowy XIX wieku, która nie utrzymuje jakiejś szczególnej łączności z krajem poza zwyczajowymi w takich razach symptomami kulinarnymi (może dlatego są bardzo mili i otwarci). Idea jest bardzo prosta: w tę niedzielę zjeżdżają się wszyscy, którzy chcą zebrać trochę jabłek w sadzie. Część zostawiamy w skrzynkach dla właściciela, 80-letniego księdza z poczuciem humoru i jasnym spojrzeniem, który w zasadzie nigdy nie kieruje rozmowy na sprawy religijne, część można zabrać dla siebie. A jabłka…. eh boy, takie jabłka. Prosto z drzewa, chrupiące, o różnych odcieniach smaków i różnej konsystencji miąższu, dojrzałe na całkiem ostrym słońcu południowej Minnesoty, do zebrania właśnie dzisiaj, bo od wtorku spływa tutaj zimne powietrze przygnane Jet Streamem, który zawinie się trochę bardziej na południe niż zwykle.

Między grupkami skupionymi pod poszczególnymi drzewami krąży na małym traktorze Chuck, który dowozi skrzynki i pudełka, rozdaje rękawiczki i narzędzia do zbierania jabłek z wysokich gałęzi oraz super fajne torby. Widać, że tutaj owoce zbiera się ręcznie, a sad jest prawdziwy, nie z karłowatymi drzewkami na 5 lat. Przerwę spędzamy w kuchni, przy kawie, sałatce z quinoa i brownie – wpadają tutaj wszyscy zbieracze, włącznie z dzieciakami, Rozmawiam przez chwilę z Jessicą, która pracuje w centrum franciszkańskim w La Crosse (to już Wisconsin). Już wcześniej nazwa wpadła mi w oko, widziałam tam warsztaty mindfulness i koncerty na misach tybetańskich, i retreaty jogiczne. Centrum nazywa się właściwie Franciszkańskie Centrum Duchowości. Szybko okazało się, że fenomenalny program Girls Connect, na który moja rozmówczyni zapisała swoją córkę, prowadzą ludzie z Manitou Center, gdzie zbiera się moja sangha i że mamy wspólnych znajomych. Sama Jessica zajmuje się w swojej pracy koordynacją kontaktów z księżmi i wspólnotami z rejonu Amazonii, którym pomaga – jedna z form pracy, to włączenie doświadczenia indigenous people i wzmocnienie ich praw na miejscu… Nawet przez chwilę nie było w tej rozmowie najlżejszego powiewu „racji”, „obrony wartości”, „fundamentu tożsamości” i całej tej zarazy, którą tak dobrze znamy z Polski. A jednocześnie wartości były bronione bardzo dobrze – za pomocą troski o jabłonie (z siostrą ojca Brezy bardzo dobrze się rozumiałyśmy w rozmowie o tym, jak dbać o drzewa i co oznacza komunikacja z roślinami), o ludzi (lunch, konwersacje, uśmiechy, niezobowiązujące formy drobnego i większego wsparcia), o miejsce i o dobrą atmosferę. Całe zdarzenie coś mi przypominało – ten korowód ludzi przepływający przez kuchnię i drewniany pomost przed kuchnią, celebracja wspólnego posiłku, śmiechy i rozmowy, poznawanie ludzi i słuchanie ich historii, wyglądanie sąsiadów… Znam to dobrze, z Biotopu Lechnica.