Now Playing, Now Reading

Dzisiaj rano po wyjściu na werandę stwierdziliśmy, że jest jednak szansa na śnieg, bo sprawy miały się tak (te  białe plamki na zdjęciu to padający śnieg)

sniegRuszyliśmy więc na obchód grani doliny pootku Havka, nad którym leży Biotop Lechnica, odkryliśmy kilka ciekawych miejsc, ale o tym innym razem. Po przyjściu do domu stwierdziliśmy, że brakuje w naszych wpisach dosyć ważnych spraw: książek i muzyki, jakie nam tutaj towarzyszą. A jest o czym pisać, bo parę dni temu zakupiliśmy w naszej ulubionej księgarni Christiania w Popradzie kilka nowości. I tak zaczął powstawać kolejny wpis:

marek

W każdym razie podczas świątecznych dni raczyliśmy się (wcale niekolejno) następującymi dźwiękami: Psaradonis („By morze miało góry” – tak głosi opis autorstwa Tomka Kozłowskiego, od którego dostaliśmy płytę, absolutny hit nr 1 naszego miejsca), L’udová Hudba Stana Baláža „W Raslavicoch bije banda” (pewnie nigdy byśmy sami na to nie wpadli, ale z muzykami LHSB poznaliśmy się przez Michala Smetankę, wspólnie nagrywaliśmy, słyszeliśmy ich live, a podarowana nam płyta jest chyba drugim najczęściej granym tu soundtrackiem + kapitalne zdjęcie na okładce), Tundra (bardzo pasuje w niektóre wieczory), Sibelius (Finlandia, Karelia Suite, Lemminkäinen Suite w wykonaniu Iceland Symphony Orchestra + Piąta i Siódma Symfonia w wykonaniu Gothenburg Symphony Orchestra – Sibelius brzmi tutaj zadziwiająco dobrze), Dmitrij Szostakowicz (koncerty wiolonczelowe nr 1 i 2 w wykonaniu Mischy Maiskego i London Symfony Orkestra). Pełny eklektyzm, czyli nasz typowy składnik muzyczny.

Lektury: jakiś czas temu przeczytałam (AN) wywiad z Marošem Krajňakiem, który mocno mnie zaintrygował. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, bez wahania sięgnęlam po jego debiut (o którym swego czasu było dość głośno), powieść Carpathia. To jednocześnie pierwsza część cyklu układającego się w trylogię i kiedy tylko znowu znajdę się w popradzkiej Christiani, bez wahania sięgnę po Entropię i wydaną rok temu Informaciję. Bez żadnej dozy przesady można powiedzieć, że jest to w pewnym sensie rusiński realizm magiczny, wzbogacony subtelnym, wyrafinowanym, ale celnym poczuciem humoru i wyczuleniem na detal, konkret, szczegół, który nadaje prozie Krajnaka niezwykłej, namacalnej wręcz zmysłowości. Nie ma jednak tutaj ani Rusinów, ani języka rusińskiego – są Zony: 0, 1, 2, 3 i X oraz jest „reč Zon”, która pełni funkcję tajemnego znaku, po którym poznaje się „swoich”. Jest też wspomnienie wielu bolesnych wydarzeń z historii dawniejszej i najświeższej, czasem opowiedzianej z niezwykłych punktów widzenia. Jest oczywiście Andy Warhol, ale tutaj migawki związane z nowojorskim Rusnakiem ze Słowacji przybierają formę migawek na tyle prawdopodobnych i żywych, że wierzymy autorowi: to mogło było się wydarzyć. Jak fragment, w którym Andy słyszy dzwonienie sztućców w plecakach grupki robotników miajnych na ulicy; dopiero później dobiega go język („reč Zon”, a jakże), który zna i który rezonuje żywym w pamięci dzieciństwem. Jest też fragment urzekający wszystkim, o czym wyżej pisałam:

Potom Keso zrýchlene pretáčal zaznamenaný výkvet americkej kultúry a zastal až pri zaverečnej párty. Priblížil sa k mestu, kde spolu tancovali Ultra Violet a David Bowie. Odovzdal kameru niekomu, kto bol s ním, a pridal sa. Najprv iba kopíroval ich pohyby a prispôsoboval sa, ako keby získaval súhlas, že môže zostat’. Podarilo sa, a tak niekol’ko minút situácia plynula iba konvenčne. Potom Keso náhle nevedomo rozhodol, že ovplyvní smer hlavných umeleckých tokov sveta. Prešiel do vlastného tanca a začal vizionársky hovorit’ o novom poriadku. David Bowie spomalil, skenoval a snímal Kesa, aby zachytil svoje momentálne asociácie a nové pocity vlastného vnútra. David Bowie rýchlo všetko v pamäti prepísal do obludného chemického vzorca, ktorý si dokonale zapämatal. Potom ho doma vylovil a privolal si predchádzajúcistav na niekol’ko súvislých tyždňov, aby podl’a tohto urobil album s názvom Heathen, pretože Kesove phyby absolútne popierali čokol’vek, čo by mohlo naznačovat’ existenciu najvyššieho.”

Mam nadzieję, że proza Maroša Krajňaka znajdzie swoją drogę do polskich czytelników – jeśli nie, to warto uczyć się słowackiego, żeby móc czytać nową słowacką prozę, bo jest co (ale o tym więcej następnym razem).

Reklamy