Czas na narty i czytanie

DSC_4520Zima zawitala do Lechnicy na dobre – wczoraj pług odśnieżający dojechał tylko do kościoła zlokalizowanego w centrum wsi (o czym donieśli nam stacjonujący pod naszą nieobecność goście). Wygląda więc na to, że jutro nareszcie zabierzemy do Lechnicy narty i ruszymy na skiturowy szlak. Nadchodzi także czas czytania – przy piecu, który wprawdzie domaga się remontu, ale póki co, daje ciepło, a remont i tak musi poczekać do wiosny. W kolejce czeka kilka przyjemnościowych lektur (jak zapowiadana „Entropija” Maroša Krajňaka).

Póki co, anonsujemy z wielką przyjemnością i radością, że zarówno „Carpathia”, jak i „Entropija” ukażą się w tym roku nakładem wrocławskiego wydawnictwa Książkowe Klimaty (które wydało do tej pory m.in. znakomite czeskie powieści Jaroslava Rudiša, na przykład ze wszech miar godny uwagi „Koniec punku w Helsinkach”), oczywiście w serii Słowakcie klimaty (do tej pory wydano w jje ramach książki m.in. Pavola Rankova i Pavela Vilikovskego). Od tłumaczki „Carpathii”, Weroniki Gogoli, wiem, że „Carpathia” ma wyjść już, już a „Entropija” jest zapowiadana na lato (tłumaczy Miłosz Waligórski). Zakupienie i lektura obu powieści będzie w Biotopie gwarancją tego, że zostaniecie ugoszczeni naszą specjalną, lechnicką mieszanką z dziką lawendą i gojnikiem! Do księgarń, do lektury!

Będzie także czas na śledzenie newsów z Zamagurza – jeśli nie wiedzieliście, to w regionie działa prężnie Divadlo RAMAGU (w linkach obok) a grupa ludzi z nim związanych stanowi mocny kolektyw aktywistów kulturalnych. Wydają naprawdę świetną gazetę, zatytułowaną Zamagurské Noviny. Ukazuje się (papierowo!) raz na miesiąc – są tam teksty, z których naprawdę wiele dowiedzieliśmy się o tym, co w trawie piszczy na Zamagurzu, prowadzą fantastyczny Facebookowy profil. Dla każdego, kto czuje, że Pieniny i Zamagurze to jego miejsce na Ziemi – lektura obowiązkowa! Warto wesprzeć zapaleńców ze Spiskiej Starej Wsi finansowo, bo tworzą gazetę i teatr na razie zupełnie wolontariacko, a robią naprawdę świetną robotę. My już opłaciliśmy roczny abonament (18 EUR), ale może ktoś z Was również może wesprzeć? Można wpłacać tak oto:

Platbu môžete zrealizovať na náš bankový účet v tvare IBAN: SK40 6500 0000 0000 2032 4141, SWIFT: POBNSKBA
Zadajte prosím Variabilný symbol: 16012015

Reklamy

Now Reading

Obiecaliśmy kiedyś dzielić się tutaj lekturami i audiosferą Biotopu. To świetne miejsce na takie czytanie, na które w zabieganej codzienności nie zawsze mamy czas.  Aktualne lektury to Kawa Božidara Jezernika (lektura obowiązkowa dla etnobotaników!) oraz antologia słowackich opowiadań Poviedka 2013, prezentująca laureatów konkursu pod taką samą nazwą, mającego już 18-letnią historię. Organizuje go stowarszyszenie literarnyklub.sk a ja jestem wierną fanką co najmniej od 2002 roku – tomik z tego rocznika konkursu otwiera moją kolekcję podsumowań konkursu. Antologia z 2013 roku wygląda niepozornie – niewielki, kiesznkowy format, który łatwo przegapić na półce w księgarni. Jak zwykle pochłania się to jednym haustem i każde kolejne opowiadanie ma w sobie coś, co sprawia, że z ich autorami i bohaterami nie sposób rozstać się od razu. Najbardziej chyba utkwiły mi w głowie Nevyhutnost’ možnosti Marka Grajciara (laureata konkursu 2013 zresztą) z jego niemal filmową zasadą montażu i zaskakującą puentą; Sarcophaga ex machina Jana Kvapila, którego poczucie humoru łączy się z kafkowskim wyczuciem utajonego pulsu biurokracji (a przy okazji jest to także satyra na administrację rządową nie tylko słowacką) i Po mad’arsky je to Fekete farkasok Petra Pečonki (pseudonim) o romskiej partyzantce z nawiązaniem do tragicznych wydarzeń w Moldve nad Bodvou, gdzie doszło do rozruchów na tle zachowania policji. To dzięki Poviedce zawsze trafiałam na interesujących słowackich pisarzy, jak Agda Bavi Pain, Zuska Kepplova czy Monika Kompanikova. Zresztą strona Literarneho Klubu jest świetnym miejscem dla wszystkich, którzy zainteresują się współczesną literaturą słowacką (a jak już kiedyś pisałam, warto).

P.S. Wróble ćwierkają, że Carpathia Maroša Krajñaka, o której pisałam poprzednio, już tłumaczy się na polski i niebawem wyjdzie 🙂

Now Playing, Now Reading

Dzisiaj rano po wyjściu na werandę stwierdziliśmy, że jest jednak szansa na śnieg, bo sprawy miały się tak (te  białe plamki na zdjęciu to padający śnieg)

sniegRuszyliśmy więc na obchód grani doliny pootku Havka, nad którym leży Biotop Lechnica, odkryliśmy kilka ciekawych miejsc, ale o tym innym razem. Po przyjściu do domu stwierdziliśmy, że brakuje w naszych wpisach dosyć ważnych spraw: książek i muzyki, jakie nam tutaj towarzyszą. A jest o czym pisać, bo parę dni temu zakupiliśmy w naszej ulubionej księgarni Christiania w Popradzie kilka nowości. I tak zaczął powstawać kolejny wpis:

marek

W każdym razie podczas świątecznych dni raczyliśmy się (wcale niekolejno) następującymi dźwiękami: Psaradonis („By morze miało góry” – tak głosi opis autorstwa Tomka Kozłowskiego, od którego dostaliśmy płytę, absolutny hit nr 1 naszego miejsca), L’udová Hudba Stana Baláža „W Raslavicoch bije banda” (pewnie nigdy byśmy sami na to nie wpadli, ale z muzykami LHSB poznaliśmy się przez Michala Smetankę, wspólnie nagrywaliśmy, słyszeliśmy ich live, a podarowana nam płyta jest chyba drugim najczęściej granym tu soundtrackiem + kapitalne zdjęcie na okładce), Tundra (bardzo pasuje w niektóre wieczory), Sibelius (Finlandia, Karelia Suite, Lemminkäinen Suite w wykonaniu Iceland Symphony Orchestra + Piąta i Siódma Symfonia w wykonaniu Gothenburg Symphony Orchestra – Sibelius brzmi tutaj zadziwiająco dobrze), Dmitrij Szostakowicz (koncerty wiolonczelowe nr 1 i 2 w wykonaniu Mischy Maiskego i London Symfony Orkestra). Pełny eklektyzm, czyli nasz typowy składnik muzyczny.

Lektury: jakiś czas temu przeczytałam (AN) wywiad z Marošem Krajňakiem, który mocno mnie zaintrygował. Kiedy więc tylko nadarzyła się okazja, bez wahania sięgnęlam po jego debiut (o którym swego czasu było dość głośno), powieść Carpathia. To jednocześnie pierwsza część cyklu układającego się w trylogię i kiedy tylko znowu znajdę się w popradzkiej Christiani, bez wahania sięgnę po Entropię i wydaną rok temu Informaciję. Bez żadnej dozy przesady można powiedzieć, że jest to w pewnym sensie rusiński realizm magiczny, wzbogacony subtelnym, wyrafinowanym, ale celnym poczuciem humoru i wyczuleniem na detal, konkret, szczegół, który nadaje prozie Krajnaka niezwykłej, namacalnej wręcz zmysłowości. Nie ma jednak tutaj ani Rusinów, ani języka rusińskiego – są Zony: 0, 1, 2, 3 i X oraz jest „reč Zon”, która pełni funkcję tajemnego znaku, po którym poznaje się „swoich”. Jest też wspomnienie wielu bolesnych wydarzeń z historii dawniejszej i najświeższej, czasem opowiedzianej z niezwykłych punktów widzenia. Jest oczywiście Andy Warhol, ale tutaj migawki związane z nowojorskim Rusnakiem ze Słowacji przybierają formę migawek na tyle prawdopodobnych i żywych, że wierzymy autorowi: to mogło było się wydarzyć. Jak fragment, w którym Andy słyszy dzwonienie sztućców w plecakach grupki robotników miajnych na ulicy; dopiero później dobiega go język („reč Zon”, a jakże), który zna i który rezonuje żywym w pamięci dzieciństwem. Jest też fragment urzekający wszystkim, o czym wyżej pisałam:

Potom Keso zrýchlene pretáčal zaznamenaný výkvet americkej kultúry a zastal až pri zaverečnej párty. Priblížil sa k mestu, kde spolu tancovali Ultra Violet a David Bowie. Odovzdal kameru niekomu, kto bol s ním, a pridal sa. Najprv iba kopíroval ich pohyby a prispôsoboval sa, ako keby získaval súhlas, že môže zostat’. Podarilo sa, a tak niekol’ko minút situácia plynula iba konvenčne. Potom Keso náhle nevedomo rozhodol, že ovplyvní smer hlavných umeleckých tokov sveta. Prešiel do vlastného tanca a začal vizionársky hovorit’ o novom poriadku. David Bowie spomalil, skenoval a snímal Kesa, aby zachytil svoje momentálne asociácie a nové pocity vlastného vnútra. David Bowie rýchlo všetko v pamäti prepísal do obludného chemického vzorca, ktorý si dokonale zapämatal. Potom ho doma vylovil a privolal si predchádzajúcistav na niekol’ko súvislých tyždňov, aby podl’a tohto urobil album s názvom Heathen, pretože Kesove phyby absolútne popierali čokol’vek, čo by mohlo naznačovat’ existenciu najvyššieho.”

Mam nadzieję, że proza Maroša Krajňaka znajdzie swoją drogę do polskich czytelników – jeśli nie, to warto uczyć się słowackiego, żeby móc czytać nową słowacką prozę, bo jest co (ale o tym więcej następnym razem).