W naukowej ekologii istnieje kilka podstawowych praw (podobnie jak w fizyce, chemii czy matematyce), które były odkrywane, badane i formułowane od początków tej nauki. Jednym z takich praw jest prawo minimum Liebiga. Prawo to, Liebig opublikował w 1841 roku wykorzystując wcześniejszą o blisko 20 lat teorię minimum Sprengela.

Generalnie w prawie tym chodzi o to, że czynnik, którego jest najmniej działa ograniczająco na organizm lub na całą populację. Środowisko może być pełne sprzyjających życiu czynników – ciepła, światła, tlenu i pierwiastków potrzebnych do rozwoju tkanek, ale panuje deficyt wody i to on zadecyduje o ograniczeniu rozwoju organizmu/populacji. W wersji subtelniejszej, ograniczającym czynnikiem jest brak jednego z pierwiastków chemicznych, a naprawdę zaburzenia w działaniu kompleksów pierwiatków. Twardogłowi nie zrozumieli subtelności działania tego prawa i szybko wymyślili nawozy sztuczne, aby ten brakujący pierwiastek dostarczyć. Nie przewidzieli, że dostarczenie dużej ilości czystego pierwiastka może blokować pobieranie innych, albo powodować niezrównoważony rozrost tkanek i tak rozpoczęła się intratna historia wymyślania nawozów do stymulowania innych nawozów, oraz środków chemicznych dla niwelowania zaskakujących czasem efektów nawożenia. Ponieważ śmiała myśl ludzka sięga (niestety) w rejony, których nie całkiem rozumiemy, pojawiła się oczywista (rzecz jasna!) potrzeba ograniczenia upraw do wybranych gatunków, na które wymyślono chemiczny „sposób” i tak oto pojawiła się błogosławiona dla przemysłowego rolnictwa monokultura. Żyjemy w dobie ograniczania podstawowych składników żywności ludzkości, co może wielu dziwić, ale jest smutną prawdą. Monokultury zostały obudowane rozmaitymi kosztownymi technologiami z użyciem maszyn, specjalnego (i zupełnie sztucznego, a więc nie mającego nic wspólnego z przyrodą) układu upraw, dostosowanego do tych maszyn i częstotliwości koniecznych (bo tak je stworzono) zabiegów. Ten samonapędzający się taniec zagłady, produkuje już nawet zastępy swoich ludzkich obrońców, którzy przemocą bronią go przed zmianami. Jeźdźcy Apokalipsy suną obecnie w wielkich, klimatyzowanych traktorach, aby bronić intratny dla garstki ich właścicieli interes przed rozsądkiem wielu, a czasem też pracować dla naszych wrogów i prześladowców.

Prawdopodobnie jedynym oryginalnym wkładem Liebiga w publikowane przez siebie prawo Carla Sprengela była tzw. beczka Liebiga. W czasach Liebiga beczka zbudowana z klepek dębowych, wydawała się powszechnie zrozumiałym symbolem utrzymywania cennej zawartości (wody, wina, piwa) w bezpiecznej całości. Beczka jako zobrazowanie sfery życia na Ziemi, była całkiem dobrym pomysłem jak na tamte czasy.
Liebig skrócił jedną z klepek i pokazał w ten sposób, że całość zależy od klepki, która jest najmniejsza. Późniejsi ekolodzy i edukatorzy modyfikowali pomysł Liebiga i klepki malowali na kolory odpowiadające pierwiastkom lub parametrom fizycznym środowiska (temperatura, wilgotność, ciśnienie itd.) i dla udowodnienia prawa minimum estetycznie ucinali jedną z nich. Brakuje azotu, to klepka z napisem azot jest mniejsza i już widać jak na dłoni, że trzeba go dosypać, aby klepka odzyskała pierwotny wymiar, a ludziom się żyło dostatniej. Dziwnie się składa, że produkcja niektórych pierwiastków wykorzystywanych w rolnictwie służy także celom wojskowym i już mamy z tego cały kompleks bardzo odporny na zmiany.

Mimo wszystko, sam pomysł na obrazowanie prawa ekologii z pomocą beczki (pomijając samą beczkę, która zaczyna być podobnie archaiczną figurą graficzną podobnie jak piktogram słuchawki starego telefonu) a swoje dobre strony. Jedna z nich, to kształt zbliżony do kuli ziemskiej i zawartość, która jest ważna i podtrzymująca życie tylko jeżeli jest w równowadze, a więc w całości. Sam dołożyłbym do tej wizualizacji aktualne obrazowanie w postaci dziurawienia klepek na wiele sposobów, które powodują, że nie wiadomo dokładnie, którego czynnika jest obecnie najmniej. Powoduje to zdrowotny dyskomfort i utratę zaufania do tych od dosypywania tego czego brakuje. Ponieważ nie wiadomo już czego brakuje, to o dosypywaniu decydują producenci tzw. nawozów sztucznych i całego kompleksu jaki sami stworzyli, łącznie z masowym handlem i innymi przejawami życia społecznego np. służbą zdrowia i mediami.

Człowiek i pogoda - biblioteka z biotoplechnicy

W oszalałych od pazerności i poczucia totalnej klęski głowach, rodzi się potrzeba jeszcze innych form ingerencji w środowisko, nazywana dumnie – inżynierią środowiskową. Tak jak przypisywany jedynie kapitalizmowi – ekstraktywizm, tak i inżynieria środowiskowa nie narodziła jedynie w USA. Dla tych, którzy nie bardzo pojmują na czym polega inżynieria środowiskowa i dlaczego jest ona nieprzewidywalną w skutkach zabawą bardzo niebezpiecznych ludzi, podam niżej celny przykład w formie cytatu z dziełka pt. Człowiek i Pogoda napisanego przez Mgr. Władysława Parczewskiego i wydanego w 1950 roku przez Spółdzielnię Wydawniczo- Oświatową „Czytelnik”. W dziele tym Mgr. Parczewski (pisownię oryginalną zachowałem) z podziwem opisuje śmiałe pomysły ludzi radzieckich na zwalczanie zjawiska przymrozków:

„Uczeni radzieccy zastanawiając się nad tym, w jaki sposób należałoby zapobiec tego rodzaju katastrofom, doszli do wniosku, że olbrzymie masy niezwykle chłodnego powietrza płynące z północy ku południowi, można by skierować z powrotem na północ, gdyby na lody północy
rzuciło się odpowiednią ilość bomb atomowych. /…/ Bomby atomowe rzucone na lody północy wyrzuciłyby ku górze olbrzymie ilości powietrza, wskutek czego utworzyłby się tam potężny obszar niskiego ciśnienia (coś w rodzaju potężnego leja powietrznego) do którego
zaczęłoby bardzo gwałtownie spływać powietrze z okolic z nim sąsiadujących. Jeśliby zatem rzucić na lody północy odpowiednią ilość bomb atomowych (potrzeba by na to zużyć 34 kg uranu) w chwili, kiedy sadom południa zagraża niezwykle silny napływ mroźnego powietrza
okołobiegunowego, wówczas wytworzyłby się na skutek wybuchu i ogrzania wielkich mas powietrznych, olbrzymi obszar niskiego ciśnienia. Ów olbrzymi niż zacząłby niejako bardzo silnie wsysać powietrze pędzące na południe, które musiałoby zawrócić z drogi i skierować się ku niżowi utworzonemu nad lodami północy. To właśnie mieli na myśli uczeni radzieccy opracowując projekt metody walki z niezwykłymi mrozami wiosennymi. W ten sposób niż barometryczny, sztucznie wytworzony kosztem energii cieplnej, zawartej w bombach
atomowych, ocaliłby sady południa. Tak oto myślą stosować energię atomową uczeni radzieccy.”

 

Po zastanowieniu się nad tym, jaka figura lepiej niż beczka Liebiga pokazuje naszą aktualną sytuację w kontekście tego co wymyślają dalej „ludzie radzieccy” rozsiani teraz po świecie i prowadzący niszczące akcje właściwie wszędzie, dochodzę do wniosku, że jest to obraz filmowy Obcy 8. pasażer „Nostromo” z 1979 roku. Jeżeli uznać, że w sytuacji Ziemi przesyconej umysłami i fizycznością 8 miliardów ludzi, którzy próbują w zdecydowanej większości sensownie żyć na tej Planecie, istotnym czynnikiem środowiskowym jest rozum ludzki, to najwidoczniej stare powiedzenie, że „brak mu piątej klepki” odnosi się do tej właśnie klepki odpowiedzialnej za tolerowania niszczycielskich sił godzących wprost w podstawy życia. Być może „brak piątej klepki” wskazuje też na ukrytą metaforę beczki Liebiga, a my nie doceniliśmy prawdziwego wizjonerstwa tego uczonego? I dlatego, beczka Liebiga tylko dzięki legendzie ma obecnie jeszcze jakiś sens.

Na fotografii moja wersja beczki Liebiga, którą stosuję do celów edukacyjnych.