Wywiad z Billem Mollisonem

Wywiady z Billem Mollisonem, a jest ich wiele, należą do klasyki w zbiorze materiałów pomocnych w dyskusji o permakulturze. Wybraliśmy właśnie ten, mający już ćwierć wieku (i dlatego szczególnie dla nas cenny, bo nie obarczony ciśnieniem mody stwarzanej w mediach społecznościowych), gdyż doskonale przedstawia myślenie o permakulturze, które nie może być nawet na chwilę oderwane od praktyki. Ważna jest także osoba zadająca pytania – Alan AtKisson! To autor interesujących książek, doradca, ekspert w dziedzinie zrównoważonego rozwoju, muzyk… Rozmowa dwóch takich osobowości jest bardzo interesującym i inspirującym materiałem do własnych przemyśleń. Tłumaczenie jest dziełem Agnieszki Zych, która zawodowo zajmuje się tłumaczeniami, a od czasu do czasu pracuje nad nowymi mikro-biotopami w Biotopie Lechnica.

Permakultura, czyli dobrze zaprojektowane życie

Z Billem Mollisonem rozmawia Alan AtKisson (In Context nr 28, wiosna 1991)

Permakultura to nie tylko nowe podejście do ogrodnictwa – to zrównoważony sposób życia na naszej planecie.

Alan: Permakultura to dla mnie pojęcie niejasne. Ale z lektur wnoszę, że nawet ci, którzy ją praktykują, nie wiedzą, co to właściwie jest.

Bill: Ja z całą pewnością nie wiem, czym jest permakultura. I to mi się w niej podoba – brak dogmatów. Ale trzeba powiedzieć, że to jedyny zorganizowany system projektowania, jaki kiedykolwiek istniał. I tu sprawa robi się przedziwna.

Alan: Czemu przedziwna?

Bill: Nie ma więcej książek o projektowaniu warunków życia. Nie sądzisz, że to przedziwne? Bo jak możemy liczyć na przeżycie, jeśli nie planujemy swoich działań tak, żeby były znośne?

Następna przedziwna rzecz – kiedy ludzie budują dom, robią to niemal dokładnie na opak. Nie trochę źle, ale kompletnie źle. Na przykład jeśli pozwolić im wybrać dowolne miejsce w okolicy na postawienie domu, połowa ulokuje się na grzbietach wzniesień, gdzie zginą podczas następnego pożaru albo gdzie nie da się doprowadzić wody. Albo wybiorą miejsca przy zaporach wodnych. Albo takie, które zniszczy następna wichura.

Z drugiej strony, co najmniej połowa każdego miasta też jest źle postawiona. Mniej więcej między 30 a 60 stopniem szerokości geograficznej długa oś domu powinna być zwrócona do słońca. Jeśli ziemia podzielona jest na kwadratowe działki, to połowa domów – jeśli są zwrócone do drogi – jest źle zorientowana. Nawet domy daleko na prowincji i oddalone od drogi są zwrócone w kierunku tej przeklętej drogi. A dalej robi się tylko coraz gorzej.

Jedna ze podstawowych zasad projektowania mówi: zadbaj o właściwy początek. Wtedy wszystko samo z siebie potoczy się we dobrym kierunku. Ale jeśli już na początku coś zrobisz źle – nazywam to Błędem Numer 1 – to nic dalej nie pójdzie właściwie.

Alan: Mówiąc „my” masz na myśli ogół ludzkości czy mieszkańców Zachodu?

Bill: Ogół ludzi. Jest kilka społeczeństw, które wykazują oznaki bardzo racjonalnego podejścia do fizyki budowania i fizyki życia. Niektóre ze starych społeczeństw Bliskiego Wschodu miały obejmujące całe miasta systemy wykorzystujące prądy zstępujące oraz pasywne systemy szybkiego parowania do wytwarzania lodu. To byli racjonalni ludzie wykorzystujący pożyteczne zasady fizyki do wygodnego zorganizowania sobie życia bez dodatkowych źródeł energii.

Ale większość współczesnych domów nie nadawałaby się do mieszkania bez elektryczności – bez niej nie da się nawet spłukać toalety. To jest sytuacja ogromnego uzależnienia. A dom powinien sam o siebie dbać – gdy na dworze jest ocieplenie, dom się schładza, a gdy przychodzi ochłodzenie, dom się nagrzewa. Wiesz, to naprawdę proste. Od dawna wiemy, jak to robić.

Alan: I przedziwne, że tego nie robimy.

Bill: Jeszcze dziwniejsze, że nie projektujemy ogrodów tak, by pomagały domom. A już kompletnie dziwaczne jest, że nie projektujemy rolnictwa tak, żeby było zrównoważone. Projektujemy je w katastrofalny sposób, więc otrzymujemy oczywiście katastrofę.

Alan: Jest takie stare chińskie powiedzenie: „Jeśli nie zmienimy kierunku, to dotrzemy tam, dokąd zmierzamy”.

Bill: Dokładnie tak. Chyba nasza rasa ma jakiś pęd do wymarcia. W ogóle nie rozumiemy, gdzie żyjemy, i nie chcemy zrozumieć. Wolimy do samego końca wciskać pedał gazu, tak jak Bush. Mógł oszczędzić więcej ropy niż to, czego chciał od Iraku, ale wolał pojechać i „dać im nauczkę”, czyli zabić ludzi, a w trakcie tego zużyć jeszcze więcej ropy.

Amerykanie to przedziwne społeczeństwo. Wygląda na to, że wolą żyć na pustyni. Ale jak to powiedział któryś z waszych Indian: „Jeśli narobisz do własnego łóżka, na pewno się tym wymażesz”.

Alan: Wróćmy do permakultury. Jaka jest twoja aktualna definicja?

Bill: Można powiedzieć, że jest to podejście racjonalnego człowieka, które zaleca nie robić do własnego łóżka.

Ale jeśli jest się optymistą, można powiedzieć, że to próba stworzenia rajskiego ogrodu. A naukowiec może to porównać do cudownej szafy, w której można powiesić na wieszakach każdą naukę i sztukę – i odkryć, że zawsze będzie pasować i tworzyć harmonię z resztą rzeczy w szafie. To układ, który nigdy nie ustaje w ruchu, a mimo to przyjmuje dane z każdej strony.

Trudno to objąć umysłem – przynajmniej ja tego nie potrafię. Możliwe, że o permakulturze wiem więcej, niż większość ludzi, a jednak nie potrafię jej zdefiniować. Jest wielowymiarowa. Z pewnością od początku maczała w niej palce teoria chaosu.

Jeśli mamy do czynienia ze zbiorem systemów biologicznych, to można różne rzeczy zgromadzić, ale nie da się ich połączyć. Nie mamy mocy tworzenia, tylko moc gromadzenia. Więc po prostu stoimy i z niejakim podziwem patrzymy, jak różne rzeczy łączą się ze sobą. Zaczynamy od zrobienia czegoś prawidłowo i potem obserwujemy, jak sprawy toczą się jeszcze lepiej, niż byśmy przypuszczali.

Alan: To przypomina mi o Johnie Toddzie i jego pracy nad utworzeniem sztucznego ekosystemu [In Context nr 25].

Bill: Dziś używa się wielu różnych nazw. Ale kiedy wydałem moją pierwszą książkę, Permaculture One, nie istniało na to żadne określenie, chociaż o to właśnie chodzi – o utworzenie sztucznego ekosystemu. Przyznam rację każdemu, kto stwierdzi, że nie byłem odpowiednią osobą do napisania tej książki. Jestem pewien, że różni Johnowie Toddowie i Hunterzy Lovinsesowie tego świata zrobiliby to o wiele lepiej ode mnie. Ale wcześniej czy później ktoś musiał ją napisać i tak się pechowo złożyło, że padło na mnie.

Alan: Skąd pomysł permakultury? Jak do niego doszedłeś?

Bill: Przeniosłem się do miasta z buszu, po 28 latach pracy w terenie poświęconej systemom naturalnym, i zostałem naukowcem akademickim. Skupiłem więc uwagę na ludziach, tak jak wcześniej na oposach w lesie. Tym razem badanym zwierzęciem byli ludzie – organizowałem nocne obserwacje, tworzyłem fonogramy z zapisem ich dźwięków. Badałem ich zawołania, głosy kontaktowe, sygnały alarmowe. Nigdy nie słuchałem tego, co mówią. lecz obserwowałem, co robią – dokładne odwrotnie niż wszyscy Freudowie, Jungowie i Adlerzy.

Dość szybko poznałem moje zwierzęta i odkryłem, że nie ma znaczenia, co mówią. To, co robią, było bardzo interesujące, ale w żaden sposób nie wiązało się ani z tym, co mówiły, ani z tym, co by odpowiedziały, gdyby spytać, co robią. Zero związku. Każdy, kto kiedykolwiek badał rasę ludzką słuchając jej, wylądował na manowcach. Po pierwsze należało odpowiedzieć na pytanie: „Czy potrafią prawidłowo zrelacjonować ci swoje zachowanie?”. A odpowiedź brzmi: „Nie potrafią, fajtłapy”.

Później, w 1972 roku, wycofałem się na jakiś czas. Wyciąłem busz, postawiłem stodołę i dom, założyłem ogród. Dałem sobie spokój z ludzkością. Byłem zdegustowany głupotą w środowisku naukowym, w instytucjach badawczych, tym wszystkim.

Kiedy zaświtał mi pomysł permakultury, to było tak, jakby coś mi w głowie przeskoczyło, nagle nie byłem w stanie nadążyć z robieniem notatek. Kiedy człowiek powie sobie: „Przecież ja nie robię pożytku z fizyki we własnym domu” albo „Nie używam ekologii we własnym ogrodzie, nigdy nie stosowałem jej w tym, co robię”, to odnosi wrażenie, jakby coś fizycznie przełączyło mu się w mózgu. Nagle przychodzi myśl: „Gdybym stosował to, co wiem o sposobach na życie, byłoby cudownie”. A potem wszystko rozwija się jak wielki dywan – wystarczy odwiązać jeden supeł, a wydarzenia zaczynają się toczyć jak szalone.

Alan: Dziś permakultura to nie tylko sposób projektowania, ale cały ruch. Co ty właściwie zapoczątkowałeś?

Bill: Cóż, każda choć w miarę niezła rzecz sama się napędza. Zapoczątkowałem coś, czego już nie pojmuję – to się szybko wymknęło spod kontroli. Ludzie robią rzeczy, które mnie zadziwiają – takie, których sam nigdy bym nie robił i które nie do końca rozumiem.

Na przykład jedna z osób, które szkoliłem w 1983 roku, Janet McKinsey, przeniosła się z przyjaciółką do buszu – dwie kobiety z dziećmi. Postanowiły znacznie ograniczyć swoje potrzeby i zbadały naukowo, jak to przeprowadzić w domu. Założyły coś, co nazywa się Home Options for Preservation of the Environment (domowe sposoby ochrony środowiska), czyli HOPE (nadzieja).

Zwróciły na przykład uwagę na to, że we wszystkich środkach czystości są te same cztery składniki – nieważne, czy to szampon, proszek do prania, czy coś innego. Wystarczy je kupić w hurcie, odpowiednio zmieszać, i będą działać. Nie ma znaczenia, czy produkt nazywa się ekologicznym ani czy ma na etykiecie delfiny – w środku są zawsze te same cztery składniki. Cała reszta to niepotrzebne dodatki, żeby ładnie pachniało albo miało niebieski kolor, gdy spływa z wodą w toalecie.

Alan: Czy ich działalność też nazwałbyś permakulturą?

Bill: Nie wiem, jak to nazwać. Ale doszły do tego po kursie permakultury. Kiedy po raz pierwszy przyjechały do miasta – to była Benala w Australii – i zrobiły wykład, wszystkie kobiety z miasta stwierdziły: „Wspaniała sprawa, też tak będziemy robić!”. Kobiety zaczęły zamawiać hurtowe ilości, więc sklepy w mieście musiały się zmienić, bo już nie dało się sprzedawać tego chłamu, co wcześniej. Potem musiała się zmienić Rada Miasta, żeby wprowadzić recykling.

Czyli kobiety – a to one w społeczeństwie robią zakupy – przeanalizowały każdy kupowany produkt pod kątem zużycia energii i jego konieczności, po czym zwyczajnie wyeliminowały te, które wymagały dużych nakładów energii i były niepotrzebne. Dzięki temu, że kobiety nauczą się, co dokładnie i jak kupować, wszystko może wrócić do normalności. To się szerzy w niesamowitym tempie – jak każdy dobry pomysł.

Więc moi uczniowie wciąż mnie zaskakują. Inna historia – poprowadziłem jeden kurs permakultury w Botswanie, a teraz moi uczniowie siedzą na tej pustyni w Namibii i uczą Buszmenów – których języka nikt nie zna – jak być mistrzami permakultury.

Alan: Czego można uczyć Buszmenów? Czy jest coś, czego oni jeszcze nie wiedzą?

Bill: Ogrodnictwa. Buszmeni już nie mogą podążać za zwierzyną, bo ta poginęła na płotach, które poustawiała Komisja Europejska, żeby hodować bydło. Podobnie jak w przypadku australijskich Aborygenów, wyginęło 63% zwierząt, dzięki którym utrzymywali się przy życiu, a pozostałe stały się rzadkością. Nie da się już żyć jak Buszmen czy Aborygen, więc muszą przemyśleć dokładnie, jak teraz będą żyć. Permakultura przychodzi tu z pomocą.

Alan: Czyli wydaje się, że permakultura to przede wszystkim zmiana w postrzeganiu świata, zmiana punktu wyjścia.

Bill: Myślę, że tak. Dla mnie, wymęczonego zachodnim systemem edukacji, to było przejście od pasywnego uczenia się na zasadzie „książki mówią, że jest tak i tak” do czegoś aktywnego. Do stwierdzenia (dla naukowców akademickich to przerażająca wizja), że zamiast uczyć fizyki, fizycy powinni pójść do domu i zobaczyć, jak fizyka przejawia się w ich domu.

Na uniwersytecie mogą uczyć skomplikowanych teorii fizycznych. Ale potem wracają do środowiska domowego, w którym zużycie energii jest po prostu chore. Oni tego nie widzą – i ta ślepota jest przerażająca.


Czemu nie budujemy takich domów, które same się żywią, dostarczają sobie energii i zbierają własną wodę, skoro to takie łatwe do zrobienia, wręcz trywialne?

Alan: Może jesteśmy tak bogaci, że uważamy, że nie musimy.

Bill: Cóż, nie nazwałbym tego bogactwem. Wiesz, jak definiują bogactwo Eskimosi, czyli Inuici? Bogactwo to głębokie zrozumienie świata przyrody. Myślę, że Amerykanie są tak biedni, że aż ich szkoda, bo w ogóle nie rozumieją świata natury.

Alan: Jeśli ktoś chce zajmować się permakulturą, a w okolicy nie ma żadnego nauczyciela, to od czego powinien zacząć?

Bill: Od miejsca, w którym się właśnie znajduje.

Alan: Gdzieś czytałem, że powiedziałeś: „Zaczynasz od własnego nosa, potem od dłoni…”

Bill: „… od własnych drzwi kuchennych, od własnego progu” – dobrze pamiętasz. Wtedy wszystko działa. Jeśli to wszystko szwankuje, nic nigdy nie będzie szło dobrze. Powiedzmy, że pracujesz dla wielkiej organizacji pomocowej z drugiego końca świata. Nie możesz wyjechać z domu mercedesem, przejechać 80 kilometrów i wejść do pracy w ogromnej betonowej budowli, w której silniki Diesla huczą w piwnicach, żeby w budynku było na tyle chłodno, żeby dało się pracować – i planować lepianek w Afryce. Lepianki nie wyjdą ci dobrze, jeśli nie masz uporządkowanych własnych spraw. Musisz ustawić właściwie swoje życie, żeby ci sprzyjało, a potem dopiero możesz iść i pouczać innych.

Alan: Zajmowanie się permakulturą wydaje się być przeciwieństwem abstrakcji.

Bill: Ja bym to ujął inaczej. Mogę szybko nauczyć ludzi ogrodnictwa, i jak już będą wiedzieć, jak uprawiać ogród, to narodzą się z nich filozofowie. Ale nigdy nie potrafiłbym nauczyć ludzi, jak być filozofami – a gdyby mi się udało, to nigdy nie zrobiłbym z nich ogrodników.

Jeśli weźmiesz ekologów głębokich, którzy uprawiają filozofię, jeżdżą samochodem, kupują gazety i nie hodują warzyw na własne potrzeby, to nie są to wcale głębocy ekolodzy, lecz moi przeciwnicy.

Ale jeśli weźmiesz kogoś, kto dba o siebie i o ludzi dookoła – na przykład Scott Nearing albo Masanobu Fukuoka – to owszem, to jest głęboki ekolog. Mówi o filozofii, którą rozumiem. Tacy ludzie nie zatruwają niczego, nie niszczą, nie marnują gleby i nie budują rzeczy, których nie potrafią utrzymać.

Alan: Wszystko co robisz wskazuje, że wcale nie tak trudno odwrócić się na pięcie i pójść w przeciwnym kierunku.

Bill: Myślę, że mam bardzo bogate życie. Pewnie prowadzę zepsuty tryb życia, bo podróżuję sobie od jednych ludzi zainteresowanych permakulturą do drugich ludzi zainteresowanych permakulturą. Niektórzy żyją w plemionach, inni w miastach, i tak dalej. Sądzę, że ludzkość to całkiem interesujące stworzenia, bardzo zajęte robieniem i obmyślaniem ciekawych rzeczy.

Alan: W permakulturze ingerujemy w naturę – ale twoim zdaniem jak daleko powinniśmy się posuwać? Czy brać się za inżynierię genetyczną, tworzenie hybryd i tak dalej?

Bill: Trzeba dać sobie spokój z jakimkolwiek rolnictwem, a zwłaszcza postawić krzyżyk na współczesnych naukach rolniczych – są naprawdę gorsze od uprawiania czarów. Nic tak nie zrujnowało Ziemi, jak rolnictwo wykładane na uczelniach w latach 1930-1980. Nie ma co pytać „Czy powinniśmy ingerować w naturę?”, bo zaingerowaliśmy już w naturę na całej kuli ziemskiej.

Jeśli pozwolimy światu toczyć się w obecnym kierunku, to znaczy, że opowiadamy się za śmiercią. Ja nie jestem za śmiercią. Tempo wymierania gatunków jest już tak szybkie, że doszliśmy do momentu, w którym musimy wprowadzać ekologię rekombinacyjną. Nigdzie nie ma już wystarczająco wielu gatunków, by podtrzymać istniejący system. Musimy pozwolić naturze pozbierać to, co zostało i patrzeć, co wymyśli, żeby uratować nam skórę.

Jednocześnie wszystko, co choćby trochę przypomina dziką przyrodę, powinno być zostawione w absolutnym spokoju. Nie mamy tam już nic do roboty. Nic nam nie da wejście i ścięcie ostatniej pierwotnej puszczy. Nie powinniśmy w ogóle dotrzeć do punktu, w którym możemy zobaczyć ostatnie pierwotne puszcze! Zabierajcie się stamtąd natychmiast, bo macie lekcje do odrobienia. A to ostatnie miejsce, którego się do tego nadaje.

Alan: Jak odbierana jest permakultura? Co na przykład krytycy mówią o twoich książkach?

Bill: Pierwsza recenzję jednej z moich książek o permakulturze zobaczyłem trzy lata po tym, jak zacząłem o niej pisać. Recenzja zaczynała się od słów „Permaculture Two to książka wywrotowa”. Powiedziałem wtedy sobie: „Wreszcie ktoś rozumie, o co chodzi z permakulturą”. Musimy przemyśleć, w jaki sposób zamierzamy żyć na ziemi – przestać mówić, że musimy mieć rolnictwo, musimy mieć eksport, bo to wszystko prowadzi nas do zguby. Permakultura rzuca wyzwanie naszemu sposobowi myślenia i działania – i w tym sensie jest wywrotowa.

Jak przyjeżdżam do Ameryki, ludzie zadają mi pytania. Pytają: „Czym się zajmujesz?”, a ja odpowiadam: „Jestem zwykłym ogrodnikiem”. To jest głęboko wywrotowe. Dziś jeśli ktoś jest prostym człowiekiem i chce żyć w prosty sposób, to jest strasznie wywrotowy. A doradzanie innym, żeby prowadzili proste życie – to dopiero wywrotowe!

Bo widzisz, w permakulturze najgorsze jest to, że świetnie działa, ale nie ma żadnego centrum ani hierarchii.

Alan: To jest najgorsze z czyjej perspektywy?

Bill: Każdego, kto chciałby to stłumić. To jak stwór z milionem głów. To sposób myślenia, który już się wyrwał się na wolność, a sposobu myślenia nie da się z powrotem upchnąć do pudełka.

Alan: Czy to ruch anarchistyczny?

Bill: Nie, anarchia sugerowałaby, że nie ma współpracy. A permakultura wymaga ścisłej współpracy z innymi i z każdą rzeczą, ożywioną lub nie. Nie da się współpracować, jeśli ktoś wszystkich popycha, rządzi się lub zmusza innych do czegoś. System hierarchiczny nie zrodzi współpracy. Polecenia są w nim narzucane przez górę. Nie znam niczego, co w ten sposób dobrze by funkcjonowało. Myślę, ze świat bardzo dobrze by działał z milionami małych, powiązanych ze sobą grup spółdzielczych.

Alan: Biorąc pod uwagę twoje badania zachowań ludzkich i działania na rzecz promocji permakultury – czy sądzisz, że przetrwamy jako gatunek?

Bill: Myślę, że pytania w rodzaju „Czy ludzkość przetrwa?” nie mają sensu. To zależy tylko od ludzi – jeśli zechcą, to przetrwają, a jeśli nie zechcą, to nie przetrwają.

Moja rada jest taka: używajcie wszystkich posiadanych umiejętności w relacjach z innymi – w ten sposób możemy coś zdziałać. Ale jeśli swoje umiejętności oddacie innym systemom, w które tak naprawdę nie wierzycie, to co to za życie, w którym człowiek nie wyraża siebie?

Jeśli ktoś potrzebuje wskazówek, to odpowiem: patrz po prostu na to, co ludzie naprawdę robią. Nie słuchaj ich zbyt wiele. I wybieraj przyjaciół spośród ludzi, którzy robią coś, co ci odpowiada – nawet jeśli niekoniecznie podoba ci się to, co mówią.

To my to robimy. Nie trzeba nikogo innego – jesteśmy w stanie zrobić wszystko, co możliwe, żeby uzdrowić Ziemię. Nie musimy zakładać, że potrzebujemy ropy, rządów czy czegoś jeszcze. Potrafimy to zrobić.

Reklamy

Slnovrat, Štedrý deň, Vianoce

… czyli Przesilenie, Wigilia, Boże Narodzenie. Słowackie nazwy tych trzech (w zasadzie dwóch) świąt zawsze nas urzekała. Wszystkie celebrujemy w tym roku w naszym Biotop Lechnica (w zasadzie należy tutaj dodać dzień św. Lucji, słabo w Polsce kojarzony – a jeśli  już, to ze względu na nieszczęsną datę 13. grudnia – żeby mieć komplet świąt, kiedy celebrujemy światło pod różnymi postaciami, w różnych fazach i różnych sposobach oddziaływania). Zauważyliśmy, że Korona (coraz mocniej przychylamy się jednak do starej nazwy naszej okolicznej świętej góry) staje się w tym czasie Złotą Koroną, co możecie zobaczyć i Wy:

zdjeciePrzy wielu domach w Lechnicy widać świąteczne ozdoby – lampki, naklejki na szyby, choinki, wspinające się św. Mikołaje. Nie ma śniegu (i raczej nie będzie…), gąsienice spacerują po asfalcie, termometr pokazał wczoraj +12 stopni – w dobie zmiany klimatycznej widocznej gołym okiem – jedyne, co zostało, to słońce nieodmiennie o tej porze roku nisko nad horyzontem. W tym oświetleniu Korona to Smocze Góry.

I my dołączyliśmy z naszą okienną dekoracją. Tego Wam życzymy: celebracji wszystkiego, co bliskie Waszym sercom w tej porze nisko wiszącego nad horyzontem słońca. Czekamy na Was.

biotop_lechnica

Pierwszy śnieg, pierwsze nasiona…

tykwalechnica1drevenicasnieg2

Pierwszy śnieg nieco nas zaskoczył… 🙂 tym bardziej, że towarzyszył mu mróz oscylujący wokół minus 9 stopni C w nocy! Z duszą na ramieniu jechałem do Biotopu aby sprawdzić czy z kranów poleci woda czy zaczniemy na wiosnę od odkopywania rur takim wysiłkiem zakopanych późną jesienią… Woda jednak popłynęła wartkim strumieniem i zaczęło się palenie ratownicze i sprawdzanie tzw. radiatorów elektrycznych, którymi w trudnym czasie dogrzewać mamy lazienki. Z odsieczą przybył nam Mieszko S. i poza zmianami przy piecach (i siekierze…) całkiem zgrabnie otwarł tykwę aby wyjąć nasiona i zachować je po wysuszeniu do wiosennej akcji ogrodniczej…

Nasz filmik z drona został zauważony nie tylko przez Pieniński Park Narodowy na Słowacji, ale i przez p. Starostę Lechnicy… który zamówił wersję specjalną na potrzeby strony internetowej Urzędu.

O światach równoległych

Prace w Lechnicy powoli wkraczają w fazę bliższą ciału, a zarazem wymagającą większego zaangażowania. Krótko mówiąc, trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy fizycznej. Kiedy przemierzamy Lechnicę z góry na dół i z powrotem, zawsze podziwiamy tutejszą zapobiegliwość i pracowitość: niemal przy każdym domostwie ludzie się krzątają i widać, że leitmotivem tej krzątaniny jest zbliżająca się zima. Siódma rano (latem) to już środek dnia – dziesiąta wieczorem to głęboka noc. Sami bez większych kłopotów dopasowujemy się do tego rytmu, bo po zwykłej tutaj krzątaninie (nie mowiąc o remoncie), oczy same zamykają się około 21.00, zwłaszcza, kiedy za oknem już ciemno, a w rozpalonym do czerwoności (to nie figura retoryczna!) piecu przyjemnie strzela. Myślę czasem, że wiele jeszcze pozostaje nam do nauki: Pan Lukaš, który robi u nas hydraulikę (zaczęli we dwójkę z ojcem, ojciec wyjechał do pracy w Holandii, kończy syn), chodzi w ciągu dnia do szkoły, popołudniami robi dodatkowe kursy na elektryka, a w weekend – u nas łazienki. Nie ma jeszcze nawet 20tki. Nie wygląda na sfrustrowanego. Zachęcamy go, żeby podjął się pracy, której jeszcze nigdy nie wykonywał sam – ufamy w zdolności i spryt chłopaka, który wiele potrafi się nauczyć, a przede wszystkim – chce się nauczyć. I tak jest na Zamagurzu – każda rozmowa tutaj z pozornym nieznajomym jest zazwyczaj wstępem do fascynujących opowieści. Czasem myślę, jak Lukaš daje radę tak zasuwać? Zwłaszcza, kiedy 4 kursy jednego dnia (jeden po angielsku) wydają mi się sprawą trudną do udźwignięcia.

Dzisiaj zachwyciła mnie następująca korespondencja:

dovol’ujeme si Vás upozornit’, že pri množstve Vašich povinnosti pravedopodbne uniklo Vašej pozornosti, že ste k dnešnemu dňu neuhradili našej spoločnosti nižšie uvedené pohl’adávky po lehote splatnosti:

W istocie, nasza zapłata za prąd wróciła – przypuszczalnie numer konta okazał się błędny, w międzyczasie slowackie instytucje przechodzą na numery IBAN (jaka ulga dla nas, nareszcie można bez problemu wykonywać bankowość internetową za słowackie należnosci!). Przy okazji, porozmawiałam miło z panią na poczcie w Červenym Klaštore (bo tam mamy pocztę!) – będą foty, bo mozaika z wnętrza z ceramicznymi kwiatami na to zasługuje. Myślę jednak, o tym, jak RWEGroup – Východoslovenská energetika czyta w naszych myślach i jak miło nas tutaj zgaaduje na niemiłą okoliczność zalegania z opłatami (choć nie z naszej winy). Jak tu nie kochać tego języka, tego kraju i tych ludzi?

W każdy razie dzisiaj w Lechnicy było tak:

IMG_4576

A w Krakowie było tak:

IMG_4601

Tak, ta czarna czapa to słynny krakowski smog. Okazało się, że dzisiaj wygląda naprawdę źle, czyli tak:

IMG_4602

Puenty nie będzie, ale będzie zapowiedź. Ze już niebawem będziemy mieć dużą grupę Gości, Przyjaciół, Znajomych i to będzie prawdziwy Start. Troche się boimy, że wyjdzie falstart, ale z drugeij strony – czy możemy nie ufać Zamagurzu?

Porosty/grzyby i „mechoptyk”

lechnicamechoptyk porostlechnica1

W tym tygodniu sprawy remontowe nabrały nowego tempa! Po małym zawieszeniu w sprawach werandy i sytuacji patowej dotyczącej sanitariatów… jest przełom! W przyszłym tygodniu pokażemy werandę już w sporej części zabudowaną, a i pierwszy prysznic nie jest całkiem nierealny!

Na fotografii po lewej pokazuję kawałek naszej starej spisskiej drevenicy z ubytkami wapiennego wypełnienia uszczelnień mchowych. Wapno było mieszane z pigmentem „ultramaryna” i ręcznie rozprowadzane. Widać ślady dłoni i palców i tak zamierzam to uzupełnić. Pozostaje jeszcze cała technologia mszenia czyli uszczelniania mchem lub powrósłami słomianymi. U nas jest to znana, ale nie stosowana już technika mszenia, a materiał do tego rodzaju prac nazywano żartobliwie „mchemoptykiem”. Kiedyś widzieliśmy pod Babią Górą ogłoszenie o tego rodzaju pracach… Może ktoś jest chętny do czyszczenia ścian drevenicy, malowania go drewnochronem (oczywiście bezbarwnym) i zabawianiem się gipsem z ultramaryną? Robota na ładnych kilka dni, pewnie przyjemniej wiosną, ale boję się słoty i mrozu jakie nadciągają…i raczej celuję w listopad!

Postępuje też inwentaryzacja przyrodnicza i po konsultacji z prof. Andrzejem Chlebickim mogę pokazać piękne stanowisko chrobotka strzępiastego (Cladonia fimbriata) z bardzo ładnie wykształconymi podencjum. Podencja to te rurkowate wypustki tego grzyba zaliczanego dawniej ( i dzisiaj przez niektórych) do porostów. W Lechnicy chrobotek ten rośnie na płytach kamiennych złożonych w cieniu. Przy budowie murków będzie należycie zadbany i pozostanie w swym ulubionym miejscu!

porostlechnicaBporostlechnicaC

Mieszkańcy Biotop Lechnica

Dodajmy, wielu mieszkańców. Przed każdym deszczowym dniem wychodzą piękne ropuchy – do tej pory naliczyliśmy ich pięć. Trudno je sfotografować bez lampy błyskowej (a i z lampą też niezbyt dobrze wychodzą) – zadanie dla przyszłych fotografów miejsca. Jest piękna żmija, której nie sfotografowaliśmy, bo… hm… tak jakoś wyszło. Ma w każdym razie norę na łące nad domem. Są nietoperze, których sfotografować się nie da, ale bardzo lubią latać nam nad głowami, kiedy się ściemni. Jest pięć kun, które dbają o naszą wieczorną i nocną rozrywkę (zanim oddamy się fascynującym audycjom – najbardziej lubimy Radiožurnal o 22.00 (spiker zapewnia, że to: „všetko, čo je dobre vediet'” a spokojny rytm relacji uspokaja nawet w czasach największej medialnej gorączki) oraz Literárna revue. Póki co, innych mediów nie mamy i dobrze nam wieczorami z Radio Slovensko. Kun, niestety, też nie udało się sfotografować, ich przebiegi czasowe najwyraźniej nie współgrająz migawką naszego Nikona (i również biegają wieczorem). Jeszcze w maju dostrzegliśmy zmierzającą w stronę naszego kawałka skarpy nad potokiem Havka salamandrę – pomogliśmy jej wybrać właściwą stronę płotu 🙂 i mamy nadzieję, że zobaczymy się za te kilka miesięcy ponownie.

Uwieczniliśmy za to:

pięknego pomrowa błękitnego

pomrowlech

oraz stado ponad stu krów wędrujących wzdłuż naszego ogrodzenia, które pewnego poranka obudziły nas niepowtarzalnym pejzażem dźwiękowym złożonym z wielu nakładających się na siebie dzwonków. Dosyć szybko rozpłynęły się w przedjesiennej mgle:

krowy

Biotop Lechnica

lechnicalipiecjodo lechnicalogolechnicasierp2

Biotop to środowiskowa część ekosystemu ( z greki: „miejsce do życia”), ale w nowszych ujęciach zauważa się, że to „życie” także ma wpływ na tzw. nieożywione – abiotyczne – składowe biotopu. To co żyje w biotopie nazywane jest biocenozą, a biotop i biocenoza razem to ekosystem… Koncepcję biotopu wypracował niemiecki zoolog Ernst Haeckel, a jego kolega po fachu, także uczony niemiecki, Frierdich Dahl w 1908 wprowadził określenie biotop do nauki. W niemieckiej (a więc źródłowej) wersji biotop to biotop i zrezygnowaliśmy z angielskiej wersji pisowni – biotope, nie tylko dla identyczności z pisownią polską i wygody, ale także ze względu na tradycje Spisza.

Lechnica leży na wys. około 480 m n.p.m., ale nasze podwórko z pewnością jest wyniesione ponad 500 m.n.p.m. Góry: Kama, Szpica i Szajba mają odpowiednio po: 622, 630 i 730 m n.p.m. a wejść na ich szczyty można z naszej osady w przeciągu 20 min (Szpica), 35 minut (Kama) i około godziny w przypadku Szajby.

Wiele można by pisać o historii Lechnicy, ale z naszego punktu widzenia ważne jest, że Wieś jest jedną z najstarszych na Zamagurzu, bo już w 1297 roku można było o niej przeczytać. W tamtym czasie nazywano ją Spitzenberg od nazwy Szpica (niem. Spitz). To na ziemi wsi Lechnica zbudowano klasztor, którego nazwa brzmi Klasztor Lechnicki, ale popularniejszy okazał się przydomek „czerwony”… 🙂

Opisując Lechnicę wspomina się typowe drewniane chaty budowane w spiskim stylu, który charaktersyzuje się błękitnym kolorem w jaki pomalowane są uszczelnienia pomiędzy belkami ścian. Od tego nazywa się je czasem „modriny” a drewniane chałuby to po słowacku: drevenice. Jedna z takich starych chałup spiskich jest w naszym posiadaniu i zamierzamy z niej uczynić zadbane muzeum i miejsce spotkań i warsztatów. Jako pierwszy podczas prowadzonego remontu powstał dach na naszej spisskiej drevenicy.

Interesujący jest patron Lechnicy czyli św. Jodok (Jodo), postać historyczna. Ten mnich z Francji jest patronem wędrowców. Przedstawia się Go w kapeluszu, z brodą i trzymającego w dłoniach książkę i pastoral (kij pasterski)… Kiedyś napiszę o Jodo więcej, ale proszę, nie czytajcie Jego imienia jak dżedaj...

Lechnica jest wioską pasterską i każdego dnia stoki Szpicy, Kamy i Szajby obchodzi stado bydła, owce i kilka kóz, a za nimi kilka psów pasterskich… całością dowodzą pasterze, których nie mogę się doliczyć, ale jest ich pewnie kilku?

Określenie biotop dla naszej malutkiej osady pojawiło się samorodnie przy obserwacji tego co żyje na naszym podwórku, w sadzie, na łące i wielu zakamarkach (skaly, svahy, rokliny…) ale także po stwierdzeniu, że mamy wielkie zasoby własnej wody, a tkanka wiążąca rośliny, glebę, skały i wodę jest niezwykle delikatna i wrażliwa. Oczywiście, znacznie ładniej brzmi – ośrodek praktyk etnobotanicznych i dźwiękowych… :-), ale bzdurność tego rodzaju nazw objawia się już po kwadransie siedzenia w ciszy i obserwowania Szpicy…