Ściana (dla) ptaków

budkizestawienie

Historia projektowania i budowania tzw. budek dla ptaków jest dłuższa i barwniejsza niż się to zazwyczaj przyjmuje. Dominują w niej trzy nurty: ornitologiczny, artystyczny i społecznościowy, a poprzedzał je stary nurt mocno utylitarny – garnki i kosze ustawiane na murach i płotach dla zwabienia ptaków, które znajdowały zastosowanie w ubogiej wiosną kuchni…

Nurt ornitologiczny bazował niegdyś na konstruowaniu budek na wzór naturalnych dziupli (nawet nazwa – dziuple dla ptaków, lub sztuczne dziuple dla ptaków sugerowała źródło wzorów tych konstrukcji oraz to, że będą służyły tzw. dziuplakom) zasiedlanych przez określone gatunki ptaków. Polecane były budki wykonane z kawałków pni drzewnych z wywierconym wnętrzem i otworem wlotowym, a także wyposażonymi w daszek… Tego rodzaju konstrukcje były na większą skalę trudne w budowie, trudne w kontrolowaniu zasiedlenia i czyszczenia ze starych gniazd i dość podatne na pękanie. Wraz z wprowadzeniem ochrony ptaków przez państwowe jednostki zarządzające lasami, rozpoczęło się poszukiwanie tanich, łatwych do zrobienia i solidnych budek dla rozmaitych gatunków ptaków owadożernych – głównie sikor, ale i drobnych ptaków śpiewających i gatunków chronionych. Zarządzający lasami próbowali w ten sposób spłacać dług zaciągnięty u przyrody pozbawianej w sporym tempie starych, dziuplastych drzew i tzw. ostępów leśnych na rzecz jednowiekowych, równo sadzonych upraw leśnych jednego gatunku. W „budkologii” leśnej celowali Niemcy, ale polski profesor Jan Bogumił Sokołowski (1899-1982) zaproponował bezkonkurencyjne w tamtych czasach tzw. skrzynki dla ptaków. Wykonuje się je z desek, są tego samego kształtu, ale różnej wielkości i z otworami, których średnice pozwalają na precyzyjne przeznaczanie skrzynek dla określonych gatunków ptaków. W kolekcji podobnych skrzynek „Sokołowskiego” jest też skrzynka tzw. półotwarta o nieco innej budowie.

budkakilkablisko

budkikilkablisko2

Potem było już tylko ciekawiej… ornitolodzy, wyjątkowo krytyczny odłam przyrodników wszystkowiedzących, odkryli po latach wymyślania propozycji dla każdego gatunku odmiennych i bardziej wymyślnych, że najlepiej, gdy ptaki mają swoje gniazda w dziuplach i spokojnych, naturalnych i wielogatunkowych ostojach… Ornitolodzy, którzy zajmowali się badaniem (i rzecz jasna ochroną…) ptaków, które nie należały do „dziuplaków” nie chcieli być gorsi w urządzaniu miejsc lęgowych dla swoich ulubieńców i pojawiły się metody przycinania gałęzi wybranych gatunków drzew i krzewów dla szybszego i obfitego kształtowania tzw. okółków, których obecność miała umożliwić zakładanie gniazd ptakom wijącym gniazda… W nurcie „budkowym” pojawiały się konstrukcje nowatorskie i do takich należały budki trocinobetonowe systemu prof. Graczyka z Poznania. Budki te miały wiele zalet, ale także poważną wadę – spory ciężar. To zdecydowało, że nie przyjęły się (chociaż powinny!) w praktyce leśnej.

budkadrabina1

budkikuba2

Warto wspomnieć, że budowanie sztucznych miejsc lęgowych zapoczątkowały nie ptaki, ale… pszczoły i trzmiele, bo ule ( i ich pierwsze wzory – kosze) były właśnie tego typu konstrukcjami. Obecnie buduje się wielkie skrzynki lęgowe podobne do tych prof. Jana B. Sokołowskiego, ale przeznaczone dla chrząszcza – pachnicy dębowej oraz wiele rozmaitych schronień dla pszczół samotnic. Do prawdziwych rarytasów nurtu sztucznych mega budek dla ptaków należą zapewne konstrukcje, jakie oglądałem w Londynie na rekultyowanych terenach Parku Olimpijskiego. Jedna z nich to „budka” wielkości kontenera dla zimorodków, a druga, to sztuczna skarpa dla jaskółek brzegówek. Bardzo ciekawe konstrukcje mają sprawdzone i wykonywane w dużych ilościach skrzynki dla jeżyków i rozmaite wzory skrzynek i schronów dla nietoperzy.

budkikuba1

budkiblisko2

Pozostałe nurty „budkologii” to nurt artystyczny i społecznościowy. Tutaj też czeka nas wiele odkryć rzucających nowe światło na historię „poczciwych budek dla szpaków” czyli wyobrażeń jakie panują w Polsce od jakiś 80 lat… Nurt artystyczny sięga do istoty dziupli/budek/skrzynek dla ptaków, czyli do ich przeznaczenia. Zasiedlanie budek to interesujące zagadnienie –  zajmuje się warunkami technicznymi, upodobaniami lokatorów i estetyką, materiałami … czyli architekturą ptasich mieszkań. Zainteresowanie ptakami w tym nurcie początkowo było drugorzędne, bo to ludzie chcieli mieszkać „jak ptaki” (określenie „bird homes” oznacza w architekturze interesujący nurt budownictwa mieszkaniowego i nie są to jedynie „domki na drzewach”)… Artyści sięgali także po potrzeby ptaków i zadawali sobie/innym pytanie: czy ptakom wszystko jedno w czym mieszkają? czy architektura jest ptakom potrzebna czy zbędna? co z kolorami, kształtami, rozmiarami, budowlami eksperymentalnymi? Prawdę mówiąc, to artyści właśnie mieli chyba najwłaściwsze podejście, bo uwzględniało ono niewyobrażalne bogactwo modyfikacji jakie tworzy natura, a także to, że przyroda nie zna założeń wstępnych i nie eliminuje bez sprawdzenia niczego, co może zaistnieć. To artyści próbowali odpowiedzieć na pytanie, co gdyby ptaki mogły mówić? Co by nam powiedziały? Pewnie to temat na szerszy esej, ale warto wspomnieć dwa związane ze sobą ( i z nami, bo dziejące się w bliskiej nam Europie) projekty ptasie. Pierwszy z nich oczarował mnie całkowicie datą powstania, finezją pomysłu i wykonania ! W 1920 roku węgierski malarz Lajos Kassak stworzył projekt pt. Birdarchitectur w postaci malowanych projektów budek dla ptaków. Zaprojektował je w stylu Staatliches Bauhaus znanym powszechnie jako Bauhaus. Ważne, by powiązać okres powstawania stylu/szkoły projektowania Bauhaus, która powstała i rozkwitła w Niemczech w latach 1919 – 1933… i czas projektowania modnych i funkcjonalnych domów dla ptaków przez Lajosa Kassaka – 1920 r.! Jeszcze nie koniec dat…! W 2011 roku artysta węgierski – Tamas Kaszas (urodzony w latach 70.) zbudował w ramach projektu Birdhouses in the frame of Animal Farm serię budek dla ptaków wzorowaną na projektach Kassaka z 1920 roku! Od czasu do czasu, podczas wystaw architektonicznych widuje się artystyczne wizje konstrukcji budek dla ptaków, budowanych z drewna, ze szkła i nowych materiałów budowlanych (nowa ceramika!), co zaświadcza, że nurt ten pozostaje witalny w wieku ponad stu lat!

budkiwewnatrz

Pozostaje jeszcze nurt społecznościowy i jest on chyba najtrudniejszy do opisania. Bogactwo konstrukcji nie da się ująć w ramy… sztuczne gniazda tworzy się ze starych butów, z tykw, bambusu, gliny, pustaków, butelek plastikowych, rynien, rozmaitych pojemników i rur… Jedyne co można zrobić w miarę dobrze, to wskazać kilka celów budowania „budek” dla ptaków. Poza podstawowymi jak próba pomocy ptakom wobec kurczącęj się naturalnej oferty mieszkaniowej i ochroną gatunkową lub preferowaniem naturalnych metod ochrony przed tzw. szkodnikami niszczącymi drzewa, zbiory, zasiewy itp. pojawiły się nowe: zajmowanie się ptakami dla zdrowia (swoista relaksacja płynąca z zajmowania się istotami innymi niż ludzkie) i zajmowanie się ochroną bioróżnorodności jako wyrażenie troski o środowisko naturalne, co w wielu krajach (właściwie we wszystkich…) ma swe konteksty polityczne. Budowanie budek dla ptaków i sprowadzanie ich w miejsca, gdzie społeczność realizuje swoje wspólne cele jest przyjemne, kształcące, stosunkowo łatwe, ćwiczy kreatywność i manifestuje inne niż czysto materialne cele w życiu. Akcje wspólnego projektowania, ozdabiania i zawieszania budek dla ptaków to całe wielowątkowe przedsięwzięcia, które wymagają osobnej analizy. W tym nurcie powstają najodważniejsze konstrukcje, które ornitologów przyprawiają o zawrót głowy i panikę… tak czasem mało mają wspólnego z uświęconą wiedzą o ptakach i przeświadczeniem, że nie zmieniają się one od setek lat… Nic bardziej mylnego! Pierwsze przykłady, jakie mi przychodzą na myśl, to bocian czarny, kruk i sokoły: z leśnych i górskich odludków stają się dość już pospolitym elementem środowiska zamieszkiwanego przez ludzi… A jest takich gatunków znacznie więcej…

budkiMystodol

budkiwernisaznas3

Fotografie Bogdana Kiwaka, jakie publikuję na blogu pochodzą z montażu i wernisażu ściany mieszkań dla ptaków jaka powstała 5-6 kwietnia 2016 roku w Biotopie Lechnica. Ten artystyczny projekt dr Jakuba Pieleszka z ASP w Gdańsku miał długi okres inkubacji i czekał na właściwy czas, miejsce i konsultację wprawnego przyrodnika. Wszystkie te trzy okoliczności pojawiły się późną jesienią 2015 roku i pozwoliły na przewiezienie głównej części instalacji z pracowni Artysty i zainstalowanie jej na ścianie stodoły, przy pewnej pomocy ekipy Biotopu i zaprzyjaźnionego fachowca, specjalizującego się w wykonywaniu projektów zagospodarowania ochronnego rezerwatów i pomników przyrody.

Kuba Pieleszek jest malarzem, otwartym na pokrewne nurty w sztuce. Pracuje jako asystent na ASP w Gdańsku.  Malarskie wyczulenie na kolor, fakturę, zainteresowanie drewnem jako klasycznym materiałem plastycznym, światem przyrody, działaniami łączącymi sztukę ze społecznym jej praktykowaniem, dają w przypadku Pieleszka realne i bardzo interesujące rezultaty. Z mojego punktu widzenia jest ważne, że instalacja Gdyby ptaki mogły mówić… (taki tytuł zaproponował Artysta), inspirowana budownictwem wielorodzinnym (?), jest dynamiczna i ma zmieniać się w czasie, niejako obrastać nowymi odgałęzieniami, które podyktuje sama przyroda. Już w pierwszych godzinach dość trudnego montażu (część zewnętrzna z otworami wejściowymi jest połączona z częściami mieszkalnymi ukrytymi we wnętrzu stodoły, a tylne ściany wykonano ze starych kwater okiennych zakrytych tkaniną dla umożliwienia oglądania wnętrza w razie potrzeby) bardzo zainteresowane okazały się trzmiele… Sporo rozmawialiśmy o zastosowaniu kolorów i jest to zagadnienie bardzo ciekawe z punktu widzenia rozpoznawalności budek i preferencji ptaków. Znane są sprawdzone metody oznaczania uli dla pszczół i trzmieli kilkoma czystymi barwami, a co do ptaków, to … gdyby tylko mogły mówić! 🙂

W montażu, dokumentowaniu i skromnym, roboczym wernisażu uczestniczyli: Kuba Pieleszek (autor projektu), Marek Styczyński (konsultant przyrodniczy), Bogdan Kiwak (fotografik), Marcin Sarota (fotografik) i Wiesiek Borkowski (doradztwo i pomoc techniczna), a także Małgosia Braun (pracowniczka Pienińskiego Parku Narodowego i sympatyczka Biotopu Lechnica).

Reklamy

Wywiad z Billem Mollisonem

Wywiady z Billem Mollisonem, a jest ich wiele, należą do klasyki w zbiorze materiałów pomocnych w dyskusji o permakulturze. Wybraliśmy właśnie ten, mający już ćwierć wieku (i dlatego szczególnie dla nas cenny, bo nie obarczony ciśnieniem mody stwarzanej w mediach społecznościowych), gdyż doskonale przedstawia myślenie o permakulturze, które nie może być nawet na chwilę oderwane od praktyki. Ważna jest także osoba zadająca pytania – Alan AtKisson! To autor interesujących książek, doradca, ekspert w dziedzinie zrównoważonego rozwoju, muzyk… Rozmowa dwóch takich osobowości jest bardzo interesującym i inspirującym materiałem do własnych przemyśleń. Tłumaczenie jest dziełem Agnieszki Zych, która zawodowo zajmuje się tłumaczeniami, a od czasu do czasu pracuje nad nowymi mikro-biotopami w Biotopie Lechnica.

Permakultura, czyli dobrze zaprojektowane życie

Z Billem Mollisonem rozmawia Alan AtKisson (In Context nr 28, wiosna 1991)

Permakultura to nie tylko nowe podejście do ogrodnictwa – to zrównoważony sposób życia na naszej planecie.

Alan: Permakultura to dla mnie pojęcie niejasne. Ale z lektur wnoszę, że nawet ci, którzy ją praktykują, nie wiedzą, co to właściwie jest.

Bill: Ja z całą pewnością nie wiem, czym jest permakultura. I to mi się w niej podoba – brak dogmatów. Ale trzeba powiedzieć, że to jedyny zorganizowany system projektowania, jaki kiedykolwiek istniał. I tu sprawa robi się przedziwna.

Alan: Czemu przedziwna?

Bill: Nie ma więcej książek o projektowaniu warunków życia. Nie sądzisz, że to przedziwne? Bo jak możemy liczyć na przeżycie, jeśli nie planujemy swoich działań tak, żeby były znośne?

Następna przedziwna rzecz – kiedy ludzie budują dom, robią to niemal dokładnie na opak. Nie trochę źle, ale kompletnie źle. Na przykład jeśli pozwolić im wybrać dowolne miejsce w okolicy na postawienie domu, połowa ulokuje się na grzbietach wzniesień, gdzie zginą podczas następnego pożaru albo gdzie nie da się doprowadzić wody. Albo wybiorą miejsca przy zaporach wodnych. Albo takie, które zniszczy następna wichura.

Z drugiej strony, co najmniej połowa każdego miasta też jest źle postawiona. Mniej więcej między 30 a 60 stopniem szerokości geograficznej długa oś domu powinna być zwrócona do słońca. Jeśli ziemia podzielona jest na kwadratowe działki, to połowa domów – jeśli są zwrócone do drogi – jest źle zorientowana. Nawet domy daleko na prowincji i oddalone od drogi są zwrócone w kierunku tej przeklętej drogi. A dalej robi się tylko coraz gorzej.

Jedna ze podstawowych zasad projektowania mówi: zadbaj o właściwy początek. Wtedy wszystko samo z siebie potoczy się we dobrym kierunku. Ale jeśli już na początku coś zrobisz źle – nazywam to Błędem Numer 1 – to nic dalej nie pójdzie właściwie.

Alan: Mówiąc „my” masz na myśli ogół ludzkości czy mieszkańców Zachodu?

Bill: Ogół ludzi. Jest kilka społeczeństw, które wykazują oznaki bardzo racjonalnego podejścia do fizyki budowania i fizyki życia. Niektóre ze starych społeczeństw Bliskiego Wschodu miały obejmujące całe miasta systemy wykorzystujące prądy zstępujące oraz pasywne systemy szybkiego parowania do wytwarzania lodu. To byli racjonalni ludzie wykorzystujący pożyteczne zasady fizyki do wygodnego zorganizowania sobie życia bez dodatkowych źródeł energii.

Ale większość współczesnych domów nie nadawałaby się do mieszkania bez elektryczności – bez niej nie da się nawet spłukać toalety. To jest sytuacja ogromnego uzależnienia. A dom powinien sam o siebie dbać – gdy na dworze jest ocieplenie, dom się schładza, a gdy przychodzi ochłodzenie, dom się nagrzewa. Wiesz, to naprawdę proste. Od dawna wiemy, jak to robić.

Alan: I przedziwne, że tego nie robimy.

Bill: Jeszcze dziwniejsze, że nie projektujemy ogrodów tak, by pomagały domom. A już kompletnie dziwaczne jest, że nie projektujemy rolnictwa tak, żeby było zrównoważone. Projektujemy je w katastrofalny sposób, więc otrzymujemy oczywiście katastrofę.

Alan: Jest takie stare chińskie powiedzenie: „Jeśli nie zmienimy kierunku, to dotrzemy tam, dokąd zmierzamy”.

Bill: Dokładnie tak. Chyba nasza rasa ma jakiś pęd do wymarcia. W ogóle nie rozumiemy, gdzie żyjemy, i nie chcemy zrozumieć. Wolimy do samego końca wciskać pedał gazu, tak jak Bush. Mógł oszczędzić więcej ropy niż to, czego chciał od Iraku, ale wolał pojechać i „dać im nauczkę”, czyli zabić ludzi, a w trakcie tego zużyć jeszcze więcej ropy.

Amerykanie to przedziwne społeczeństwo. Wygląda na to, że wolą żyć na pustyni. Ale jak to powiedział któryś z waszych Indian: „Jeśli narobisz do własnego łóżka, na pewno się tym wymażesz”.

Alan: Wróćmy do permakultury. Jaka jest twoja aktualna definicja?

Bill: Można powiedzieć, że jest to podejście racjonalnego człowieka, które zaleca nie robić do własnego łóżka.

Ale jeśli jest się optymistą, można powiedzieć, że to próba stworzenia rajskiego ogrodu. A naukowiec może to porównać do cudownej szafy, w której można powiesić na wieszakach każdą naukę i sztukę – i odkryć, że zawsze będzie pasować i tworzyć harmonię z resztą rzeczy w szafie. To układ, który nigdy nie ustaje w ruchu, a mimo to przyjmuje dane z każdej strony.

Trudno to objąć umysłem – przynajmniej ja tego nie potrafię. Możliwe, że o permakulturze wiem więcej, niż większość ludzi, a jednak nie potrafię jej zdefiniować. Jest wielowymiarowa. Z pewnością od początku maczała w niej palce teoria chaosu.

Jeśli mamy do czynienia ze zbiorem systemów biologicznych, to można różne rzeczy zgromadzić, ale nie da się ich połączyć. Nie mamy mocy tworzenia, tylko moc gromadzenia. Więc po prostu stoimy i z niejakim podziwem patrzymy, jak różne rzeczy łączą się ze sobą. Zaczynamy od zrobienia czegoś prawidłowo i potem obserwujemy, jak sprawy toczą się jeszcze lepiej, niż byśmy przypuszczali.

Alan: To przypomina mi o Johnie Toddzie i jego pracy nad utworzeniem sztucznego ekosystemu [In Context nr 25].

Bill: Dziś używa się wielu różnych nazw. Ale kiedy wydałem moją pierwszą książkę, Permaculture One, nie istniało na to żadne określenie, chociaż o to właśnie chodzi – o utworzenie sztucznego ekosystemu. Przyznam rację każdemu, kto stwierdzi, że nie byłem odpowiednią osobą do napisania tej książki. Jestem pewien, że różni Johnowie Toddowie i Hunterzy Lovinsesowie tego świata zrobiliby to o wiele lepiej ode mnie. Ale wcześniej czy później ktoś musiał ją napisać i tak się pechowo złożyło, że padło na mnie.

Alan: Skąd pomysł permakultury? Jak do niego doszedłeś?

Bill: Przeniosłem się do miasta z buszu, po 28 latach pracy w terenie poświęconej systemom naturalnym, i zostałem naukowcem akademickim. Skupiłem więc uwagę na ludziach, tak jak wcześniej na oposach w lesie. Tym razem badanym zwierzęciem byli ludzie – organizowałem nocne obserwacje, tworzyłem fonogramy z zapisem ich dźwięków. Badałem ich zawołania, głosy kontaktowe, sygnały alarmowe. Nigdy nie słuchałem tego, co mówią. lecz obserwowałem, co robią – dokładne odwrotnie niż wszyscy Freudowie, Jungowie i Adlerzy.

Dość szybko poznałem moje zwierzęta i odkryłem, że nie ma znaczenia, co mówią. To, co robią, było bardzo interesujące, ale w żaden sposób nie wiązało się ani z tym, co mówiły, ani z tym, co by odpowiedziały, gdyby spytać, co robią. Zero związku. Każdy, kto kiedykolwiek badał rasę ludzką słuchając jej, wylądował na manowcach. Po pierwsze należało odpowiedzieć na pytanie: „Czy potrafią prawidłowo zrelacjonować ci swoje zachowanie?”. A odpowiedź brzmi: „Nie potrafią, fajtłapy”.

Później, w 1972 roku, wycofałem się na jakiś czas. Wyciąłem busz, postawiłem stodołę i dom, założyłem ogród. Dałem sobie spokój z ludzkością. Byłem zdegustowany głupotą w środowisku naukowym, w instytucjach badawczych, tym wszystkim.

Kiedy zaświtał mi pomysł permakultury, to było tak, jakby coś mi w głowie przeskoczyło, nagle nie byłem w stanie nadążyć z robieniem notatek. Kiedy człowiek powie sobie: „Przecież ja nie robię pożytku z fizyki we własnym domu” albo „Nie używam ekologii we własnym ogrodzie, nigdy nie stosowałem jej w tym, co robię”, to odnosi wrażenie, jakby coś fizycznie przełączyło mu się w mózgu. Nagle przychodzi myśl: „Gdybym stosował to, co wiem o sposobach na życie, byłoby cudownie”. A potem wszystko rozwija się jak wielki dywan – wystarczy odwiązać jeden supeł, a wydarzenia zaczynają się toczyć jak szalone.

Alan: Dziś permakultura to nie tylko sposób projektowania, ale cały ruch. Co ty właściwie zapoczątkowałeś?

Bill: Cóż, każda choć w miarę niezła rzecz sama się napędza. Zapoczątkowałem coś, czego już nie pojmuję – to się szybko wymknęło spod kontroli. Ludzie robią rzeczy, które mnie zadziwiają – takie, których sam nigdy bym nie robił i które nie do końca rozumiem.

Na przykład jedna z osób, które szkoliłem w 1983 roku, Janet McKinsey, przeniosła się z przyjaciółką do buszu – dwie kobiety z dziećmi. Postanowiły znacznie ograniczyć swoje potrzeby i zbadały naukowo, jak to przeprowadzić w domu. Założyły coś, co nazywa się Home Options for Preservation of the Environment (domowe sposoby ochrony środowiska), czyli HOPE (nadzieja).

Zwróciły na przykład uwagę na to, że we wszystkich środkach czystości są te same cztery składniki – nieważne, czy to szampon, proszek do prania, czy coś innego. Wystarczy je kupić w hurcie, odpowiednio zmieszać, i będą działać. Nie ma znaczenia, czy produkt nazywa się ekologicznym ani czy ma na etykiecie delfiny – w środku są zawsze te same cztery składniki. Cała reszta to niepotrzebne dodatki, żeby ładnie pachniało albo miało niebieski kolor, gdy spływa z wodą w toalecie.

Alan: Czy ich działalność też nazwałbyś permakulturą?

Bill: Nie wiem, jak to nazwać. Ale doszły do tego po kursie permakultury. Kiedy po raz pierwszy przyjechały do miasta – to była Benala w Australii – i zrobiły wykład, wszystkie kobiety z miasta stwierdziły: „Wspaniała sprawa, też tak będziemy robić!”. Kobiety zaczęły zamawiać hurtowe ilości, więc sklepy w mieście musiały się zmienić, bo już nie dało się sprzedawać tego chłamu, co wcześniej. Potem musiała się zmienić Rada Miasta, żeby wprowadzić recykling.

Czyli kobiety – a to one w społeczeństwie robią zakupy – przeanalizowały każdy kupowany produkt pod kątem zużycia energii i jego konieczności, po czym zwyczajnie wyeliminowały te, które wymagały dużych nakładów energii i były niepotrzebne. Dzięki temu, że kobiety nauczą się, co dokładnie i jak kupować, wszystko może wrócić do normalności. To się szerzy w niesamowitym tempie – jak każdy dobry pomysł.

Więc moi uczniowie wciąż mnie zaskakują. Inna historia – poprowadziłem jeden kurs permakultury w Botswanie, a teraz moi uczniowie siedzą na tej pustyni w Namibii i uczą Buszmenów – których języka nikt nie zna – jak być mistrzami permakultury.

Alan: Czego można uczyć Buszmenów? Czy jest coś, czego oni jeszcze nie wiedzą?

Bill: Ogrodnictwa. Buszmeni już nie mogą podążać za zwierzyną, bo ta poginęła na płotach, które poustawiała Komisja Europejska, żeby hodować bydło. Podobnie jak w przypadku australijskich Aborygenów, wyginęło 63% zwierząt, dzięki którym utrzymywali się przy życiu, a pozostałe stały się rzadkością. Nie da się już żyć jak Buszmen czy Aborygen, więc muszą przemyśleć dokładnie, jak teraz będą żyć. Permakultura przychodzi tu z pomocą.

Alan: Czyli wydaje się, że permakultura to przede wszystkim zmiana w postrzeganiu świata, zmiana punktu wyjścia.

Bill: Myślę, że tak. Dla mnie, wymęczonego zachodnim systemem edukacji, to było przejście od pasywnego uczenia się na zasadzie „książki mówią, że jest tak i tak” do czegoś aktywnego. Do stwierdzenia (dla naukowców akademickich to przerażająca wizja), że zamiast uczyć fizyki, fizycy powinni pójść do domu i zobaczyć, jak fizyka przejawia się w ich domu.

Na uniwersytecie mogą uczyć skomplikowanych teorii fizycznych. Ale potem wracają do środowiska domowego, w którym zużycie energii jest po prostu chore. Oni tego nie widzą – i ta ślepota jest przerażająca.


Czemu nie budujemy takich domów, które same się żywią, dostarczają sobie energii i zbierają własną wodę, skoro to takie łatwe do zrobienia, wręcz trywialne?

Alan: Może jesteśmy tak bogaci, że uważamy, że nie musimy.

Bill: Cóż, nie nazwałbym tego bogactwem. Wiesz, jak definiują bogactwo Eskimosi, czyli Inuici? Bogactwo to głębokie zrozumienie świata przyrody. Myślę, że Amerykanie są tak biedni, że aż ich szkoda, bo w ogóle nie rozumieją świata natury.

Alan: Jeśli ktoś chce zajmować się permakulturą, a w okolicy nie ma żadnego nauczyciela, to od czego powinien zacząć?

Bill: Od miejsca, w którym się właśnie znajduje.

Alan: Gdzieś czytałem, że powiedziałeś: „Zaczynasz od własnego nosa, potem od dłoni…”

Bill: „… od własnych drzwi kuchennych, od własnego progu” – dobrze pamiętasz. Wtedy wszystko działa. Jeśli to wszystko szwankuje, nic nigdy nie będzie szło dobrze. Powiedzmy, że pracujesz dla wielkiej organizacji pomocowej z drugiego końca świata. Nie możesz wyjechać z domu mercedesem, przejechać 80 kilometrów i wejść do pracy w ogromnej betonowej budowli, w której silniki Diesla huczą w piwnicach, żeby w budynku było na tyle chłodno, żeby dało się pracować – i planować lepianek w Afryce. Lepianki nie wyjdą ci dobrze, jeśli nie masz uporządkowanych własnych spraw. Musisz ustawić właściwie swoje życie, żeby ci sprzyjało, a potem dopiero możesz iść i pouczać innych.

Alan: Zajmowanie się permakulturą wydaje się być przeciwieństwem abstrakcji.

Bill: Ja bym to ujął inaczej. Mogę szybko nauczyć ludzi ogrodnictwa, i jak już będą wiedzieć, jak uprawiać ogród, to narodzą się z nich filozofowie. Ale nigdy nie potrafiłbym nauczyć ludzi, jak być filozofami – a gdyby mi się udało, to nigdy nie zrobiłbym z nich ogrodników.

Jeśli weźmiesz ekologów głębokich, którzy uprawiają filozofię, jeżdżą samochodem, kupują gazety i nie hodują warzyw na własne potrzeby, to nie są to wcale głębocy ekolodzy, lecz moi przeciwnicy.

Ale jeśli weźmiesz kogoś, kto dba o siebie i o ludzi dookoła – na przykład Scott Nearing albo Masanobu Fukuoka – to owszem, to jest głęboki ekolog. Mówi o filozofii, którą rozumiem. Tacy ludzie nie zatruwają niczego, nie niszczą, nie marnują gleby i nie budują rzeczy, których nie potrafią utrzymać.

Alan: Wszystko co robisz wskazuje, że wcale nie tak trudno odwrócić się na pięcie i pójść w przeciwnym kierunku.

Bill: Myślę, że mam bardzo bogate życie. Pewnie prowadzę zepsuty tryb życia, bo podróżuję sobie od jednych ludzi zainteresowanych permakulturą do drugich ludzi zainteresowanych permakulturą. Niektórzy żyją w plemionach, inni w miastach, i tak dalej. Sądzę, że ludzkość to całkiem interesujące stworzenia, bardzo zajęte robieniem i obmyślaniem ciekawych rzeczy.

Alan: W permakulturze ingerujemy w naturę – ale twoim zdaniem jak daleko powinniśmy się posuwać? Czy brać się za inżynierię genetyczną, tworzenie hybryd i tak dalej?

Bill: Trzeba dać sobie spokój z jakimkolwiek rolnictwem, a zwłaszcza postawić krzyżyk na współczesnych naukach rolniczych – są naprawdę gorsze od uprawiania czarów. Nic tak nie zrujnowało Ziemi, jak rolnictwo wykładane na uczelniach w latach 1930-1980. Nie ma co pytać „Czy powinniśmy ingerować w naturę?”, bo zaingerowaliśmy już w naturę na całej kuli ziemskiej.

Jeśli pozwolimy światu toczyć się w obecnym kierunku, to znaczy, że opowiadamy się za śmiercią. Ja nie jestem za śmiercią. Tempo wymierania gatunków jest już tak szybkie, że doszliśmy do momentu, w którym musimy wprowadzać ekologię rekombinacyjną. Nigdzie nie ma już wystarczająco wielu gatunków, by podtrzymać istniejący system. Musimy pozwolić naturze pozbierać to, co zostało i patrzeć, co wymyśli, żeby uratować nam skórę.

Jednocześnie wszystko, co choćby trochę przypomina dziką przyrodę, powinno być zostawione w absolutnym spokoju. Nie mamy tam już nic do roboty. Nic nam nie da wejście i ścięcie ostatniej pierwotnej puszczy. Nie powinniśmy w ogóle dotrzeć do punktu, w którym możemy zobaczyć ostatnie pierwotne puszcze! Zabierajcie się stamtąd natychmiast, bo macie lekcje do odrobienia. A to ostatnie miejsce, którego się do tego nadaje.

Alan: Jak odbierana jest permakultura? Co na przykład krytycy mówią o twoich książkach?

Bill: Pierwsza recenzję jednej z moich książek o permakulturze zobaczyłem trzy lata po tym, jak zacząłem o niej pisać. Recenzja zaczynała się od słów „Permaculture Two to książka wywrotowa”. Powiedziałem wtedy sobie: „Wreszcie ktoś rozumie, o co chodzi z permakulturą”. Musimy przemyśleć, w jaki sposób zamierzamy żyć na ziemi – przestać mówić, że musimy mieć rolnictwo, musimy mieć eksport, bo to wszystko prowadzi nas do zguby. Permakultura rzuca wyzwanie naszemu sposobowi myślenia i działania – i w tym sensie jest wywrotowa.

Jak przyjeżdżam do Ameryki, ludzie zadają mi pytania. Pytają: „Czym się zajmujesz?”, a ja odpowiadam: „Jestem zwykłym ogrodnikiem”. To jest głęboko wywrotowe. Dziś jeśli ktoś jest prostym człowiekiem i chce żyć w prosty sposób, to jest strasznie wywrotowy. A doradzanie innym, żeby prowadzili proste życie – to dopiero wywrotowe!

Bo widzisz, w permakulturze najgorsze jest to, że świetnie działa, ale nie ma żadnego centrum ani hierarchii.

Alan: To jest najgorsze z czyjej perspektywy?

Bill: Każdego, kto chciałby to stłumić. To jak stwór z milionem głów. To sposób myślenia, który już się wyrwał się na wolność, a sposobu myślenia nie da się z powrotem upchnąć do pudełka.

Alan: Czy to ruch anarchistyczny?

Bill: Nie, anarchia sugerowałaby, że nie ma współpracy. A permakultura wymaga ścisłej współpracy z innymi i z każdą rzeczą, ożywioną lub nie. Nie da się współpracować, jeśli ktoś wszystkich popycha, rządzi się lub zmusza innych do czegoś. System hierarchiczny nie zrodzi współpracy. Polecenia są w nim narzucane przez górę. Nie znam niczego, co w ten sposób dobrze by funkcjonowało. Myślę, ze świat bardzo dobrze by działał z milionami małych, powiązanych ze sobą grup spółdzielczych.

Alan: Biorąc pod uwagę twoje badania zachowań ludzkich i działania na rzecz promocji permakultury – czy sądzisz, że przetrwamy jako gatunek?

Bill: Myślę, że pytania w rodzaju „Czy ludzkość przetrwa?” nie mają sensu. To zależy tylko od ludzi – jeśli zechcą, to przetrwają, a jeśli nie zechcą, to nie przetrwają.

Moja rada jest taka: używajcie wszystkich posiadanych umiejętności w relacjach z innymi – w ten sposób możemy coś zdziałać. Ale jeśli swoje umiejętności oddacie innym systemom, w które tak naprawdę nie wierzycie, to co to za życie, w którym człowiek nie wyraża siebie?

Jeśli ktoś potrzebuje wskazówek, to odpowiem: patrz po prostu na to, co ludzie naprawdę robią. Nie słuchaj ich zbyt wiele. I wybieraj przyjaciół spośród ludzi, którzy robią coś, co ci odpowiada – nawet jeśli niekoniecznie podoba ci się to, co mówią.

To my to robimy. Nie trzeba nikogo innego – jesteśmy w stanie zrobić wszystko, co możliwe, żeby uzdrowić Ziemię. Nie musimy zakładać, że potrzebujemy ropy, rządów czy czegoś jeszcze. Potrafimy to zrobić.

Slnovrat, Štedrý deň, Vianoce

… czyli Przesilenie, Wigilia, Boże Narodzenie. Słowackie nazwy tych trzech (w zasadzie dwóch) świąt zawsze nas urzekała. Wszystkie celebrujemy w tym roku w naszym Biotop Lechnica (w zasadzie należy tutaj dodać dzień św. Lucji, słabo w Polsce kojarzony – a jeśli  już, to ze względu na nieszczęsną datę 13. grudnia – żeby mieć komplet świąt, kiedy celebrujemy światło pod różnymi postaciami, w różnych fazach i różnych sposobach oddziaływania). Zauważyliśmy, że Korona (coraz mocniej przychylamy się jednak do starej nazwy naszej okolicznej świętej góry) staje się w tym czasie Złotą Koroną, co możecie zobaczyć i Wy:

zdjeciePrzy wielu domach w Lechnicy widać świąteczne ozdoby – lampki, naklejki na szyby, choinki, wspinające się św. Mikołaje. Nie ma śniegu (i raczej nie będzie…), gąsienice spacerują po asfalcie, termometr pokazał wczoraj +12 stopni – w dobie zmiany klimatycznej widocznej gołym okiem – jedyne, co zostało, to słońce nieodmiennie o tej porze roku nisko nad horyzontem. W tym oświetleniu Korona to Smocze Góry.

I my dołączyliśmy z naszą okienną dekoracją. Tego Wam życzymy: celebracji wszystkiego, co bliskie Waszym sercom w tej porze nisko wiszącego nad horyzontem słońca. Czekamy na Was.

biotop_lechnica

Pierwszy śnieg, pierwsze nasiona…

tykwalechnica1drevenicasnieg2

Pierwszy śnieg nieco nas zaskoczył… 🙂 tym bardziej, że towarzyszył mu mróz oscylujący wokół minus 9 stopni C w nocy! Z duszą na ramieniu jechałem do Biotopu aby sprawdzić czy z kranów poleci woda czy zaczniemy na wiosnę od odkopywania rur takim wysiłkiem zakopanych późną jesienią… Woda jednak popłynęła wartkim strumieniem i zaczęło się palenie ratownicze i sprawdzanie tzw. radiatorów elektrycznych, którymi w trudnym czasie dogrzewać mamy lazienki. Z odsieczą przybył nam Mieszko S. i poza zmianami przy piecach (i siekierze…) całkiem zgrabnie otwarł tykwę aby wyjąć nasiona i zachować je po wysuszeniu do wiosennej akcji ogrodniczej…

Nasz filmik z drona został zauważony nie tylko przez Pieniński Park Narodowy na Słowacji, ale i przez p. Starostę Lechnicy… który zamówił wersję specjalną na potrzeby strony internetowej Urzędu.

O światach równoległych

Prace w Lechnicy powoli wkraczają w fazę bliższą ciału, a zarazem wymagającą większego zaangażowania. Krótko mówiąc, trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy fizycznej. Kiedy przemierzamy Lechnicę z góry na dół i z powrotem, zawsze podziwiamy tutejszą zapobiegliwość i pracowitość: niemal przy każdym domostwie ludzie się krzątają i widać, że leitmotivem tej krzątaniny jest zbliżająca się zima. Siódma rano (latem) to już środek dnia – dziesiąta wieczorem to głęboka noc. Sami bez większych kłopotów dopasowujemy się do tego rytmu, bo po zwykłej tutaj krzątaninie (nie mowiąc o remoncie), oczy same zamykają się około 21.00, zwłaszcza, kiedy za oknem już ciemno, a w rozpalonym do czerwoności (to nie figura retoryczna!) piecu przyjemnie strzela. Myślę czasem, że wiele jeszcze pozostaje nam do nauki: Pan Lukaš, który robi u nas hydraulikę (zaczęli we dwójkę z ojcem, ojciec wyjechał do pracy w Holandii, kończy syn), chodzi w ciągu dnia do szkoły, popołudniami robi dodatkowe kursy na elektryka, a w weekend – u nas łazienki. Nie ma jeszcze nawet 20tki. Nie wygląda na sfrustrowanego. Zachęcamy go, żeby podjął się pracy, której jeszcze nigdy nie wykonywał sam – ufamy w zdolności i spryt chłopaka, który wiele potrafi się nauczyć, a przede wszystkim – chce się nauczyć. I tak jest na Zamagurzu – każda rozmowa tutaj z pozornym nieznajomym jest zazwyczaj wstępem do fascynujących opowieści. Czasem myślę, jak Lukaš daje radę tak zasuwać? Zwłaszcza, kiedy 4 kursy jednego dnia (jeden po angielsku) wydają mi się sprawą trudną do udźwignięcia.

Dzisiaj zachwyciła mnie następująca korespondencja:

dovol’ujeme si Vás upozornit’, že pri množstve Vašich povinnosti pravedopodbne uniklo Vašej pozornosti, že ste k dnešnemu dňu neuhradili našej spoločnosti nižšie uvedené pohl’adávky po lehote splatnosti:

W istocie, nasza zapłata za prąd wróciła – przypuszczalnie numer konta okazał się błędny, w międzyczasie slowackie instytucje przechodzą na numery IBAN (jaka ulga dla nas, nareszcie można bez problemu wykonywać bankowość internetową za słowackie należnosci!). Przy okazji, porozmawiałam miło z panią na poczcie w Červenym Klaštore (bo tam mamy pocztę!) – będą foty, bo mozaika z wnętrza z ceramicznymi kwiatami na to zasługuje. Myślę jednak, o tym, jak RWEGroup – Východoslovenská energetika czyta w naszych myślach i jak miło nas tutaj zgaaduje na niemiłą okoliczność zalegania z opłatami (choć nie z naszej winy). Jak tu nie kochać tego języka, tego kraju i tych ludzi?

W każdy razie dzisiaj w Lechnicy było tak:

IMG_4576

A w Krakowie było tak:

IMG_4601

Tak, ta czarna czapa to słynny krakowski smog. Okazało się, że dzisiaj wygląda naprawdę źle, czyli tak:

IMG_4602

Puenty nie będzie, ale będzie zapowiedź. Ze już niebawem będziemy mieć dużą grupę Gości, Przyjaciół, Znajomych i to będzie prawdziwy Start. Troche się boimy, że wyjdzie falstart, ale z drugeij strony – czy możemy nie ufać Zamagurzu?

Porosty/grzyby i „mechoptyk”

lechnicamechoptyk porostlechnica1

W tym tygodniu sprawy remontowe nabrały nowego tempa! Po małym zawieszeniu w sprawach werandy i sytuacji patowej dotyczącej sanitariatów… jest przełom! W przyszłym tygodniu pokażemy werandę już w sporej części zabudowaną, a i pierwszy prysznic nie jest całkiem nierealny!

Na fotografii po lewej pokazuję kawałek naszej starej spisskiej drevenicy z ubytkami wapiennego wypełnienia uszczelnień mchowych. Wapno było mieszane z pigmentem „ultramaryna” i ręcznie rozprowadzane. Widać ślady dłoni i palców i tak zamierzam to uzupełnić. Pozostaje jeszcze cała technologia mszenia czyli uszczelniania mchem lub powrósłami słomianymi. U nas jest to znana, ale nie stosowana już technika mszenia, a materiał do tego rodzaju prac nazywano żartobliwie „mchemoptykiem”. Kiedyś widzieliśmy pod Babią Górą ogłoszenie o tego rodzaju pracach… Może ktoś jest chętny do czyszczenia ścian drevenicy, malowania go drewnochronem (oczywiście bezbarwnym) i zabawianiem się gipsem z ultramaryną? Robota na ładnych kilka dni, pewnie przyjemniej wiosną, ale boję się słoty i mrozu jakie nadciągają…i raczej celuję w listopad!

Postępuje też inwentaryzacja przyrodnicza i po konsultacji z prof. Andrzejem Chlebickim mogę pokazać piękne stanowisko chrobotka strzępiastego (Cladonia fimbriata) z bardzo ładnie wykształconymi podencjum. Podencja to te rurkowate wypustki tego grzyba zaliczanego dawniej ( i dzisiaj przez niektórych) do porostów. W Lechnicy chrobotek ten rośnie na płytach kamiennych złożonych w cieniu. Przy budowie murków będzie należycie zadbany i pozostanie w swym ulubionym miejscu!

porostlechnicaBporostlechnicaC

Mieszkańcy Biotop Lechnica

Dodajmy, wielu mieszkańców. Przed każdym deszczowym dniem wychodzą piękne ropuchy – do tej pory naliczyliśmy ich pięć. Trudno je sfotografować bez lampy błyskowej (a i z lampą też niezbyt dobrze wychodzą) – zadanie dla przyszłych fotografów miejsca. Jest piękna żmija, której nie sfotografowaliśmy, bo… hm… tak jakoś wyszło. Ma w każdym razie norę na łące nad domem. Są nietoperze, których sfotografować się nie da, ale bardzo lubią latać nam nad głowami, kiedy się ściemni. Jest pięć kun, które dbają o naszą wieczorną i nocną rozrywkę (zanim oddamy się fascynującym audycjom – najbardziej lubimy Radiožurnal o 22.00 (spiker zapewnia, że to: „všetko, čo je dobre vediet'” a spokojny rytm relacji uspokaja nawet w czasach największej medialnej gorączki) oraz Literárna revue. Póki co, innych mediów nie mamy i dobrze nam wieczorami z Radio Slovensko. Kun, niestety, też nie udało się sfotografować, ich przebiegi czasowe najwyraźniej nie współgrająz migawką naszego Nikona (i również biegają wieczorem). Jeszcze w maju dostrzegliśmy zmierzającą w stronę naszego kawałka skarpy nad potokiem Havka salamandrę – pomogliśmy jej wybrać właściwą stronę płotu 🙂 i mamy nadzieję, że zobaczymy się za te kilka miesięcy ponownie.

Uwieczniliśmy za to:

pięknego pomrowa błękitnego

pomrowlech

oraz stado ponad stu krów wędrujących wzdłuż naszego ogrodzenia, które pewnego poranka obudziły nas niepowtarzalnym pejzażem dźwiękowym złożonym z wielu nakładających się na siebie dzwonków. Dosyć szybko rozpłynęły się w przedjesiennej mgle:

krowy