Poranek Kopaczy #4

Wyjątkowy czas, wymaga wyjątkowego działania i dlatego, po dyskusji kolektywu redakcyjnego, postanowiliśmy udostępnić w sieci nasz nowy, czwarty numer herbalistycznego zina The Diggers’ Morning. Tym samym, odstępujemy na czas zarazy, od naszego założenia, że ziny będą dostępne jedynie w „realu”.

kopaczelogoAng2

Trzy wcześniejsze numery rozeszły się już dawno, a od czasu do czasu spływają prośby o wysyłkę i staramy się temu podołać. W nowym numerze jest sporo tekstów nadających się do uważnego przeczytania i mam nadzieję, skłaniających do zastanowienia. W 2016 roku opublikowaliśmy rozmowę z Billem Mollisonem świetnie przetłumaczoną przez Agnieszkę Zych (Permakultura, czyli dobrze zaprojektowane życie), a w #4 przypominamy rodzaj manifestu Joe Hollisa, z którym nawiązaliśmy bardzo sympatyczny kontakt. Przypominamy, bo tekst ukazał się kilka lat temu na moim blogu. Następny z obszernych tekstów omawia przykry problem braku świadomości i przyzwoitych zachowań wobec wykorzystywania instrumentów muzycznych, będących sztandarowymi artefaktami bardzo określonych kultur. PLANTLINE  był jednym z większych naszych projektów w 2019 roku i dlatego musiał być w zinie odnotowany. Jest skarbnicą inspiracji i wiele wątków można rozwijać w interesujących kierunkach. W #4 zina znajdziecie katalog naszych filmów, jakie powstają od czasu do czasu w ramach mieszanego projektu Spitzenberg Studio. Przypominam, że filmy mają charakter dokumentacyjny, czasem też eksperymentujemy ze sposobem narracji. Poza wyjątkami, filmy te nie są dostępne w sieci i można je zobaczyć jedynie podczas autorskich prezentacji. Nie ma to nic wspólnego z utrudnianiem dostępu, ale raczej z koniecznością autorskiego wprowadzenia w okoliczności, temat i treść filmów. Staramy się aby filmy były maksymalnie krótkie, ale jednocześnie kumulują one wiele wiedzy, doświadczeń i naszych dyskusji. Katalog potraktujcie jako propozycję na jesień lub zimę „po” zarazie.

Głównym powodem udostępnienia zina w sieci jest publikowanie w nim zwięzłego omówienia tematów jakie prezentowałem podczas otwartych spotkań w krakowskiej księgarni Bonobo. To moja interpretacja permakultury, teorii i praktyki opartej o wiele lat mojej pracy i studiowania źródłowych tekstów Billa Mollisona i Roberta A. de J. Harta, Marka Sheparda i innych. Materiały prezentowane w zinie, to nieco tylko poprawione teksty jakie rozdawałem po każdym ze spotkań w Bonobo. W 2020 roku z wielkim mozołem pojawia się (podobno) w Polsce książka  Billa Mollisona i nie jest jest to ani Permaculture One, ani też Permaculture Two, niestety nie jest to także najpełniejsza z trzech pierwszych i podstawowych dla teorii permakultury – Permaculture A Designers’ Manual, ale cieszmy się z tego co mamy, bo w Czechach tą książką cieszą się już od dłuższego czasu. Permakultura jest systemem, który pokazuje jak wyjść z naszej tragicznej sytuacji, ale starałem się nie spocząć wygodnie na laurach (Billa Mollisona) i pokazywać zainteresowanym aktualne oblicza tego fantastycznego sposobu na życie.

Jestem przekonany, że obecny stan pandemii, bardzo długo się nie zakończy i za naszego życia przechodzić będzie w kolejne okresy kryzysowe, aż do radykalnej zmiany naszych nawyków, ekonomii, stosunku do przyrody i do siebie nawzajem. Dlatego też, zamieściliśmy ankiety, które rozdawałem na wiele miesięcy przed pierwszymi doniesieniami o możliwej pandemii.

W tamtym czasie, wielu zgromadzonym na naszych spotkaniach w Bonobo, treść ankiet wydawała się prowokacyjna. Niestety, pytania jakie w ankietach zawarłem nie straciły na aktualności, a wręcz przeciwnie, okazały się nie przewidywać politycznych aspektów pandemii. To one są naszą zmorą i załamującą praktyką codzienności i wydaje się, że do kiedy ich nie przezwyciężymy, nasze szanse na przeżycie tej i następnych pandemii stają się niezbyt wielkie.

Przy tak wyjątkowej okazji warto pewnie przybliżyć genezę nazwy naszego zina. Kopacze wzięli się od tatrzańskiego gwarectwa o nazwie Arme Gewerkschaft, zawiązanego przez ubogich poszukiwaczy minerałów. Drążyli oni sztolnie w Tatrach (niektóre z nich ciągle istnieją) i obozując w trudnych warunkach, zajmowali się całymi miesiącami kopaniem. Kopacze, szybko skojarzyli się mi z Diggersami, ruchem, który stał za wieloma spektakularnymi akcjami podczas kolejnych akcji kontrkultury w latach 60. XX wieku. Jeżeli zechcecie poszukać głębiej, to szybko zobaczycie, że Kopacze mieli bardzo interesujące i stare wzory.

Ubodzy Kopacze są dla mnie wzorem tych osób i sieci niewielkich grup, które nie przestają drążyć, kreować nowe, czasem sprzątać i dbać o zdrowy rozsądek, a czasem cicho się wycofywać. W dobie powszechnej świadomie realizowanej dezinformacji, rola współczesnych Kopaczy zmienia się i zmieniają się także formy działania. Nie zmienia się jedynie taktyka.

A tu znajdziecie pdf zina#4, można czytać i można powielać AZin4

 

Biotop Lechnica znowu nadaje…

jaKorg

Jest 22 kwietnia i Dzień Ziemi w tym roku ma bardzo specjalny charakter. Mogę śmiało powiedzieć, że wprowadzałem go z garstką innych ludzi do Polski, kiedy miał jeszcze charakter kulturowej alternatywy. Ale to już historia i zostawmy ją na inną okazję, bo sytuacja w jakiej jesteśmy weryfikuje wszystko i „do spodu”. Jestem przekonany, że Dzień Ziemi powróci w swej pierwotnej formie, a nawet lepiej; zaczyna się utrwalać jako każdy z 365 dni w roku… Taka data i tego rodzaju przeczucie wymaga aby coś postanowić, coś zaproponować i wytyczyć drogę na najbliższy czas, która może się okazać dla wielu z Was naszą wspólną ścieżką. Na początek cytat z bardzo ważnej książki…

Także i ten dinozaur odejdzie … jest po wszystkim. Przestarzałe, przemysłowe wiel-rol*, monokulturowe uprawy krzyczą w agonii i próbują złapać ostatni oddech. Miejmy nadzieję, że ich pośmiertne konwulsje nie będą zbyt traumatyczne.

Prostacki, zredukowany do jednorocznych plonów system, ustępuje kolejnej fazie naturalnej sukcesji. Podobny grawitacji, naturalny proces zmian jest nie do powstrzymania, a życie na ziemi zaczyna zataczać koło. Jednoroczne chwasty (nazywają je plonami) ustąpią miejsca wieloletnim roślinom będącym miejscem żerowania wielorakich form życia. Świetliste zarośla, drzewa rodzące owoce i te dające orzechy, przybędą milionami. Winorośl i inne pnącza obsypane owocami, będą się wspinać po młodych drzewach i zakryją „minioną epokę”. Nie zatrzymamy naturalnej sukcesji. Znasz to ze swojego ogrodu, bo nigdy nie udało ci się powstrzymać „zielska” przejmującego wszystko.

Wiem, że już wychodzimy na prostą, stary świat jest skończony, a nowa, bujna, żyjąca planeta właśnie się rodzi. Wiem to, ponieważ ja, ta jedna mała myszka… Sadzę drzewa. Czy do mnie dołączysz?

To wszystko zacznie się od Ciebie.

Mark Shepard w: Restoration Agriculture. Real-World Permaculture for Farmers (2013)

*wiel-rol zaproponowałem na miejsce big-ag, pejoratywnego skrótu od big agriculture, użytego przez Marka Sheparda, który oznacza wielkopowierzchniowe, monokulturowe farmy i uprawy, roślin zmodyfikowanych genetycznie dla celów przemysłowych (przyp. autora)

aniamarekBL

 

Pandemia zatrzymała nas w domach, służy też do żałośnie prymitywnych manipulacji politycznych i nikt nie wie co nas spotka dalej. Wysyp „proroków” znających przyszłość, jest nieco osłabiający, ale to najmniejszy z naszych kłopotów. Największy z nich, to aktywność środowisk, które powodują, że Polska zapada się już nie w mentalny „ciemnogród”, ale w fizyczny proces samobójczy, w którym nikt nas nie pyta o zdanie, a przeciwnie: truje, pozbawia kontaktu z przyrodą, okrada, zastrasza i ciągnie ku przepaści.  Przypomina mi to więzienie, w którym stery przejmują skazani na dożywocie i recydywiści, którzy chcą aby wszyscy inni uznali ich status za obowiązujący i normalny. Nie ma już czasu na dywagacje i wzywania do dyskusji. Wszystko już zostało przedyskutowane, napisane, a prawie wszystko jest także opublikowane, wszystko co trzeba jest na wyciągnięcie dłoni, wiemy jak i wiemy, że to ostatnia szansa.

Na aktywność w utrwalaniu sytuacji, której nie akceptujemy, należy odpowiadać jeszcze większą aktywnością własną. Jest tyle do zrobienia na dzisiaj, na jutro i na wiele lat do przodu! Wspieramy bardzo aktywnie i dla naszego dobra wszystkie małe inicjatywy żywnościowe, które potrafią przekonać nas co do źródła dobrej jakości produktów żywnościowych. Uczymy się żyć prościej i rozpoznawać nasze prawdziwe potrzeby. Przy podejmowaniu decyzji bierzemy pod uwagę skutki na siedem pokoleń do przodu… Na FB z uporem wspieramy dobre rozwiązania dla przyszłości i zdrowia, a nie dręczymy siebie i innych prowokacyjnymi materiałami obliczonymi na wywołanie bierności i osuwanie się w rozpacz. To proste, wywołuje skutki i jest dostępne każdemu.

Warsztaty.

Z przykrością muszę poinformować, że nie uda się utrzymać pierwszej, majowej daty tegorocznych warsztatów etnobotanicznych i ćwiczeń z permakultury w Biotopie Lechnica.  To oczywiste i wszyscy rozumieją, że nie odbędą się w maju, nie odbędą się też w czerwcu, a nie mam nadziei nawet na lipiec.

Jednak z pewnością je przeprowadzimy.

Ze względu na to co napisałem o aktywności, proponuję nieco inną formułę warsztatów na „po zarazie”, a także kursów, pokazów i konsultacji indywidualnych. Po pierwsze chciałbym umawiać się z mniejszymi grupkami zainteresowanych na rozmaite terminy, tak aby była szansa popracować bardziej intensywnie. Grupa umówiona na majówkę ma rzecz jasna pierwszeństwo w ustaleniu daty lub dat. Prawie codziennie śledzimy komunikaty o stanie pandemii na Słowacji i możecie mieć pewność, że nie przegapimy właściwej daty!

Nowe książki

Bardzo intensywnie spisuję wszystko co nam pozwoliło skutecznie projektować i realizować permakulturę Biotopu Lechnica przez sześć ostatnich lat. Dlaczego twierdzę, że skutecznie? Bo mimo, że okoliczności sprawiły, że pandemię musimy przetrwać w niewielkim mieszkaniu na 5. piętrze w Krakowie, nawet na chwilę nie tracimy łączności z miejscem, a pracujemy także dla niego z grupą przyjaciół, którzy rozumieją, że to czas na większą, a nie mniejszą aktywność! Tworzymy projekty, programy, zadajemy pytania, szlifujemy odpowiedzi, a nawet cały czas tworzymy artefakty (niektóre bardzo wzbogacą praktyczne elementy warsztatów), nie mówiąc o filmach i tworzeniu oryginalnej (w sensie autorskiej) oferty Domowej Manufaktury Instrumentów z Bzu Czarnego

Być może najbardziej spektakularnym efektem okresu przymusowej zmiany aktywności, będą, mam nadzieję, dwie książki. Pierwsza ma roboczy tytuł: Domy nad Havką. Ćwiczenia z permakultury na trudne czasy i jest osobistym zapisem doświadczeń, inspiracji, sukcesów i porażek jakie spotkały nas w trakcie 7. sezonów w Lechnicy. Poza osobistym tonem jest to także zbiór praktycznych sposobów realizowania permakultury w naszych szerokościach geograficznych i w naszych uwarunkowaniach społecznych. Rarytasem pewnie dla szukających inspiracji będą liczne cytaty z książek, które pewnie nie doczekają się tłumaczenia na język polski i poza klasyką w postaci tekstów Billa Mollisona (a dysponuję trzema najważniejszymi podręcznikami) i dwóch książek Roberta Harta, czy też innych pionierów permakultury, korzystam ze zbioru kilkudziesięciu książek, na ślad których nie traficie zbyt łatwo. Pozostały mi dwa sezony do opisania i mam nadzieję wersję roboczą skończyć pod koniec maja.

Druga książka to nowa, poprawiona i uzupełniona wersja Zielnika Podróżnego w zmienionej szacie graficznej i nieco inaczej zredagowana. Ta nowa wersja wzięła się z tego, że pierwszą wersję napisałem w 2010/2011 roku (została wydana w 2012r.), a z mojej perspektywy było to naprawdę bardzo dawno temu. W nowej wersji będzie sporo zupełnie oryginalnych materiałów etnobotanicznych i wiele nawarstwionych latami przemyśleń.

Obydwie książki nie mają jeszcze wydawcy (wydawców) i sprawy są w toku, a ja jestem otwarty na propozycje!

Filmowe relacje instruktażowe, czyli Biotop Lechnica znowu nadaje…

To całkiem nowa forma aktywności. Pierwszą taką relację na temat sposobu zastosowania ceramicznego systemu OLLA już znacie (lub zaraz poznacie…), a w najbliższą niedzielę 26.04.2020 postaramy się o pokazanie Wam jak można tworzyć zasłony fitomelioracyjne w naszych mieszkaniach… Miałem o tym zagadnieniu całą serię wystąpień kilka lat temu w Galerii Bunkier Sztuki w Krakowie, ale sytuacja ciągle jest aktualna, a ja sam powróciłem do budowy tego typu barier u siebie w mieszkaniu. Smog i wysokie temperatury, a także rozmaite formy depresji związane z odseparowaniem od przyrody, dotykają nas ciągle i bez widocznych zmian. W czasie zarazy zafundowano nam zupełnie zabójczy zakaz bycia w przyrodzie, nawet Planty Krakowskie były niedostępne. To bardzo wyrafinowany sposób dręczenia mieszkańców miast. Zapraszam więc do filmowych relacji i sądząc po rewelacyjnym odbiorze materiału o systemie OLLA, ma to sens. Z czasem przekształcimy relacje filmowe w stały kanał Biotopu Lechnica i mam nadzieję nadawać wprost z ogrodu, zadrzewień i lasu karmiącego.

Kończę i do roboty!

Świętujcie Dzień Ziemi każdego dnia roku!

jaglowabrut

 

 

Irysy i cyklameny z kolekcji KEW… w Biotopie Lechnica

We wpisie na blogu: etnobotanicznie.pl pokazałem kasztanowca indyjskiego z Królewskiego Ogrodu Botanicznego w Londynie, a tu opiszę dwie fascynujące grupy roślin, które uprawia się w KEW, ale i w skromnej i znacznie mniejszej kolekcji roślin górskich w Biotopie.

Irysy – kosaćce, zazwyczaj łączymy z bagnami, podmokłymi terenami wokół jezior            i podobnymi środowiskami, w których spotykamy kosaćce żółte, a czasem też kosaćce syberyjskie. Zazwyczaj kojarzymy je z rozległymi kłączami i wieloma ogrodowymi odmianami, mieszańcami i gatunkami, które zazwyczaj są dość okazałe i czasem przekraczają nawet jeden metr wysokości. Jednak w świecie irysów (a w mitologii greckiej – irys to boginka i uosobienie tęczy) bywają przepiękne, drobne i wysokie na 15-20 cm irysy, które wyrastają z cebul. Rosną często w skalistym i stosunkowo suchym terenie, a bywa, że kwitną wczesną wiosną. Aktualny stan systematyki roślin, a w tym irysów przedstawia się jak po przejściu porywistego wiatru i szukając odpowiedzi na proste pytanie o nazwę gatunkową natrafiamy na plątaninę starych, nowych, średnich i tworzonych w sposób oznaczający istnienie wielu krzyżówek, podgatunków i odmian, w tym także kultywarów, czyli odmian stworzonych przez ogrodników.                                Tak czy siak chodzi o niskie (a jeden z przedstawicieli nazywa się irysem niskim – Irys pumila, chociaż chodzi bardziej o gatunki: Iris planifolia i I. clusiana i podobne) irysy z suchych, górskich, a przynajmniej kamienistych stanowisk.                                                Bardzo interesujące stanowiska jednego z tych niskich gatunków istnieją                              w powulkanicznym obszarze na Słowacji przy samej granicy z Węgrami (w 2019 roku zwiedzaliśmy ją podczas 3. Etnobotanicznej Wyprawy Biotopu Lechnica ).

Wiosną 2019 roku posadziłem kilka niskich kosaćców w moim skalnym ogrodzie (… w budowie). Zamierzam wzbogacić kolekcję także w tym roku. Jeżeli jest pośród Czytelników miłośnik kosaćców „cebulowych” i ma ich nadmiar… 🙂 proszę o kontakt!

IMG_3587 (3)

IMG_3585

Od pierwszych spotkać z cyklamenami w ciepłych laskach dębowych Pirynu w Bułgarii, a potem w Alpach Julijskich i w Kalabrii, a także na Sycylii, nabierałem ochoty na uprawę tych pięknych roślin w górskim ogrodzie. Podobnie jak opisywane wyżej niskie irysy są to rośliny cieplejszych rejonów Europy, ale …

Niżej pokazuję cyklameny gatunku Cyclamen caum, które tej wiosny wzbogaciły moją skromną kolekcję, a pochodzą ze sklepu KEW w Londynie. Do wysadzanych gatunków określonych wcześniej przez uprawiających je doskonałych ogrodników i botaników, dodaję sukcesywnie przecenione, mocno podpędzone chemicznie „fiołki alpejskie” z hipermarketów i sklepów ogrodniczych. Najczęściej chorują, stają się znacznie mniejsze, zmieniają kształt i barwę liści i kwiatów, ale po tym „detoksie” od przemysłowego ogrodnictwa naszpikowanego chemią, powracają do swojej pierwotnej postaci czyli dziczeją. Obserwowanie tego procesu daje mi wiele satysfakcji.

IMG_3597

IMG_3594

Specjalnie pokazuję tu sporo fotografii z elementami ekspozycji i ogrodu pokazowego, bo przygotowują je świetni fachowcy, ale nie mogę się zdecydować czy w Biotopie także zastosować podpisy, ściółkowanie wszystkich roślin …?

IMG_3595

Szacunek dla źródeł (w praktyce, nie w słowach)

DSC_5218

Australia, jej unikatowa flora i fauna, rdzenni mieszkańcy – spadkobiercy jednej                z najstarszych kultur na Ziemi, a także powolny proces dochodzenia do równowagi po latach bezlitosnej eksploatacji ziemi i ludzi są w niebezpieczeństwie.                                  To niebezpieczeństwo jest naszym wspólnym zagrożeniem i powinniśmy bardzo poważnie i dogłębnie zobaczyć, co z naszego miejsca możemy zrobić konkretnego              i zmieniającego/otwierającego w dłuższej perspektywie czasowej/kulturowej.

Dwa lata temu (pod koniec 2018 roku) napisałem zręby tekstu jaki zdecydowałem się teraz udostępnić. Wiosną 2019 roku tekst nieco przerobiłem, uprościłem i poszerzyłem   o nowe przykłady sytuacji, których lawinowo przybywa. Pomyślałem, że może najbardziej odpowiednim miejscem do prezentacji tekstu będzie „Festiwal Didgeridoo”  w Wojszynie w 2019 roku i poza projektem Plantline ze źródłowymi elementami kultury Aborygenów, zapożyczonymi z podaniem źródeł i kontekstu, przygotowałem kilka zszywek z niżej prezentowanym tekstem. Niestety, podczas Festiwalu nie udało się tekstu/problemu przedstawić, ani też o nim porozmawiać. Ostatnie miesiące wielkiej zagłady w Australii, której źródłem są wielkie pożary (bagatelizowanie ich                            i wskazywanie na ich naturalne przyczyny lub podpalenia, to błąd i zła wola w świetle identyfikowanych obecnie nowych forma olbrzymiego ognia wywołanego zmianami klimatu i wadliwą gospodarką – o czym też starałem się w miarę możliwości pisać, przy okazji recenzowania znakomitej książki.

Kiedy dymy z płonącej Australii zmieniły wygląd lodowców w Nowej Zelandii, a straty   w unikatowej faunie (bo straty we florze są niemożliwe do oszacowania) liczy się           w miliardach… Stowarzyszenie Didgeridoo „ruszyło z pomocą” Australii…          Chciałbym pomóc i ja!

Dlatego proponuję aby dokładnie przyjrzeć się naszej dotychczasowej praktyce zajmowania się – w jakimś sensie – Australią, bo zdecydowanie łączę didjeridu z rdzenną kulturą Aborygenów i zawsze to robiłem. Poprawienie tej praktyki, kontakty z Aborygenami (ale poprzedzone zdobyciem podstawowej wiedzy), szacunek dla Ich kultury z pewnością otworzy wiele możliwości prawdziwej pomocy. Druga część mojej propozycji, którą ja sam praktykuję, to wysiłek podjęty w celu orientacji w tym co naprawdę dzieje się z naszą Ziemią, z ludźmi i niszczycielską kulturą pochodzącą              z Europy. Tu się to wszystko zaczęło i to tutaj się powinno skończyć. Jest bardzo silny        i konkretny związek pomiędzy praktykami permakulturowymi, studiowaniem rdzennych kultur, uczestniczeniem w lokalnej polityce i świadomym, chociaż trochę mniej egoistycznym i bezrefleksyjnym, stylem życia. Mogę oczywiście wpłacić „jakąś stówkę” (cytat z netu) na wezwanie, ale mam nadzieję, że moje propozycje są też coś warte, a mogą przynieść dobre skutki na bardzo długo. Tekst jest włączony do 4 numeru naszego herbalistycznego zina pt. The Diggers Morning, który ukaże się wiosną 2020 roku. Zachowałem w nim styl związany z pierwotnym przeznaczeniem – do prezentacji   i dyskusji w trakcie „Festiwalu Didgeridoo”.

Biotop Lechcnica / The Diggers Morning zine #4/2020

Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy

Zbliża się czas Festiwalu, który w swej nazwie odnosi się do korzeni, rozumianych jako obszar źródeł kultury. Główna bohaterka Festiwalu to trąba Aborygenów, nazywana przez nas: d i d j e r i d u, co zapisujemy na kilka sposobów, z których ani jeden nie jest poprawny, bo wszystkie mają swoje źródło w nazwie nadanej przez białych kolonizatorów Australii,  a nie w oryginalnych nazwach miejscowych.

Festiwal Dźwięki z Korzenia, nigdy się nie zamykał na swobodne łączenie stylów                    i wzbogacone instrumentarium, a o ile pamiętam, także fujary pasterskie i rozmaite inne instrumenty znajdowały na nim swoje właściwe miejsce. Do pewnego stopnia Festiwal jest też spotkaniem producentów instrumentów, które potocznie przyjęto w Polsce nazywać „etnicznymi”, a często jest tak, że budowniczowie instrumentów także grają na nich publicznie, bywają też prawdziwymi artystami. Wydało mi się to świetną okazją na zaproponowanie Wam / Nam wszystkim, chwili zastanowienia i ewentualnie dyskusji podczas Festiwalu nad kilkoma spostrzeżeniami i faktami, które przypominają o zjawisku, którego najwyraźniej nie wszyscy są świadomi. Jestem przekonany, że taka refleksja pomoże nam wypracować jeszcze lepszą formułę dla Festiwalu i stale go doskonalić           w pozytywnym kierunku, czyli ku formom pełnym wiedzy, uważności i szacunku dla źródłowych kultur, z których – świadomie lub nie – stale czerpiemy.

Trąby Aborygenów narodziły się w części Australii, gdzie w czasach archaicznych rosły eukaliptusowe lasy i żyły termity, a także pewne gatunki pszczół, bez których to elementów pozaludzkich, tradycyjne trąby i techniki gry nie mogłyby się pojawić w formach, jakie znamy. Ich konstrukcja, brzmienia, zastosowanie, zdobienia, kultura muzyczna i duchowa, związane są z tysiącami lat historii rdzennych mieszkańców Australii, których – podobnie jak ich trąby – nazywamy stale mianem nadanym przez kolonizatorów. Aborygeni to określenie wywiedzione z łacińskiego określenia – „od początku”, a więc aborygeni, to wszyscy „ci, którzy byli tu od początku”, a Aborygeni (pisani z dużej litery) to rdzenni mieszkańcy Australii, których historia w Australii – licząc bardzo ostrożnie – ma ponad 50 tysięcy lat. Dane te są stale weryfikowane in plus.

Nie wiem, czy wszyscy jesteście świadomi, ale tzw. Aborygeni (a w istocie wiele rozmaitych klanów o własnych nazwach) zostali okradzeni z ziemi i kultury, podlegali systematycznej zagładzie, a biali kolonizatorzy uprowadzali im dzieci i wychowywali po swojemu. Skutek tego procederu nazwano Utraconym Pokoleniem.

Aborygenów zaliczano do stworzeń zamieszkujących Australię, nie do ludzi. Ten czas to kolonializm. Później zmieniły się nieco metody: okradanie Aborygenów weszło w fazę neokolonializmu, odbywa się nadal, ale już nieco inaczej. Relacje pomiędzy rdzennymi mieszkańcami Australii a potomkami kolonizatorów to ciągle bardzo trudne problemy,      a ich stan jest daleki od zadowalającego.

Ponieważ – jak się okazało – jestem w dużej mierze odpowiedzialny za popularyzację trąb Aborygenów w Polsce, to mam powód do zawracania Wam głowy wątpliwościami, co do stanu naszej świadomej praktyki muzycznej, dotyczącej części kultury jaką przejmujemy  (z całym Zachodem, Wschodem i Północą świata…) od Aborygenów.

Chodzi mi o używanie nazw (czyli powoływanie się na źródło) na nowe instrumenty, których sposób wykonywania nie ma nic wspólnego z tradycją, oryginalnym budulcem i kompleksem ekologicznym z jakich biorą się trąby rdzennych mieszkańców Australii.

Autorzy i współautorzy (zarówno ludzie, jak rośliny i zwierzęta) długiej i fascynującej tradycji trąb z Australii stale tam żyją i stale ich używają, chętnie też (przynajmniej w pewnym zakresie) dzielą się swoją kulturą na wiele sposobów (nagrania, pokazy, koncerty, festiwale, książki, sklepy itp.). Co więcej, mają już tylko swoją kulturę, bo resztę im ukradziono i bardzo niechętnie przyznaje się Aborygenom prawo do swobodnego dysponowania ziemią, łamiąc przy okazji także pozamaterialne podstawy ich animistycznej kultury.

Czy nie powinniśmy sytuacji tej przemyśleć i znaleźć sposoby, aby oddać coś kulturze,           z której tak swobodnie czerpiemy? Szczególnie dotyczy to form zorganizowanych,               a przecież i Stowarzyszenie i Festiwal są takimi formami. Pierwszym dobrym krokiem byłoby może przybliżenie wiedzy o Aborygenach i Ich kulturze?

Ci z Was, którzy wiedzą sporo na temat o jakim piszę, a wydaje się im, że dotyczy jedynie bardzo odległych nam kultur i zjawisk, na jakie nie mieliśmy wpływu, niech posłuchają innej opowieści. Dotyczy ona bardzo bliskiej (w sensie geograficznym i kulturowym) nam tradycji, bo instrumentów i muzyki naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Kilka dni temu przy wymianie zdań na FB, polski producent całkiem udanych fujar pasterskich, a do tego mieszkający na Słowacji (szukający jednak zbytu w Polsce), wyjawił mi, że nie wiedział, że fujara jest instrumentem słowackim. Bardzo Was przepraszam i zapewniam, że nie ma nic osobistego w tym co piszę, ale to jest jakieś kuriozalne nieporozumienie!

Wszyscy doskonale znają się na tonacjach, hercach i gęstości drewna, wymyślają insajderskie „gwarowo-folkowe” nazwy instrumentów i praktyk muzycznych, ale nie wiedzą, co właściwie produkują i na czym grają? A nie dotyczy to przypadkowego fletu,      a fujary pasterskiej, wpisanej na listę UNESCO jako słowacki, narodowy wkład                    w tradycyjne źródła kultury świata! To jest zajmowanie się muzyką i instrumentami „etnicznymi”? Bo rozumiem, że niezbyt trafne, ale jakże w Polsce popularne i zdawało by się oczywiste (?) określenie „etniczny”, odnosi się do pochodzenia instrumentu z jakiejś konkretnej kultury?

Jakiś czas temu, inny miłośnik, rzecz jasna także „etnicznych” instrumentów, podzielił się na FB swoją bardzo krytyczną opinią na temat kilku rodzajów fletów wykonywanych          w porozumieniu ze mną w sposób, który odtwarza najstarsze sposoby postępowania z drewnem (tzw. drewno księżycowe) i wykonywanymi instrumentami (ręczne techniki tradycyjne), oraz sposoby gry na nich. Według niego nasze instrumenty nie spełniają parametrów technicznych, co czyni je trudnymi lub bezużytecznymi, a więc nadającymi się wyłącznie do wyrugowania z obiegu.

Zdecydowanie twierdzę, że tradycyjne instrumenty, nie były w swych początkach tworzone dla udawania fabrycznych, zachodnich fletów o innym przeznaczeniu i technologii wytwarzania. Jeżeli tak się stało, to raczej nie w obrębie źródeł ich pochodzenia,                   a stworzonych znacznie później, wymagań rozrywkowych kapeli i solistów, którzy chcieli / musieli (?), pogodzić klasyczne, uważane za „prawdziwe” instrumenty z ozdobnikami        w postaci „etnicznych” stylizacji.

Herce i idealne strojenia nie są przeszkodą, ale nie były też celem – aż do stworzenia rynku, na którym sprzedaje się wszystko, co jest dostatecznie „etniczne”, ale i zmodyfikowane do grania, wymyślonej stosunkowo niedawno muzyki.

Jeżeli ktoś chciałby użyć argumentu o zapisach muzycznych Kolberga i innych tego typu badaczy z tego samego okresu historii badań etnomuzykologicznych, to wyjaśnijmy natychmiast, że są to uproszczone (albo może ubarwione?) zapisy pojedynczych interpretacji, zasłyszanych kiedyś w trudnych do odtworzenia warunkach i zanotowane    w języku nutowym, który jest produktem całkiem innego kręgu kulturowego niż ten z jakiego pochodzi muzyka i interpretacja muzyczna.

Polskie kapele tzw. góralskie, pełnymi garściami i od zawsze czerpały z muzyki zasłyszanej na Słowacji, budując na niej swoją tożsamość, co obecnie wielu świadomych i uczciwych muzyków z tego kręgu przyznaje otwarcie. Taka samoświadomość daje nadzieję i otwiera drzwi do budowania autentycznej kultury pogranicza. Niestety, nie wszyscy uczymy się na dawnych błędach i swoista swoboda w przywłaszczaniu sobie każdej rzeczy, o której zdecydujemy, że się nam „przyda”, albo że się szybko sprzeda, zaczyna dotyczyć wyjątkowych instrumentów muzycznych.

Aby było jasne: jestem zdania, że konstruowanie instrumentów, w tym instrumentów modyfikowanych i zupełnie nowych, nie jest zabronione, ba, jest nawet wspaniałym doświadczeniem, które może wzbogacać kulturę na wiele sposobów, ale tylko w sytuacji prawdziwego szacunku dla źródeł, wzorów i zasobów, które nie my stworzyliśmy.

Autentyczne instrumenty – w rodzaju fujary pasterskiej – były instrumentami osobistymi      i solowymi. Granie zespołowe, o ile miało kiedykolwiek miejsce, było rzadkim rytuałem,      a wzmocnione lub wywołane zostało poprzez sytuacje, jakie stworzono sztucznie organizując wielkie festiwale, koncerty i wszelkiego rodzaju imprezy muzyczne. Wiele instrumentów tego typu ma drobne skazy materiałowe, pewne zawirowania tonacyjne, mocną „górę” lub „dół” oraz kilka cech specyficznych i niepowtarzalnych. Należą do nich: wyjątkowa śpiewność, skłonności do przegłosów uzyskiwanych w nietypowy sposób i wiele innych aspektów, które poznaje się przez muzyczną praktykę trwającą wiele lat.

Każdy muzyk szuka swego idealnego instrumentu, bywa, że latami. Myślicie, że chodzi        o herce, gęstość drewna, menzury, cienkość ścianek albo idealne strojenie z elektronicznym stroikiem? Może chodzi o zastąpienie drewna szkłem, plastikiem lub metalem, a dłuta i ręcznego świdra tokarką lub laserem? Zdecydowanie – nie!

Zamieniając ciężkie, czasem nieco chropowate, ale i zaskakujące brzmieniem, tradycyjnie    i mozolnie wytwarzane w małych ilościach instrumenty, na seryjnie wytwarzane matematyczno-fizyczne „ideały”, dobre na każdą okazję, nie tylko fałszuje się tradycję, ale    i zmienia reguły gry. Wszyscy zaczynają brzmieć tak samo, bo sklepy muzyczne                     i internetowe giełdy, pełne są tego rodzaju wytworów, mających jedynie ubarwiać świat „profesjonalnej” muzyki z poszufladkowanych nurtów o handlowych i mylących nazwach. W wyniku tych procesów, autentyczni twórcy źródłowych instrumentów i muzyki, odstawiani są do przegródki z muzyką pierwotną, trudną do słuchania, nie tak sprawną     i wesołą, a więc są ponownie i niejako prewencyjnie okradani z tego co stworzyli.

Korzystanie wyłącznie ze zmodyfikowanych, sztucznie „ułatwionych” instrumentów, zmienia praktykę muzyczną, wyobraźnię i swoistą kreatywność, jaka się pojawia w trakcie pierwszego badania indywidualnie potraktowanych instrumentów, wytworzonych w tradycyjny sposób i z poszanowaniem drewna. Zarówno w przypadku „didjeridu”, jak          i rodziny fletów z bzu czarnego, tracimy w ten sposób nie tylko unikalne konstrukcje ze specjalnie pozyskiwanego i spełniającego bardzo subtelne wymogi drewna, ale sporą część obszaru kreatywnego, indywidualnego i satysfakcjonującego procesu tworzenia muzyki lub rytualnej przestrzeni zbudowanej z tkanki dźwiękowej.

Energia muzyki nie ma jednego źródła i nie pojawia się na zawołanie po odtworzeniu szeregu zadanych nut. Brzmienie, które „kroczy przed muzyką”, to znacznie bardziej złożone zjawisko o podstawowym znaczeniu dla ambitnych twórców. Instrumenty tradycyjne nie zostały stworzone dla precyzyjnego realizowania zamierzeń nieznanego nam kompozytora, który napisał (lub zapisał jak potrafił) nuty znacznie upraszczające sferę brzmienia, techniki wykonawcze i w konsekwencji całą muzykę.

W przypadku tradycyjnych instrumentów o indywidualnym wyrazie, muzyk jest zarówno kompozytorem jak i wykonawcą, a do tego ma warunki dla tworzenia utworów muzycznych w czasie rzeczywistym oraz sferę satysfakcji trudnej do porównania                 z czymkolwiek poza momentami duchowego wglądu.

Dlatego trudno się pogodzić z zarzutami, że tradycyjne instrumenty, wytwarzane technikami znanymi od setek, a nawet tysięcy lat są „gorsze”, bo nie tak gładkie i nie tak dobrze przystosowane do oczekiwań i mentalnych możliwości masowego odbiorcy.

Każdy niech robi to, co uważa za słuszne i uczciwe, ale trochę wiedzy, zastanowienia            i refleksji zawsze i wszystkim się przydaje. Z pewnością uda się wypracować bardziej zadawalający stan wiedzy o prawdziwym znaczeniu i wartości tradycyjnego wytwarzania instrumentów i ich właściwego zastosowania, nikt na tym nie straci, a zyskamy wszyscy.

Mamy wielu wspaniałych budowniczych pięknych kopii i nowych typów instrumentów (a kilku z nich wie, że zawsze ich wspierałem i szczerze podziwiam efekty ich pracy) i chodzi jedynie o realne formy, jakie powinny się pojawić w konsekwencji autentycznego szacunku dla źródeł.

Aby nie sprawiać wrażenia, że praktyki tego rodzaju dotyczą jedynie didjeridu lub fletów      z bzu czarnego, wymienię inne, które doskonale pasują do opisanego schematu: bębny „szamańskie” (w tym „szamańskie bębny wegańskie” z membranami z papieru, a nie skóry!), afrykańskie bębny „djembe”, misy pocierane „niby z Tybetu” w kalifornijskiej wersji kryształowej, fletnie, ksylofony, lamellophony, a także wiele prostych instrumentów strunowych i smyczkowych.

Poza wszystkimi kwestiami kulturowymi, technicznymi i aktualnie modnymi nurtami światowej pop-kultury, pozostaje kwestia zwykłego szacunku dla ludzi, do których przynależy przejmowana przez nas kultura. Gdyby nas to obchodziło, gdybyśmy studiowali źródła i kontaktowali się z twórcami czy spadkobiercami oryginalnych kultur, to                  z pewnością moglibyśmy znaleźć pola do współpracy. Współpracy, a nie zawłaszczania.

Pierwszym krokiem na drodze właściwie pojętej współpracy, mógłby być szacunek okazany przez uporządkowane nazewnictwo, nie odwoływanie się w celach reklamowych do tradycji nam nie znanych i nie praktykowanych, pomoc ludziom i instytucjom wspomagającym kultury źródłowe znajdujące się w stałej opresji.

Może uda się nam wspólnie zrobić krok w dobrą stronę?

Marek Styczyński, Biotop Lechnica / Kraków, wiosna 2019

P.S. Ponieważ w Australii spłonęły wielkie obszary leśne, to ograniczone już mocno przepisami o ochronie przyrody wywożenie z Australii drewna eukaliptusowego, służącego do wykonywania trąb, będzie pewnie drastycznie zahamowane. Zniknął też spory rezerwuar materiału dla budowania trąb przez samych Aborygenów (dla siebie czy też dla turystów i pasjonatów gry na nich). Wydaje się, że prawdziwa pomoc od europejskich miłośników trąb może się ujawnić w dalekim od muzyki sektorze leśnictwa i permakulturowego rolnictwa w Australii. Nadciąga szybciej niż myślałem czas, w którym moja kolekcja eukaliptusowych trąb wykonanych przez Aborygenów znanych mi czasem z imienia i nazwiska, będzie miała wartość pokazową – oto jak wygląda rytualna trąba Aborygenów wykonana z eukaliptusa! Zupełnie się z tego nie cieszę.

 

 

Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce

Permakultura ewoluuje nieprzerwanie od lat 70. XX wieku i przybiera bardzo interesujące formy. Pismo Permaculture Magazin wydawane w UK, w 2018 roku obchodziło 25 lat istnienia, a ilość poradników, książek, kursów, ośrodków i indywidualnych przedsięwzięć z permakulturą jako podstawą działania stale rośnie.    Dla mnie, to Bill Mollison i Robert Hart są prawdziwymi bohaterami naszych czasów (wprawdzie odeszli jakiś czas temu, ale trudno mówić o Nich w czasie przeszłym, bo żyją w tak wielu ważnych przedsięwzięciach na świecie), a dodałbym do Nich jeszcze kilku pionierów, z których Masanobu Fukuoka, Russel Smith i Mark Shepard wydają się mi najciekawsi. Osobne miejsce ma niezwykły Joe Hollis ze swym lasem pełnym wspaniałych roślin. Można by tak jeszcze wymieniać wielu ważnych ludzi permakultury, ale jest ich tak wielu, że pozostaje się tylko cieszyć ich obecnością.

Od pierwszej myśli o permakulturze jako skutecznej formie ratowania naszego środowiska w systemie tym nie chodziło jedynie o techniki ogrodnicze. Podstawy etyczne, jasne cele i sposoby ich realizacji kształtujące nową ekonomię, styl życia w zgodzie z prawami ekologii zmieniają nawyki wielu ludzi. Nie stosowanie nawozów sztucznych i zakładanie wyniesionych grządek lub spirali ziołowych nie stanowią istoty permakultury i warto zainteresować się szerszym kontekstem tej światowej, cichej rewolucji.

W otwartym dostępie jest już zapowiadany wielokrotnie tekst Anny Nacher pt. Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce. Tekst znajduje się w nowym numerze pisma Prace Kulturoznawcze  w numerze – Kultura Misji. Bez problemów technicznych i bez opłat możecie sobie ten tekst przeczytać i wydrukować, a jest to tekst pionierski pod wieloma względami. Doskonała lektura na ciemną część roku, na czas refleksji i planowania.

Deep Listening

66595703_2972214029462585_1694979122192711680_o

Praktykując permakulturę, wcześniej czy później napotkamy problemy z uważnością. Obserwacja przyrody, jej naturalnych rytmów i zaskakujących rozwiązań, która jest podstawowym elementem projektowania permakulturowego, nie jest techniką ani łatwą, ani też daną ot tak. Jest umiejętnością, która wymaga wypracowania. Zawodowi przyrodoznawcy mają jakiś zasób praktyki wyuczonej w trakcie studiów i/lub wykonywania zawodu, amatorzy zazwyczaj uczą się wolno i boleśnie. Jednym z aspektów uważności jest pełne skupienia słuchanie otoczenia. Ten rodzaj słuchania daje wiele satysfakcji, wiedzy i inspiracji.

W światowej muzyce nurt o nazwie deep listening kojarzony jest z niezwykle interesującą badaczką, kompozytorką i performerką – Pauline Oliveros. Płyty, zapisy warsztatów, nagrania, biuletyny OM (od Other Music) i wszelkie wieści z „obozu” Oliveros w USA były przez 20 lat naszym stałym elementem nauki i inspiracji.

Pauline Oliveros zasłynęła także jako „odkrywczyni” możliwości improwizacyjnych akordeonu i na stałe wprowadziła ten instrument na sceny eksperymentatorskie. Tym bardziej ucieszył nas (a pisząc „nas” i „naszym” – myślę tu o projekcie The Magic Carpathians) projekt Głębokie Słuchanie i zaproszenie aby zbadać w jakim zakresie możemy znaleźć w nim swoje miejsce w 2019 roku.

Projekt doczekał się dokumentacji w postaci wydawnictwa książkowego i sprawia mi dużo radości fakt, że pierwsze, prapremierowe spotkanie promujące książkę Głębokie Słuchanie odbędzie się podczas mojego autorskiego cyklu w Krakowie.

Poniżej zamieszczam tekst Organizatorów Projektu i Wydawców książki.

12.12.2019, godzina 19.00

Promocja książki podsumowującej projekt Głębokie słuchanie realizowany w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, na który złożyły się wystawy, wykłady, performances i spotkania z artystami.

Tytuł został zaczerpnięty z koncepcji kompozytorki Pauline Oliveros, która w ramach głębokiego słuchania praktykowała obserwacje własnego ciała, mające prowadzić do umiejętności nasłuchiwania Innego. Celem tych ćwiczeń miało być przekształcenie nawyków percepcyjnych w celu wykształcenia postawy czujności i otwartości w stosunku do otoczenia.

Udział wzięli: Karolina Freino, Martyna Łyko, Jolanta Jastrząb, Honorata Martin, Daniel Koniusz, Tomasz Koszewnik, Norbert Delman, Karolina Grzywnowicz, Piotr Bosacki, Konrad Smoleński, Adrian Kolarczyk, Iwona Demko, Mateusz Kula, Cecylia Malik, Anna Nacher, Marek Styczyński.

Galeria BWA stała się podczas trwania projektu tymczasowym laboratorium pracy z dźwiękami. Pełniła  funkcję pojemnika gromadzącego różnego rodzaju opowieści, śpiewy, zawodzenia, trzeszczenia, zgrzyty, oddechy, szelesty. Działania zaproszonych artystów  rozpięte były  pomiędzy trzema zagadnieniami: słuchaniem jako narzędziem badawczym, w ramach którego oddaje się głos uciszanym, terapeutycznym ćwiczeniem z uważności, którym zaproszeni artyści dzielą się z odbiorcom, wreszcie wsłuchiwaniem się w otoczenie, jednocześnie czułym, jak i krytycznym.

Spotkanie z kuratorką projektu Martą Lisok połączone będzie z prezentacją Marka Styczyńskiego, który razem z Anną Nacher przygotował  w galerii audioperformance w oparciu o dźwięki topiących się brył lodu.                                                                                       Jak mówi Marek Styczyński: „Intensywnym słuchaniem wody i środowisk wodnych zajmujemy się od wielu lat; owocem tej fascynacji były płyty z serii Biomusic koncentrujące się głównie na środowisku brzmieniowym wybrzeża Bałtyku i związane z projektem ochrony fok oraz morskich ssaków. Znacznie później pojawiło się kilka zarejestrowanych soundwalków zza kręgu polarnego, gdzie rejestrowaliśmy wzorce dźwiękowe o dłuższych przebiegach czasowych — korzystając z możliwości auralnych jedynych w Europie większych obszarów, gdzie dźwięki silników spalinowych należą do rzadkości. Udało nam się uchwycić przeplatające się sekwencje głosów ptasich oraz wszechobecnego żywiołu wody. To wtedy właśnie usłyszeliśmy wyraźnie, jak mocno jesteśmy włączeni w obiegi wody, które rozgrywają się dookoła nas, ale także — za sprawą padającego tam niemal nieustannie deszczu — na powierzchni naszej skóry. Drobne napięcia powierzchniowe, subtelne głosy kropel odbijających się o bardzo różne powierzchnie, rozchodzące się w powietrzu o różnej gęstości – to wszystko stało się zapowiedzią dyskusji, która miała dopiero się rozpocząć.

Obiegi wody kryją się w samym centrum debat o zmianie klimatycznej: o topniejących lodowcach arktycznych i wysokogórskich; o zwalniającym prądzie Golfstrom; o obniżających się zasobach wód gruntowych w górach; o wysychających i wyschniętych, zabetonowanych miastach; o katastrofalnych powodziach.

Zapraszamy do głębokiego słuchania obiegów wody (…) Naszym przewodnikiem w tym słuchaniu będą zmiany stanów skupienia oraz jedna z najstarszych, tradycyjnych metod zatrzymywania wilgoci i nawadniania z południa Europy, pozwalająca na uprawę roślin nawet w ekstremalnie suchych warunkach: system ceramicznych naczyń olla (…).

Spróbujemy — słuchając — odnaleźć drogę środka między dwoma ekstremami, które w dobie zmiany klimatycznej stają się naszą codziennością”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

dr Marta Lisok, adiunkt w Zakładzie Teorii i Historii Sztuki ASP w Katowicach, absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego i filozofii Uniwersytetu Śląskiego.  Autorka książki „Dzikusy. Nowa sztuka ze Śląska” i licznych tekstów o sztuce. Współpracowała z czasopismami „Dwutygodnik”, „Fragile”, „ArtBuisness”. Kuratorka wystaw w Galerii Sztuki Współczesnej ( m.in. „Mleczne zęby”, „Nocne aktywności”, „Drobnostki”, „Replikantki”, „Nic nie widać”, „O powstawaniu i ginięciu”, „Mocne stąpanie po ziemi”, „Przypadkowe przyjemności”, „Widmo”, „Przesilenia”, „Próba sił”). Stypendystka Marszałka Województwa Śląskiego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

66071733_2309165612463336_7021386825826566144_o

 

Inula racemosa / Rosa webbiana

Mam nadzieję, że kiedy długo się nie pojawia kolejny wpis, to Rozumiecie, że powodem nie jest brak, a obfitość – dużo pracy i wyjątkowo (?) dużo tematów. Kilka komunikatów na początek, które są konieczne, a i pora roku skłania do przemyśleń i zaplanowania zmian. Pierwsza zaplanowana zmiana, to połączenie moich wiadomości do Was z blogów: etnobotanicznie.pl i biotoplechnica.eu w jedno miejsce. Będzie to poszerzony o zasób wpisów z „etnobotanicznie” blog http://www.biotoplechnica.eu  Przeglądam wpisy z wielu lat i to prawdziwa książka o roślinach i kulturze, ale też i pewnego rodzaju dziennik, który całkiem ładnie pokazuje jak wszystko zmierzało do miejsca zwanego teraz Biotop Lechnica i górskiej permakultury z kolekcją interesujących roślin. Ta zmiana jest konieczna, a przy jej okazji może uda się zrobić czytelny katalog roślin/wpisów z „etnobotanicznie”. Jest w tym trochę chęci aby jednak nakłonić do czytania starszych wpisów, bo jest w nich spory zasób inspirujących roślin, sytuacji, książek i ludzi. Proponuję łatwą praktykę, szczególnie tym, którzy od niedawna czytają moje wpisy na wspomnianych blogach… Jeżeli czytacie nowy wpis, to kliknijcie na jakikolwiek miesiąc w roku 2014 lub 2015 … i zobaczcie co tam się znajduje?! Moje wpisy traktuję jako kontynuację wieloletniej aktywności etnobotanicznej, permakulturowej, moich i naszych z A. książek, czasem także materiału wydanego na płytach, sporów, przyjaźni i rozwiewających się jak sen znajomości. 🙂 Jeżeli więc, wiosną czy wczesnym latem nie znajdziecie w sieci http://www.etnobotanicznie.pl, to nie wpadajcie w przygnębienie 🙂 i swobodnie szukajcie zasobów na http://www.biotoplechnica.eu

Drugi komunikat, dotyczy naszego zina – The Diggers Morning : Radykalny Herbalizm / Permakultura / Dzikie Bycie. Przygotowujemy numer 4 pełny interesujących materiałów. Będzie w nim materiał nt. permakultury w postaci zestawienia 4 krótkich materiałów jakie opracowywałem dla 4 spotkań otwartych pt. Permakultura. Przeciw Globalnej Katastrofie. Można ten materiał traktować jako kurs podstawowy nt. projektowania i technik permakulturowych w bardzo autorskim, moim ujęciu. Do tego dodamy opis naszych filmów jakie Wytwórnia SPITZENBERG STUDIO wyprodukowała przez ostatnie 4 lata. Przypominam, że poza filmem Śmierć   filmy możecie zobaczyć jedynie podczas autorskiej prezentacji. Powoli tego rodzaju prezentacje są organizowane także z Waszej inicjatywy. Pokażę też w osobnym tekście ilustrowanym fotografiami z Biotopu i na szerszym tle kulturowym, system oszczędnego nawadniania OLLA i kilka prostych i praktycznych rozwiązań wzbogacających nasze praktyki ogrodnicze. Będzie też przegląd ważnych książek… oraz notki na temat tekstów i publikacji jakie powstały w ostatnim roku z udziałem Biotopu Lechnica. Zin jest wydawany w formie papierowej i należy go sobie zakupić przy okazji wielu naszych spotkań publicznych lub w Biotopie, albo w specjalnych sytuacjach można też zamówić do wysyłki. Nowy numer zina startuje w połowie lutego 2020 roku podczas spotkania daleko od Biotopu…

Trzeci komunikat dotyczy warsztatów terenowych w 2020 roku… Dobra wiadomość, to ta, że będę je prowadził i postaram się podać terminy i tematy w styczniu. Poza permakulturą i etnobotaniką, co w Biotopie bardzo naturalnie splata się ze sobą, ze względu na charakter naszego ogrodu i okolicy, a także budowaną powoli kolekcję roślin ważnych ze względów ich niezwykłych właściwości, biologi i obecności w kulturze ludzkiej, zastanawiamy się nad nurtem spotkań i warsztatów nastawionych na kulturę alternatywną w kontekście katastrofy ekologicznej jaka nieuchronnie nadciąga. Nie wszystkim odpowiada obojętne i bierne czekanie… mam nadzieję?!

A teraz już do świata roślin… to zawsze jest takie uwalniające i oczyszczające doświadczenie! Dzisiaj mam dwie niezwykłej urody i siły rośliny! Pierwsza z nich to oman Inula racemosa  w Ajurvedzie nazywany – PUSHKARAMULA (a proszek z jego korzeni to Punarnava Manolur), w Tybecie znany jako Tsarong albo Tsewang.

Zobaczcie jaka wielka i piękna jest ta roślina, wszystkie foty z Biotopu Lechnica w drugim roku uprawy.

IMG_2033

IMG_2375

IMG_2376

W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej oman ten znany jest jako – oman z prowincji Syczuan. Dalej zaczyna się jednak dość charakterystyczny galimatias… którego nawet ogólnopolski zielarski Guru R. 🙂 nie rozwiąże zbyt szybko, a w praktyce – jak przypuszczam, wcale. Otóż w zasobach aptecznych w Chinach są trzy podstawowe specyfiki przypisywane omanowi I. racemosa. Chuan Mu Xiang to oman chiński z Syczuanu, Mu Xiang – to specyfik z korzeni dwóch zupełnie innych gatunków roślin (Aucklandia i Saussurea), a Tu Mu Xiang to korzeń omanu Inula hellenium.

Zebrałem uważnie wszystkie kwiaty i mam sporo nasion Inula racemosa, a według tego co wiem od bardziej doświadczonej osoby, od której roślinę (w formie kawałka karpy korzeniowej) dostałem, całkiem dobrze się rozwija z wysianych nasion.

Wymagania tej rośliny to sporo miejsca, podmokłe stanowisko i najlepiej w środkowej części ogrodu, aby roślina nam nie „uciekła” z ogrodu. KTO z Was ma ochotę spróbować z omanem…? Wymienię za nasiona, bulwy itp. ciekawych roślin z Waszych upraw. Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

IMG_3143

IMG_3144

Druga roślina na dzisiaj, to róża z podobnej strefy (rośnie powyżej 1500 m do 4000 m n.p.m. w Himalajach, Tybecie, a moi przyjaciele odwiedzający Laddakh w Indiach są w tej róży zakochani. Jej wielkie, obsypane różowawymi kwiatami krzewy, pośród surowych, bezdrzewnych pustkowi górskich robią wrażenie. Róże te widywałem w Nepalu, ale tam przegrywała u mnie z innymi gatunkami roślin i bardzo się ucieszylem, że po latach uważni ludzie, zwracający uwagę na otoczenie w Laddakhu przywieźli kilka owoców tej róży. W Biotopie Lechnica z owoców wydobyłem nasiona, bardzo dużo nasion (ilość nasion była niezwykła, to pewnie przystosowanie gatunku do trudnych warunków środowiskowych) i wysiałem w foliowej „szklarence”. Róża nadspodziewanie dobrze wzeszła, ale bałem się zimna i siewki przekazałem w zawodowe ręce Piotra, który kilka dni temu pokazał mi fantastyczny widok. Mam w Biotopie pewien zapas i zobaczymy jak bardzo róża ta jest plastyczna, ale na wszelki wypadek, następna partia zostanie wysadzona w dużej, zawodowej szklarni. Poza darczyńcami, ktorych ogród pomieści wiele róż z Laddakhu, będzie na wiosnę (mam taką nadzieję!!!) trochę sadzonek do rozdania w dobre ręce…. wymiana jak wyżej!

IMG_3201

IMG_3202

Na koniec tego wpisu, pochwalę się takim oto dyplomem… Było mi bardzo przyjemnie, bo wręczenie dyplomu i pamiątkowego medalu miało miejsce przy okazji mojego proszonego wykładu dla pracowników i studentów UR w Krakowie. Cieszę się najbardziej z tego, że udało się u samego źródła przekonać do permakultury. W 2019 roku pierwszy student UR w Krakowie, obronił pracę inżynierską z podstaw permakultury! To był znacznie ważniejszy i przełomowy moment, a dyplom tylko potwierdza, że warto rozmawiać z mądrymi ludźmi.

IMG_3214

Napis na dyplomie nie jest krzywy, to wina mojej fotki…