WYSTAWA! Lechnica… w Krakowie!

O naszych Plenerach : Fotograficzna Akcja Górska I i II w listopadzie 2016 i czerwcu 2017 roku już pisaliśmy, ale teraz z radością opiszemy podsumowanie tych pionierskich i jak się okazało, owocnych Akcji! Jak to zwykle bywa, po radosnym fotografowaniu w grupie pasjonatów, przychodzi czas na wybór najlepszych prac i trudne samoograniczenie w wyborze tych, które mają być publicznie wystawiane. Później, wyzwaniem jest sama produkcja wystawy, a w tym, jej ważnej części, czyli wernisażu.

WystawaSarotKalmus

WystawaKiwakLudzie

WystawaSarotTlum

Jak mówi się w starych księgach: wielu było wezwanych, ale nieliczni zostali wybrani…  w naszym przypadku Autorzy to: Napoleon Bryl, Timea Budzakova, Dawid Juszczyk, Bogdan Kiwak, Omar Marques, Krzysztof Olszak, Elżbieta Prokopowiecz, Agnieszka Rembiasz, Marcin Sarota, Małgorzata Tomica-Pyrdoł. Wystawa obejmuje 41 fotografii wymienionych Autorów. Muszę przyznać, że nasi Autorzy (poza Bogdanem i Marcinem, którzy byli równocześnie organizatorami FAG), wykazali dużo cierpliwości i wiary w finał, który nie jawił się wszystkim jako oczywisty. W dobie kultury cyfrowej, coś co trwa ponad rok, wydaje się być całkowicie nierealne i mało kto, zdobywa się na systematyczną pracę i wiarę w realizacji założonego celu. Tym bardziej dziękuję Autorom i Ekipie Realizatorów, że nie ulegli śmieciowej kulturze błyskawicznych baniek mydlanych o połyskliwym, cyfrowym zdobieniu 🙂 ! Elżbieta Prokopowiecz wyszła daleko poza rolę Autorki fotografii i wiele zrobiła dla promocji Wernisażu w klasycznym, najbardziej skutecznym i zwyczajnie prostym stylu promocji slow… 🙂 Dziękujemy Jej i kilku innym osobom za życzliwą pomoc! A i my sami też coś do tego dołożyliśmy! 🙂

WystawaSarotOficjele

WystawaSarotUśmiech Zazwyczaj podziękowania tzw. czynnikom oficjalnym,  są dość zdawkowe i nie dotykają sensu działania. W naszym wypadku możemy być dumni, że zaufanie jakim nas obdarzyli mieszkańcy Lechnicy i pan Starosta Jozef Musala, zaowocowało zaufaniem i życzliwością w czasie przygotowań do Wystawy. Bez tego zaufania i entuzjazmu szefa Stowarzyszenia Słowaków w Polsce, pana Ludomira Molitorisa i Jego współpracowniczek : pani Jolanty Korczyńskiej i pani Ewy Kozioł, takiego Wernisażu pewnie by nie było.

WystawaSarotTrzech

WystawaSarotJozef

Stara szkoła mowi, że wernisażowi i wystawie powinny towarzyszyć wydawnictwa; plakat, zaproszenia i katalog… i udało się: plakat zaprojektował Bogdan Kiwak i p. Ewa Kozioł, zaproszenie z fotografią Bogdana Kiwaka zaprojektowała Ewa Kozioł. Z Katalogiem było sporo pracy, ale mimo technicznej skromności, od dzisiaj zaczyna być wydawnictwem legendarnym! 🙂 Fotografie przedstawiające Autorów i po jednej pracy każdego z Nich, przekazali wraz z notkami biograficznymi sami Autorzy w swoich językach: polskim, słowackim i angielskim. Tu włączyła się w realizację projektu niewidzialna ekipa: Anna Nacher, która przełożyła skrócone notki o Autorach na język angielski i jest współautorką „wstępniaka” do Katalogu. Weronika Gogola, młoda pisarka, której głośny debiut zadziwił wielu, gościnnie dołożyła swoje świetne tłumaczenia tekstów polskich na język słowacji. Weronika gościła w Biotopie Lechnica i mamy nadzieję, że to dopiero początek dobrego kontaktu i współpracy. Katalog w wersji podstawowej zaprojektował Marcin Sarota, a wersja ostateczna jest wynikiem pracy p. Ewy Kozioł z moim udziałem. Wszystkie druki wykonała Drukarnia Towarzystwa Słowaków w Polsce w Krakowie. Kilkaset Katalogów poszło w świat już w pierwszej godzinie naszego spotkania podczas Wernisażu.

WystawaKiwakJozefplus

WystawaSarotBog

Przypomnieć wypada, że Górskie Akcje Fotograficzne i Wystawa, pojawiły się naturalnie jako część pracy Biotopu Lechnica, tworu bardzo delikatnego, nie zinstytucjonalizowanego i potwierdzającego swoje istnienie realnymi owocami pracy.  Biotop Lechnica zajmuje się permakulturą i bioregionalizmem, a klasyczny model permakultury zauważa i szanuje społeczność miejscową. Fotografowanie jest bliskie tej praktyce, bo notuje to co jest, nie całkiem bez osobistego zaangażowania, ale bez prób na usilne zmienianie, nieprzemyślane przystosowywanie i modyfikowanie rzeczywistości według wydumanych wzorów.

Przybycie na Wernisaż przedstawicieli Instytutu Słowackiego w Warszawie i Konsulatu Generalnego Republiki Słowackiej w Krakowie, to już wielkie zaskoczenie i zaszczyt!  Ucieszyło nas to bardzo, bo zdecydowanie podnosi wagę naszego skromnego przedsięwzięcia i otwiera drogę do następnych (nie tylko naszych) działań. Dziękujemy!

liscienawiatrTYt

spitzenbergStudio

Podczas Wernisażu zaprezentowaliśmy oficjalnie (premiera) krótki film pt. Liście/na/Wiatr, zrealizowany na Szpicy, górze ważnej dla Lechnicy. Zdjęcia i montaż filmu zawdzięczamy Marcinowi Sarocie, a z braku chętnych, ja sam wykonałem krótki, dobrowróżbny rytuał posyłania wysuszonych liści bzu czarnego z pomocą wiatru, we wszystkie strony świata. Liście poniosły życzenia powodzenia dla wszystkich, którzy znajdują się w drodze! Korzenie tego rytuału kryją się w najstarszych pokładach celtyckiej obecności w Pieninach. Film jest pierwszym z cyklu miniatur filmowych skupiających się na obszarze Zamagurza i jego bogatej kulturze, wyprodukowanym przez Spitzenberg Studio. Film inicjuje szersze działanie, które ma na celu stworzenie studia filmowego, fotograficznego i nagraniowego w Biotopie Lechnica (także fizycznie!)… chociaż wydaje się, że to plany na nieco dalszą przyszłość. Po oficjalnej prezentacji filmowej,  już dla bardziej wytrwałych mieliśmy jeszcze pokaz drugiego filmu pochodzącego ze Spitzenberg Studio (który ilustruje rozmaite strategie życiowe)  oraz prezentację fotografii z pracy Biotopu Lechnica, którą z wielką uwagą oglądał nasz gość z Indii, a do tego rozumiał wszystko dobrze, dzięki cierpliwym tłumaczeniom i objaśnieniom Nataszy Styczyńskiej.

WystawaSarotDziewcz

WystawaSarotdzieci

No i na koniec, a przecież nie na końcu! z przyjemnością odnotowuję wspaniałą i liczną grupę przybyłych na Wernisaż. Nie mogę i nie chcę operować słowem „publiczność” czy „miłośnicy fotografii” … bo wiem, że na Waszą obecność w Galerii Sztuki Słowackiej w Krakowie wpłynęło wiele rozmaitych czynników i na tym poprzestańmy! Bardzo Wam dziękuje! Byliśmy razem z Gośćmi przybyłymi z Lechnicy (!), byliśmy razem i rozmawialiśmy  w języku przyjaźni.

WystawaKiwakFoceniefot

WystawaKiwakfotysame

Fotografie z Wernisażu: Marcin Sarota (pamiętał o koledze Bogdanie Kiwaku!) i Bogdan Kiwak (nie pamiętał o koledze Marcinie Sarocie!, którego bardzo mi brakuje w tym przeglądzie fotek z Galerii) 🙂

Fotografii jest i będzie pewnie jeszcze znacznie więcej… z pewnością naprawimy kilka braków w dokumentacji! 🙂

 

 

 

 

Reklamy

Plener i Fotograficzna Akcja Górska Lechnica 2016 – fotograficy uprawnieni do składania prac na wystawę

anetaplener1

Plener można uznać za udany i niezwykle urozmaicony co do technik, obiektów i sposobów myślenia o fotografii. Pierwsze nadsyłane wglądówki zaskakują poziomem, a to dopiero początek… Autorzy mają prawo nadesłać maksymalnie 10 własnych fotografii (powstałych pomiędzy 10 a 14 listopada 2016 roku w Lechnicy i bliskim otoczeniu wsi) na planowaną na 2017 rok wystawę (minimum to trzy fotografie). Powinno to nastąpić nie później niż do końca stycznia 2017 roku. Mamy jednak nadzieję, że prace spłyną do nas jeszcze w tym roku!? Spodziewana ilość bardzo interesujących fotografii, skłoniła nas do szukania poza wystawą innych jeszcze form wykorzystania fotografii za zgodą Autorów. Format fotografii został ustalony na 40 x 50 cm, 40 x 55 cm oraz 50 x 70 cm. Autorzy zdecydują, który z podanych formatów jest dla ich dzieł najodpowiedniejszy, ale ze względu na kompozycję planowanej wystawy byłoby wspaniale dysponować wszystkimi trzema wskazanymi formatami.

Będziemy się w tych sprawach kontaktowali bezpośrednio z uczestnikami naszego fotograficznego spotkania na Zamagurzu.

Lista fotografików uprawnionych do składania prac na Wystawę:

1. Joanna Bratko-Lityńska (PL)

2. Napoleon Bryl (PL)

3. Timea Budzáková (Słowacja)

4. Dawid Juszczyk (PL)

5. Bogdan Kiwak (PL)

6. Ksenia Kucharska (PL)

7. Omar Marques (Portugalia)

8. Krzysztof Olszak (PL)

9. Elżbieta Prokopowicz (PL)

10. Marcin Sarota (PL)

 

Wszystkim bardzo dziękujemy za aktywne uczestnictwo w Plenerze i FAG Lechnica 2016 i wypatrujemy prac wystawowych.

Fot. Aneta

Międzynarodowy plener fotograficzny

dsc_4451

Zapraszamy na II Plener Fotograficzny w Biotopie Lechnica! W dniach 11-13. listopada spotka się kameralna, ale międzynarodowa grupa fotografików, których zadaniem będzie sporządzenie wielokrotnego portretu Lechnicy – przepięknie położonej wsi na Zamagurzu, która na taki portret ze wszech miar zasługuje. Ilość tematów i technik jest więc niemal nieograniczona, spróbujemy zawęzić pole działania podczas wspólnej dyskusji na miejscu. Ideą jest przygotowanie wystawy, którą będziemy chcieli pokazać w miejscowym urzędzie gminy i poza samą Lechnicą na wiosnę 2017.

Uczestnictwo w spotkaniu jest bezpłatne, należy tylko opłacić koszty noclegu (10 EUR/noc/osoba). Nocleg w niewielkim pensjonacie na miejscu. Zainteresowanych prosimy o kontakt na adres marek.styczynski@gmail.com lub bogdankiwak@gmail.com

Warunkiem rezerwacji miejsca jest wpłacenie należności za nocleg do 30. października 2016 roku (dokładniejsze informacje pod wskazanymi wyżej adresami).

Uwaga! warsztaty zbieracko-przetwórcze!

Uwaga, zwróćcie uwagę na zakładkę „Aktualne warsztaty” – jest tam już dokładny program II-gich Jesiennych warsztatów zbieracko-przetwórczych z Kają Nowakowską  i Markiem Styczyńskim, od 11 do 13 listopada! Mocne i odważne wejście w trudną porę roku – to Wam pomoże na jesienno-zimowe smutki 🙂

Kozłek sałatka…

roszponkakwiaty

W listopadzie 2015 roku posialiśmy zagonek roszponki warzywnej Vallerianella locusta i raczyliśmy się jej smacznymi liśćmi w kwietniu i maju! Ta powszechnie „znana” roślina jadalna kupowana jest chętnie w hipermarketach. Chciałem sprawdzić jak ta roślina wygląda w normalnej uprawie, bez chemicznych dopalaczy i sztucznego dogrzewania poza przykryciem siewek agrowłókniną na zimowe miesiące. Pierwsze co widać było już w grudniu i wczesną wiosną, to liście – nie takie okrągłe i nieco innego koloru niż z uprawy masowej i zapewne pozbawionej organicznego podłoża. Rozmiary na wiosnę także biją na głowę te znane, okrągławe i raczej drobne listki w plastikowych pojemnikach… Od kilku dni roszponka w naszej uprawie kwitnie i zmienia radykalnie wygląd. Zaczyna przypominać „normalną” roślinę, która dziko występuje w Europie (także w Polsce…chociaż u nas jest uznawana za archeofit) i nazywana jest na wiele sposobów – kozłek sałatka, raponkuł, sałatka oraz na wiele gwarowych sposobów zniekształcania słowa – roszponka (roszpunka… itd.).

Roślina jest uznana w Polsce za ginącą na stanowiskach naturalnych?

Roszponka jest bardzo smaczna i poza zestawem witamin i minerałów „sałatowych” zawiera także olejki eteryczne, a w zawartości witamin i kilku innych składników bije na głowę powszechnie znane sałaty. Nie jest prawdą, że „czym niejsze liście, tym smaczniejsze” jak to wyczytałem w niektórych opisach spotkanych w sieci… odwrotnie, dopiero spore, normalnej wielkości liście mają cały aromat i dobry smak, co jest całkowicie zrozumiałe. Interesujące są opinie, że sałatki z roszponki działają uspokajająco i uzupełniają niedobór żelaza w organiźmie ludzkim?

Roszponka ma swe miejsce w jednej z bajek Braci Grimm… A my w Biotopie czekamy na nasiona i naturalny wysiew, co wzbogaci zestaw roślin jadalnych rosnących na naszym podwórku. Może uda się zebrać trochę nasion z własnej uprawy?

 

 

 

 

 

 

 

Ściana (dla) ptaków

budkizestawienie

Historia projektowania i budowania tzw. budek dla ptaków jest dłuższa i barwniejsza niż się to zazwyczaj przyjmuje. Dominują w niej trzy nurty: ornitologiczny, artystyczny i społecznościowy, a poprzedzał je stary nurt mocno utylitarny – garnki i kosze ustawiane na murach i płotach dla zwabienia ptaków, które znajdowały zastosowanie w ubogiej wiosną kuchni…

Nurt ornitologiczny bazował niegdyś na konstruowaniu budek na wzór naturalnych dziupli (nawet nazwa – dziuple dla ptaków, lub sztuczne dziuple dla ptaków sugerowała źródło wzorów tych konstrukcji oraz to, że będą służyły tzw. dziuplakom) zasiedlanych przez określone gatunki ptaków. Polecane były budki wykonane z kawałków pni drzewnych z wywierconym wnętrzem i otworem wlotowym, a także wyposażonymi w daszek… Tego rodzaju konstrukcje były na większą skalę trudne w budowie, trudne w kontrolowaniu zasiedlenia i czyszczenia ze starych gniazd i dość podatne na pękanie. Wraz z wprowadzeniem ochrony ptaków przez państwowe jednostki zarządzające lasami, rozpoczęło się poszukiwanie tanich, łatwych do zrobienia i solidnych budek dla rozmaitych gatunków ptaków owadożernych – głównie sikor, ale i drobnych ptaków śpiewających i gatunków chronionych. Zarządzający lasami próbowali w ten sposób spłacać dług zaciągnięty u przyrody pozbawianej w sporym tempie starych, dziuplastych drzew i tzw. ostępów leśnych na rzecz jednowiekowych, równo sadzonych upraw leśnych jednego gatunku. W „budkologii” leśnej celowali Niemcy, ale polski profesor Jan Bogumił Sokołowski (1899-1982) zaproponował bezkonkurencyjne w tamtych czasach tzw. skrzynki dla ptaków. Wykonuje się je z desek, są tego samego kształtu, ale różnej wielkości i z otworami, których średnice pozwalają na precyzyjne przeznaczanie skrzynek dla określonych gatunków ptaków. W kolekcji podobnych skrzynek „Sokołowskiego” jest też skrzynka tzw. półotwarta o nieco innej budowie.

budkakilkablisko

budkikilkablisko2

Potem było już tylko ciekawiej… ornitolodzy, wyjątkowo krytyczny odłam przyrodników wszystkowiedzących, odkryli po latach wymyślania propozycji dla każdego gatunku odmiennych i bardziej wymyślnych, że najlepiej, gdy ptaki mają swoje gniazda w dziuplach i spokojnych, naturalnych i wielogatunkowych ostojach… Ornitolodzy, którzy zajmowali się badaniem (i rzecz jasna ochroną…) ptaków, które nie należały do „dziuplaków” nie chcieli być gorsi w urządzaniu miejsc lęgowych dla swoich ulubieńców i pojawiły się metody przycinania gałęzi wybranych gatunków drzew i krzewów dla szybszego i obfitego kształtowania tzw. okółków, których obecność miała umożliwić zakładanie gniazd ptakom wijącym gniazda… W nurcie „budkowym” pojawiały się konstrukcje nowatorskie i do takich należały budki trocinobetonowe systemu prof. Graczyka z Poznania. Budki te miały wiele zalet, ale także poważną wadę – spory ciężar. To zdecydowało, że nie przyjęły się (chociaż powinny!) w praktyce leśnej.

budkadrabina1

budkikuba2

Warto wspomnieć, że budowanie sztucznych miejsc lęgowych zapoczątkowały nie ptaki, ale… pszczoły i trzmiele, bo ule ( i ich pierwsze wzory – kosze) były właśnie tego typu konstrukcjami. Obecnie buduje się wielkie skrzynki lęgowe podobne do tych prof. Jana B. Sokołowskiego, ale przeznaczone dla chrząszcza – pachnicy dębowej oraz wiele rozmaitych schronień dla pszczół samotnic. Do prawdziwych rarytasów nurtu sztucznych mega budek dla ptaków należą zapewne konstrukcje, jakie oglądałem w Londynie na rekultyowanych terenach Parku Olimpijskiego. Jedna z nich to „budka” wielkości kontenera dla zimorodków, a druga, to sztuczna skarpa dla jaskółek brzegówek. Bardzo ciekawe konstrukcje mają sprawdzone i wykonywane w dużych ilościach skrzynki dla jeżyków i rozmaite wzory skrzynek i schronów dla nietoperzy.

budkikuba1

budkiblisko2

Pozostałe nurty „budkologii” to nurt artystyczny i społecznościowy. Tutaj też czeka nas wiele odkryć rzucających nowe światło na historię „poczciwych budek dla szpaków” czyli wyobrażeń jakie panują w Polsce od jakiś 80 lat… Nurt artystyczny sięga do istoty dziupli/budek/skrzynek dla ptaków, czyli do ich przeznaczenia. Zasiedlanie budek to interesujące zagadnienie –  zajmuje się warunkami technicznymi, upodobaniami lokatorów i estetyką, materiałami … czyli architekturą ptasich mieszkań. Zainteresowanie ptakami w tym nurcie początkowo było drugorzędne, bo to ludzie chcieli mieszkać „jak ptaki” (określenie „bird homes” oznacza w architekturze interesujący nurt budownictwa mieszkaniowego i nie są to jedynie „domki na drzewach”)… Artyści sięgali także po potrzeby ptaków i zadawali sobie/innym pytanie: czy ptakom wszystko jedno w czym mieszkają? czy architektura jest ptakom potrzebna czy zbędna? co z kolorami, kształtami, rozmiarami, budowlami eksperymentalnymi? Prawdę mówiąc, to artyści właśnie mieli chyba najwłaściwsze podejście, bo uwzględniało ono niewyobrażalne bogactwo modyfikacji jakie tworzy natura, a także to, że przyroda nie zna założeń wstępnych i nie eliminuje bez sprawdzenia niczego, co może zaistnieć. To artyści próbowali odpowiedzieć na pytanie, co gdyby ptaki mogły mówić? Co by nam powiedziały? Pewnie to temat na szerszy esej, ale warto wspomnieć dwa związane ze sobą ( i z nami, bo dziejące się w bliskiej nam Europie) projekty ptasie. Pierwszy z nich oczarował mnie całkowicie datą powstania, finezją pomysłu i wykonania ! W 1920 roku węgierski malarz Lajos Kassak stworzył projekt pt. Birdarchitectur w postaci malowanych projektów budek dla ptaków. Zaprojektował je w stylu Staatliches Bauhaus znanym powszechnie jako Bauhaus. Ważne, by powiązać okres powstawania stylu/szkoły projektowania Bauhaus, która powstała i rozkwitła w Niemczech w latach 1919 – 1933… i czas projektowania modnych i funkcjonalnych domów dla ptaków przez Lajosa Kassaka – 1920 r.! Jeszcze nie koniec dat…! W 2011 roku artysta węgierski – Tamas Kaszas (urodzony w latach 70.) zbudował w ramach projektu Birdhouses in the frame of Animal Farm serię budek dla ptaków wzorowaną na projektach Kassaka z 1920 roku! Od czasu do czasu, podczas wystaw architektonicznych widuje się artystyczne wizje konstrukcji budek dla ptaków, budowanych z drewna, ze szkła i nowych materiałów budowlanych (nowa ceramika!), co zaświadcza, że nurt ten pozostaje witalny w wieku ponad stu lat!

budkiwewnatrz

Pozostaje jeszcze nurt społecznościowy i jest on chyba najtrudniejszy do opisania. Bogactwo konstrukcji nie da się ująć w ramy… sztuczne gniazda tworzy się ze starych butów, z tykw, bambusu, gliny, pustaków, butelek plastikowych, rynien, rozmaitych pojemników i rur… Jedyne co można zrobić w miarę dobrze, to wskazać kilka celów budowania „budek” dla ptaków. Poza podstawowymi jak próba pomocy ptakom wobec kurczącęj się naturalnej oferty mieszkaniowej i ochroną gatunkową lub preferowaniem naturalnych metod ochrony przed tzw. szkodnikami niszczącymi drzewa, zbiory, zasiewy itp. pojawiły się nowe: zajmowanie się ptakami dla zdrowia (swoista relaksacja płynąca z zajmowania się istotami innymi niż ludzkie) i zajmowanie się ochroną bioróżnorodności jako wyrażenie troski o środowisko naturalne, co w wielu krajach (właściwie we wszystkich…) ma swe konteksty polityczne. Budowanie budek dla ptaków i sprowadzanie ich w miejsca, gdzie społeczność realizuje swoje wspólne cele jest przyjemne, kształcące, stosunkowo łatwe, ćwiczy kreatywność i manifestuje inne niż czysto materialne cele w życiu. Akcje wspólnego projektowania, ozdabiania i zawieszania budek dla ptaków to całe wielowątkowe przedsięwzięcia, które wymagają osobnej analizy. W tym nurcie powstają najodważniejsze konstrukcje, które ornitologów przyprawiają o zawrót głowy i panikę… tak czasem mało mają wspólnego z uświęconą wiedzą o ptakach i przeświadczeniem, że nie zmieniają się one od setek lat… Nic bardziej mylnego! Pierwsze przykłady, jakie mi przychodzą na myśl, to bocian czarny, kruk i sokoły: z leśnych i górskich odludków stają się dość już pospolitym elementem środowiska zamieszkiwanego przez ludzi… A jest takich gatunków znacznie więcej…

budkiMystodol

budkiwernisaznas3

Fotografie Bogdana Kiwaka, jakie publikuję na blogu pochodzą z montażu i wernisażu ściany mieszkań dla ptaków jaka powstała 5-6 kwietnia 2016 roku w Biotopie Lechnica. Ten artystyczny projekt dr Jakuba Pieleszka z ASP w Gdańsku miał długi okres inkubacji i czekał na właściwy czas, miejsce i konsultację wprawnego przyrodnika. Wszystkie te trzy okoliczności pojawiły się późną jesienią 2015 roku i pozwoliły na przewiezienie głównej części instalacji z pracowni Artysty i zainstalowanie jej na ścianie stodoły, przy pewnej pomocy ekipy Biotopu i zaprzyjaźnionego fachowca, specjalizującego się w wykonywaniu projektów zagospodarowania ochronnego rezerwatów i pomników przyrody.

Kuba Pieleszek jest malarzem, otwartym na pokrewne nurty w sztuce. Pracuje jako asystent na ASP w Gdańsku.  Malarskie wyczulenie na kolor, fakturę, zainteresowanie drewnem jako klasycznym materiałem plastycznym, światem przyrody, działaniami łączącymi sztukę ze społecznym jej praktykowaniem, dają w przypadku Pieleszka realne i bardzo interesujące rezultaty. Z mojego punktu widzenia jest ważne, że instalacja Gdyby ptaki mogły mówić… (taki tytuł zaproponował Artysta), inspirowana budownictwem wielorodzinnym (?), jest dynamiczna i ma zmieniać się w czasie, niejako obrastać nowymi odgałęzieniami, które podyktuje sama przyroda. Już w pierwszych godzinach dość trudnego montażu (część zewnętrzna z otworami wejściowymi jest połączona z częściami mieszkalnymi ukrytymi we wnętrzu stodoły, a tylne ściany wykonano ze starych kwater okiennych zakrytych tkaniną dla umożliwienia oglądania wnętrza w razie potrzeby) bardzo zainteresowane okazały się trzmiele… Sporo rozmawialiśmy o zastosowaniu kolorów i jest to zagadnienie bardzo ciekawe z punktu widzenia rozpoznawalności budek i preferencji ptaków. Znane są sprawdzone metody oznaczania uli dla pszczół i trzmieli kilkoma czystymi barwami, a co do ptaków, to … gdyby tylko mogły mówić! 🙂

W montażu, dokumentowaniu i skromnym, roboczym wernisażu uczestniczyli: Kuba Pieleszek (autor projektu), Marek Styczyński (konsultant przyrodniczy), Bogdan Kiwak (fotografik), Marcin Sarota (fotografik) i Wiesiek Borkowski (doradztwo i pomoc techniczna), a także Małgosia Braun (pracowniczka Pienińskiego Parku Narodowego i sympatyczka Biotopu Lechnica).

Wywiad z Billem Mollisonem

Wywiady z Billem Mollisonem, a jest ich wiele, należą do klasyki w zbiorze materiałów pomocnych w dyskusji o permakulturze. Wybraliśmy właśnie ten, mający już ćwierć wieku (i dlatego szczególnie dla nas cenny, bo nie obarczony ciśnieniem mody stwarzanej w mediach społecznościowych), gdyż doskonale przedstawia myślenie o permakulturze, które nie może być nawet na chwilę oderwane od praktyki. Ważna jest także osoba zadająca pytania – Alan AtKisson! To autor interesujących książek, doradca, ekspert w dziedzinie zrównoważonego rozwoju, muzyk… Rozmowa dwóch takich osobowości jest bardzo interesującym i inspirującym materiałem do własnych przemyśleń. Tłumaczenie jest dziełem Agnieszki Zych, która zawodowo zajmuje się tłumaczeniami, a od czasu do czasu pracuje nad nowymi mikro-biotopami w Biotopie Lechnica.

Permakultura, czyli dobrze zaprojektowane życie

Z Billem Mollisonem rozmawia Alan AtKisson (In Context nr 28, wiosna 1991)

Permakultura to nie tylko nowe podejście do ogrodnictwa – to zrównoważony sposób życia na naszej planecie.

Alan: Permakultura to dla mnie pojęcie niejasne. Ale z lektur wnoszę, że nawet ci, którzy ją praktykują, nie wiedzą, co to właściwie jest.

Bill: Ja z całą pewnością nie wiem, czym jest permakultura. I to mi się w niej podoba – brak dogmatów. Ale trzeba powiedzieć, że to jedyny zorganizowany system projektowania, jaki kiedykolwiek istniał. I tu sprawa robi się przedziwna.

Alan: Czemu przedziwna?

Bill: Nie ma więcej książek o projektowaniu warunków życia. Nie sądzisz, że to przedziwne? Bo jak możemy liczyć na przeżycie, jeśli nie planujemy swoich działań tak, żeby były znośne?

Następna przedziwna rzecz – kiedy ludzie budują dom, robią to niemal dokładnie na opak. Nie trochę źle, ale kompletnie źle. Na przykład jeśli pozwolić im wybrać dowolne miejsce w okolicy na postawienie domu, połowa ulokuje się na grzbietach wzniesień, gdzie zginą podczas następnego pożaru albo gdzie nie da się doprowadzić wody. Albo wybiorą miejsca przy zaporach wodnych. Albo takie, które zniszczy następna wichura.

Z drugiej strony, co najmniej połowa każdego miasta też jest źle postawiona. Mniej więcej między 30 a 60 stopniem szerokości geograficznej długa oś domu powinna być zwrócona do słońca. Jeśli ziemia podzielona jest na kwadratowe działki, to połowa domów – jeśli są zwrócone do drogi – jest źle zorientowana. Nawet domy daleko na prowincji i oddalone od drogi są zwrócone w kierunku tej przeklętej drogi. A dalej robi się tylko coraz gorzej.

Jedna ze podstawowych zasad projektowania mówi: zadbaj o właściwy początek. Wtedy wszystko samo z siebie potoczy się we dobrym kierunku. Ale jeśli już na początku coś zrobisz źle – nazywam to Błędem Numer 1 – to nic dalej nie pójdzie właściwie.

Alan: Mówiąc „my” masz na myśli ogół ludzkości czy mieszkańców Zachodu?

Bill: Ogół ludzi. Jest kilka społeczeństw, które wykazują oznaki bardzo racjonalnego podejścia do fizyki budowania i fizyki życia. Niektóre ze starych społeczeństw Bliskiego Wschodu miały obejmujące całe miasta systemy wykorzystujące prądy zstępujące oraz pasywne systemy szybkiego parowania do wytwarzania lodu. To byli racjonalni ludzie wykorzystujący pożyteczne zasady fizyki do wygodnego zorganizowania sobie życia bez dodatkowych źródeł energii.

Ale większość współczesnych domów nie nadawałaby się do mieszkania bez elektryczności – bez niej nie da się nawet spłukać toalety. To jest sytuacja ogromnego uzależnienia. A dom powinien sam o siebie dbać – gdy na dworze jest ocieplenie, dom się schładza, a gdy przychodzi ochłodzenie, dom się nagrzewa. Wiesz, to naprawdę proste. Od dawna wiemy, jak to robić.

Alan: I przedziwne, że tego nie robimy.

Bill: Jeszcze dziwniejsze, że nie projektujemy ogrodów tak, by pomagały domom. A już kompletnie dziwaczne jest, że nie projektujemy rolnictwa tak, żeby było zrównoważone. Projektujemy je w katastrofalny sposób, więc otrzymujemy oczywiście katastrofę.

Alan: Jest takie stare chińskie powiedzenie: „Jeśli nie zmienimy kierunku, to dotrzemy tam, dokąd zmierzamy”.

Bill: Dokładnie tak. Chyba nasza rasa ma jakiś pęd do wymarcia. W ogóle nie rozumiemy, gdzie żyjemy, i nie chcemy zrozumieć. Wolimy do samego końca wciskać pedał gazu, tak jak Bush. Mógł oszczędzić więcej ropy niż to, czego chciał od Iraku, ale wolał pojechać i „dać im nauczkę”, czyli zabić ludzi, a w trakcie tego zużyć jeszcze więcej ropy.

Amerykanie to przedziwne społeczeństwo. Wygląda na to, że wolą żyć na pustyni. Ale jak to powiedział któryś z waszych Indian: „Jeśli narobisz do własnego łóżka, na pewno się tym wymażesz”.

Alan: Wróćmy do permakultury. Jaka jest twoja aktualna definicja?

Bill: Można powiedzieć, że jest to podejście racjonalnego człowieka, które zaleca nie robić do własnego łóżka.

Ale jeśli jest się optymistą, można powiedzieć, że to próba stworzenia rajskiego ogrodu. A naukowiec może to porównać do cudownej szafy, w której można powiesić na wieszakach każdą naukę i sztukę – i odkryć, że zawsze będzie pasować i tworzyć harmonię z resztą rzeczy w szafie. To układ, który nigdy nie ustaje w ruchu, a mimo to przyjmuje dane z każdej strony.

Trudno to objąć umysłem – przynajmniej ja tego nie potrafię. Możliwe, że o permakulturze wiem więcej, niż większość ludzi, a jednak nie potrafię jej zdefiniować. Jest wielowymiarowa. Z pewnością od początku maczała w niej palce teoria chaosu.

Jeśli mamy do czynienia ze zbiorem systemów biologicznych, to można różne rzeczy zgromadzić, ale nie da się ich połączyć. Nie mamy mocy tworzenia, tylko moc gromadzenia. Więc po prostu stoimy i z niejakim podziwem patrzymy, jak różne rzeczy łączą się ze sobą. Zaczynamy od zrobienia czegoś prawidłowo i potem obserwujemy, jak sprawy toczą się jeszcze lepiej, niż byśmy przypuszczali.

Alan: To przypomina mi o Johnie Toddzie i jego pracy nad utworzeniem sztucznego ekosystemu [In Context nr 25].

Bill: Dziś używa się wielu różnych nazw. Ale kiedy wydałem moją pierwszą książkę, Permaculture One, nie istniało na to żadne określenie, chociaż o to właśnie chodzi – o utworzenie sztucznego ekosystemu. Przyznam rację każdemu, kto stwierdzi, że nie byłem odpowiednią osobą do napisania tej książki. Jestem pewien, że różni Johnowie Toddowie i Hunterzy Lovinsesowie tego świata zrobiliby to o wiele lepiej ode mnie. Ale wcześniej czy później ktoś musiał ją napisać i tak się pechowo złożyło, że padło na mnie.

Alan: Skąd pomysł permakultury? Jak do niego doszedłeś?

Bill: Przeniosłem się do miasta z buszu, po 28 latach pracy w terenie poświęconej systemom naturalnym, i zostałem naukowcem akademickim. Skupiłem więc uwagę na ludziach, tak jak wcześniej na oposach w lesie. Tym razem badanym zwierzęciem byli ludzie – organizowałem nocne obserwacje, tworzyłem fonogramy z zapisem ich dźwięków. Badałem ich zawołania, głosy kontaktowe, sygnały alarmowe. Nigdy nie słuchałem tego, co mówią. lecz obserwowałem, co robią – dokładne odwrotnie niż wszyscy Freudowie, Jungowie i Adlerzy.

Dość szybko poznałem moje zwierzęta i odkryłem, że nie ma znaczenia, co mówią. To, co robią, było bardzo interesujące, ale w żaden sposób nie wiązało się ani z tym, co mówiły, ani z tym, co by odpowiedziały, gdyby spytać, co robią. Zero związku. Każdy, kto kiedykolwiek badał rasę ludzką słuchając jej, wylądował na manowcach. Po pierwsze należało odpowiedzieć na pytanie: „Czy potrafią prawidłowo zrelacjonować ci swoje zachowanie?”. A odpowiedź brzmi: „Nie potrafią, fajtłapy”.

Później, w 1972 roku, wycofałem się na jakiś czas. Wyciąłem busz, postawiłem stodołę i dom, założyłem ogród. Dałem sobie spokój z ludzkością. Byłem zdegustowany głupotą w środowisku naukowym, w instytucjach badawczych, tym wszystkim.

Kiedy zaświtał mi pomysł permakultury, to było tak, jakby coś mi w głowie przeskoczyło, nagle nie byłem w stanie nadążyć z robieniem notatek. Kiedy człowiek powie sobie: „Przecież ja nie robię pożytku z fizyki we własnym domu” albo „Nie używam ekologii we własnym ogrodzie, nigdy nie stosowałem jej w tym, co robię”, to odnosi wrażenie, jakby coś fizycznie przełączyło mu się w mózgu. Nagle przychodzi myśl: „Gdybym stosował to, co wiem o sposobach na życie, byłoby cudownie”. A potem wszystko rozwija się jak wielki dywan – wystarczy odwiązać jeden supeł, a wydarzenia zaczynają się toczyć jak szalone.

Alan: Dziś permakultura to nie tylko sposób projektowania, ale cały ruch. Co ty właściwie zapoczątkowałeś?

Bill: Cóż, każda choć w miarę niezła rzecz sama się napędza. Zapoczątkowałem coś, czego już nie pojmuję – to się szybko wymknęło spod kontroli. Ludzie robią rzeczy, które mnie zadziwiają – takie, których sam nigdy bym nie robił i które nie do końca rozumiem.

Na przykład jedna z osób, które szkoliłem w 1983 roku, Janet McKinsey, przeniosła się z przyjaciółką do buszu – dwie kobiety z dziećmi. Postanowiły znacznie ograniczyć swoje potrzeby i zbadały naukowo, jak to przeprowadzić w domu. Założyły coś, co nazywa się Home Options for Preservation of the Environment (domowe sposoby ochrony środowiska), czyli HOPE (nadzieja).

Zwróciły na przykład uwagę na to, że we wszystkich środkach czystości są te same cztery składniki – nieważne, czy to szampon, proszek do prania, czy coś innego. Wystarczy je kupić w hurcie, odpowiednio zmieszać, i będą działać. Nie ma znaczenia, czy produkt nazywa się ekologicznym ani czy ma na etykiecie delfiny – w środku są zawsze te same cztery składniki. Cała reszta to niepotrzebne dodatki, żeby ładnie pachniało albo miało niebieski kolor, gdy spływa z wodą w toalecie.

Alan: Czy ich działalność też nazwałbyś permakulturą?

Bill: Nie wiem, jak to nazwać. Ale doszły do tego po kursie permakultury. Kiedy po raz pierwszy przyjechały do miasta – to była Benala w Australii – i zrobiły wykład, wszystkie kobiety z miasta stwierdziły: „Wspaniała sprawa, też tak będziemy robić!”. Kobiety zaczęły zamawiać hurtowe ilości, więc sklepy w mieście musiały się zmienić, bo już nie dało się sprzedawać tego chłamu, co wcześniej. Potem musiała się zmienić Rada Miasta, żeby wprowadzić recykling.

Czyli kobiety – a to one w społeczeństwie robią zakupy – przeanalizowały każdy kupowany produkt pod kątem zużycia energii i jego konieczności, po czym zwyczajnie wyeliminowały te, które wymagały dużych nakładów energii i były niepotrzebne. Dzięki temu, że kobiety nauczą się, co dokładnie i jak kupować, wszystko może wrócić do normalności. To się szerzy w niesamowitym tempie – jak każdy dobry pomysł.

Więc moi uczniowie wciąż mnie zaskakują. Inna historia – poprowadziłem jeden kurs permakultury w Botswanie, a teraz moi uczniowie siedzą na tej pustyni w Namibii i uczą Buszmenów – których języka nikt nie zna – jak być mistrzami permakultury.

Alan: Czego można uczyć Buszmenów? Czy jest coś, czego oni jeszcze nie wiedzą?

Bill: Ogrodnictwa. Buszmeni już nie mogą podążać za zwierzyną, bo ta poginęła na płotach, które poustawiała Komisja Europejska, żeby hodować bydło. Podobnie jak w przypadku australijskich Aborygenów, wyginęło 63% zwierząt, dzięki którym utrzymywali się przy życiu, a pozostałe stały się rzadkością. Nie da się już żyć jak Buszmen czy Aborygen, więc muszą przemyśleć dokładnie, jak teraz będą żyć. Permakultura przychodzi tu z pomocą.

Alan: Czyli wydaje się, że permakultura to przede wszystkim zmiana w postrzeganiu świata, zmiana punktu wyjścia.

Bill: Myślę, że tak. Dla mnie, wymęczonego zachodnim systemem edukacji, to było przejście od pasywnego uczenia się na zasadzie „książki mówią, że jest tak i tak” do czegoś aktywnego. Do stwierdzenia (dla naukowców akademickich to przerażająca wizja), że zamiast uczyć fizyki, fizycy powinni pójść do domu i zobaczyć, jak fizyka przejawia się w ich domu.

Na uniwersytecie mogą uczyć skomplikowanych teorii fizycznych. Ale potem wracają do środowiska domowego, w którym zużycie energii jest po prostu chore. Oni tego nie widzą – i ta ślepota jest przerażająca.


Czemu nie budujemy takich domów, które same się żywią, dostarczają sobie energii i zbierają własną wodę, skoro to takie łatwe do zrobienia, wręcz trywialne?

Alan: Może jesteśmy tak bogaci, że uważamy, że nie musimy.

Bill: Cóż, nie nazwałbym tego bogactwem. Wiesz, jak definiują bogactwo Eskimosi, czyli Inuici? Bogactwo to głębokie zrozumienie świata przyrody. Myślę, że Amerykanie są tak biedni, że aż ich szkoda, bo w ogóle nie rozumieją świata natury.

Alan: Jeśli ktoś chce zajmować się permakulturą, a w okolicy nie ma żadnego nauczyciela, to od czego powinien zacząć?

Bill: Od miejsca, w którym się właśnie znajduje.

Alan: Gdzieś czytałem, że powiedziałeś: „Zaczynasz od własnego nosa, potem od dłoni…”

Bill: „… od własnych drzwi kuchennych, od własnego progu” – dobrze pamiętasz. Wtedy wszystko działa. Jeśli to wszystko szwankuje, nic nigdy nie będzie szło dobrze. Powiedzmy, że pracujesz dla wielkiej organizacji pomocowej z drugiego końca świata. Nie możesz wyjechać z domu mercedesem, przejechać 80 kilometrów i wejść do pracy w ogromnej betonowej budowli, w której silniki Diesla huczą w piwnicach, żeby w budynku było na tyle chłodno, żeby dało się pracować – i planować lepianek w Afryce. Lepianki nie wyjdą ci dobrze, jeśli nie masz uporządkowanych własnych spraw. Musisz ustawić właściwie swoje życie, żeby ci sprzyjało, a potem dopiero możesz iść i pouczać innych.

Alan: Zajmowanie się permakulturą wydaje się być przeciwieństwem abstrakcji.

Bill: Ja bym to ujął inaczej. Mogę szybko nauczyć ludzi ogrodnictwa, i jak już będą wiedzieć, jak uprawiać ogród, to narodzą się z nich filozofowie. Ale nigdy nie potrafiłbym nauczyć ludzi, jak być filozofami – a gdyby mi się udało, to nigdy nie zrobiłbym z nich ogrodników.

Jeśli weźmiesz ekologów głębokich, którzy uprawiają filozofię, jeżdżą samochodem, kupują gazety i nie hodują warzyw na własne potrzeby, to nie są to wcale głębocy ekolodzy, lecz moi przeciwnicy.

Ale jeśli weźmiesz kogoś, kto dba o siebie i o ludzi dookoła – na przykład Scott Nearing albo Masanobu Fukuoka – to owszem, to jest głęboki ekolog. Mówi o filozofii, którą rozumiem. Tacy ludzie nie zatruwają niczego, nie niszczą, nie marnują gleby i nie budują rzeczy, których nie potrafią utrzymać.

Alan: Wszystko co robisz wskazuje, że wcale nie tak trudno odwrócić się na pięcie i pójść w przeciwnym kierunku.

Bill: Myślę, że mam bardzo bogate życie. Pewnie prowadzę zepsuty tryb życia, bo podróżuję sobie od jednych ludzi zainteresowanych permakulturą do drugich ludzi zainteresowanych permakulturą. Niektórzy żyją w plemionach, inni w miastach, i tak dalej. Sądzę, że ludzkość to całkiem interesujące stworzenia, bardzo zajęte robieniem i obmyślaniem ciekawych rzeczy.

Alan: W permakulturze ingerujemy w naturę – ale twoim zdaniem jak daleko powinniśmy się posuwać? Czy brać się za inżynierię genetyczną, tworzenie hybryd i tak dalej?

Bill: Trzeba dać sobie spokój z jakimkolwiek rolnictwem, a zwłaszcza postawić krzyżyk na współczesnych naukach rolniczych – są naprawdę gorsze od uprawiania czarów. Nic tak nie zrujnowało Ziemi, jak rolnictwo wykładane na uczelniach w latach 1930-1980. Nie ma co pytać „Czy powinniśmy ingerować w naturę?”, bo zaingerowaliśmy już w naturę na całej kuli ziemskiej.

Jeśli pozwolimy światu toczyć się w obecnym kierunku, to znaczy, że opowiadamy się za śmiercią. Ja nie jestem za śmiercią. Tempo wymierania gatunków jest już tak szybkie, że doszliśmy do momentu, w którym musimy wprowadzać ekologię rekombinacyjną. Nigdzie nie ma już wystarczająco wielu gatunków, by podtrzymać istniejący system. Musimy pozwolić naturze pozbierać to, co zostało i patrzeć, co wymyśli, żeby uratować nam skórę.

Jednocześnie wszystko, co choćby trochę przypomina dziką przyrodę, powinno być zostawione w absolutnym spokoju. Nie mamy tam już nic do roboty. Nic nam nie da wejście i ścięcie ostatniej pierwotnej puszczy. Nie powinniśmy w ogóle dotrzeć do punktu, w którym możemy zobaczyć ostatnie pierwotne puszcze! Zabierajcie się stamtąd natychmiast, bo macie lekcje do odrobienia. A to ostatnie miejsce, którego się do tego nadaje.

Alan: Jak odbierana jest permakultura? Co na przykład krytycy mówią o twoich książkach?

Bill: Pierwsza recenzję jednej z moich książek o permakulturze zobaczyłem trzy lata po tym, jak zacząłem o niej pisać. Recenzja zaczynała się od słów „Permaculture Two to książka wywrotowa”. Powiedziałem wtedy sobie: „Wreszcie ktoś rozumie, o co chodzi z permakulturą”. Musimy przemyśleć, w jaki sposób zamierzamy żyć na ziemi – przestać mówić, że musimy mieć rolnictwo, musimy mieć eksport, bo to wszystko prowadzi nas do zguby. Permakultura rzuca wyzwanie naszemu sposobowi myślenia i działania – i w tym sensie jest wywrotowa.

Jak przyjeżdżam do Ameryki, ludzie zadają mi pytania. Pytają: „Czym się zajmujesz?”, a ja odpowiadam: „Jestem zwykłym ogrodnikiem”. To jest głęboko wywrotowe. Dziś jeśli ktoś jest prostym człowiekiem i chce żyć w prosty sposób, to jest strasznie wywrotowy. A doradzanie innym, żeby prowadzili proste życie – to dopiero wywrotowe!

Bo widzisz, w permakulturze najgorsze jest to, że świetnie działa, ale nie ma żadnego centrum ani hierarchii.

Alan: To jest najgorsze z czyjej perspektywy?

Bill: Każdego, kto chciałby to stłumić. To jak stwór z milionem głów. To sposób myślenia, który już się wyrwał się na wolność, a sposobu myślenia nie da się z powrotem upchnąć do pudełka.

Alan: Czy to ruch anarchistyczny?

Bill: Nie, anarchia sugerowałaby, że nie ma współpracy. A permakultura wymaga ścisłej współpracy z innymi i z każdą rzeczą, ożywioną lub nie. Nie da się współpracować, jeśli ktoś wszystkich popycha, rządzi się lub zmusza innych do czegoś. System hierarchiczny nie zrodzi współpracy. Polecenia są w nim narzucane przez górę. Nie znam niczego, co w ten sposób dobrze by funkcjonowało. Myślę, ze świat bardzo dobrze by działał z milionami małych, powiązanych ze sobą grup spółdzielczych.

Alan: Biorąc pod uwagę twoje badania zachowań ludzkich i działania na rzecz promocji permakultury – czy sądzisz, że przetrwamy jako gatunek?

Bill: Myślę, że pytania w rodzaju „Czy ludzkość przetrwa?” nie mają sensu. To zależy tylko od ludzi – jeśli zechcą, to przetrwają, a jeśli nie zechcą, to nie przetrwają.

Moja rada jest taka: używajcie wszystkich posiadanych umiejętności w relacjach z innymi – w ten sposób możemy coś zdziałać. Ale jeśli swoje umiejętności oddacie innym systemom, w które tak naprawdę nie wierzycie, to co to za życie, w którym człowiek nie wyraża siebie?

Jeśli ktoś potrzebuje wskazówek, to odpowiem: patrz po prostu na to, co ludzie naprawdę robią. Nie słuchaj ich zbyt wiele. I wybieraj przyjaciół spośród ludzi, którzy robią coś, co ci odpowiada – nawet jeśli niekoniecznie podoba ci się to, co mówią.

To my to robimy. Nie trzeba nikogo innego – jesteśmy w stanie zrobić wszystko, co możliwe, żeby uzdrowić Ziemię. Nie musimy zakładać, że potrzebujemy ropy, rządów czy czegoś jeszcze. Potrafimy to zrobić.