Szacunek dla źródeł (w praktyce, nie w słowach)

DSC_5218

Australia, jej unikatowa flora i fauna, rdzenni mieszkańcy – spadkobiercy jednej                z najstarszych kultur na Ziemi, a także powolny proces dochodzenia do równowagi po latach bezlitosnej eksploatacji ziemi i ludzi są w niebezpieczeństwie.                                  To niebezpieczeństwo jest naszym wspólnym zagrożeniem i powinniśmy bardzo poważnie i dogłębnie zobaczyć, co z naszego miejsca możemy zrobić konkretnego              i zmieniającego/otwierającego w dłuższej perspektywie czasowej/kulturowej.

Dwa lata temu (pod koniec 2018 roku) napisałem zręby tekstu jaki zdecydowałem się teraz udostępnić. Wiosną 2019 roku tekst nieco przerobiłem, uprościłem i poszerzyłem   o nowe przykłady sytuacji, których lawinowo przybywa. Pomyślałem, że może najbardziej odpowiednim miejscem do prezentacji tekstu będzie „Festiwal Didgeridoo”  w Wojszynie w 2019 roku i poza projektem Plantline ze źródłowymi elementami kultury Aborygenów, zapożyczonymi z podaniem źródeł i kontekstu, przygotowałem kilka zszywek z niżej prezentowanym tekstem. Niestety, podczas Festiwalu nie udało się tekstu/problemu przedstawić, ani też o nim porozmawiać. Ostatnie miesiące wielkiej zagłady w Australii, której źródłem są wielkie pożary (bagatelizowanie ich                            i wskazywanie na ich naturalne przyczyny lub podpalenia, to błąd i zła wola w świetle identyfikowanych obecnie nowych forma olbrzymiego ognia wywołanego zmianami klimatu i wadliwą gospodarką – o czym też starałem się w miarę możliwości pisać, przy okazji recenzowania znakomitej książki.

Kiedy dymy z płonącej Australii zmieniły wygląd lodowców w Nowej Zelandii, a straty   w unikatowej faunie (bo straty we florze są niemożliwe do oszacowania) liczy się           w miliardach… Stowarzyszenie Didgeridoo „ruszyło z pomocą” Australii…          Chciałbym pomóc i ja!

Dlatego proponuję aby dokładnie przyjrzeć się naszej dotychczasowej praktyce zajmowania się – w jakimś sensie – Australią, bo zdecydowanie łączę didjeridu z rdzenną kulturą Aborygenów i zawsze to robiłem. Poprawienie tej praktyki, kontakty z Aborygenami (ale poprzedzone zdobyciem podstawowej wiedzy), szacunek dla Ich kultury z pewnością otworzy wiele możliwości prawdziwej pomocy. Druga część mojej propozycji, którą ja sam praktykuję, to wysiłek podjęty w celu orientacji w tym co naprawdę dzieje się z naszą Ziemią, z ludźmi i niszczycielską kulturą pochodzącą              z Europy. Tu się to wszystko zaczęło i to tutaj się powinno skończyć. Jest bardzo silny        i konkretny związek pomiędzy praktykami permakulturowymi, studiowaniem rdzennych kultur, uczestniczeniem w lokalnej polityce i świadomym, chociaż trochę mniej egoistycznym i bezrefleksyjnym, stylem życia. Mogę oczywiście wpłacić „jakąś stówkę” (cytat z netu) na wezwanie, ale mam nadzieję, że moje propozycje są też coś warte, a mogą przynieść dobre skutki na bardzo długo. Tekst jest włączony do 4 numeru naszego herbalistycznego zina pt. The Diggers Morning, który ukaże się wiosną 2020 roku. Zachowałem w nim styl związany z pierwotnym przeznaczeniem – do prezentacji   i dyskusji w trakcie „Festiwalu Didgeridoo”.

Biotop Lechcnica / The Diggers Morning zine #4/2020

Drogie Koleżanki, Drodzy Koledzy

Zbliża się czas Festiwalu, który w swej nazwie odnosi się do korzeni, rozumianych jako obszar źródeł kultury. Główna bohaterka Festiwalu to trąba Aborygenów, nazywana przez nas: d i d j e r i d u, co zapisujemy na kilka sposobów, z których ani jeden nie jest poprawny, bo wszystkie mają swoje źródło w nazwie nadanej przez białych kolonizatorów Australii,  a nie w oryginalnych nazwach miejscowych.

Festiwal Dźwięki z Korzenia, nigdy się nie zamykał na swobodne łączenie stylów                    i wzbogacone instrumentarium, a o ile pamiętam, także fujary pasterskie i rozmaite inne instrumenty znajdowały na nim swoje właściwe miejsce. Do pewnego stopnia Festiwal jest też spotkaniem producentów instrumentów, które potocznie przyjęto w Polsce nazywać „etnicznymi”, a często jest tak, że budowniczowie instrumentów także grają na nich publicznie, bywają też prawdziwymi artystami. Wydało mi się to świetną okazją na zaproponowanie Wam / Nam wszystkim, chwili zastanowienia i ewentualnie dyskusji podczas Festiwalu nad kilkoma spostrzeżeniami i faktami, które przypominają o zjawisku, którego najwyraźniej nie wszyscy są świadomi. Jestem przekonany, że taka refleksja pomoże nam wypracować jeszcze lepszą formułę dla Festiwalu i stale go doskonalić           w pozytywnym kierunku, czyli ku formom pełnym wiedzy, uważności i szacunku dla źródłowych kultur, z których – świadomie lub nie – stale czerpiemy.

Trąby Aborygenów narodziły się w części Australii, gdzie w czasach archaicznych rosły eukaliptusowe lasy i żyły termity, a także pewne gatunki pszczół, bez których to elementów pozaludzkich, tradycyjne trąby i techniki gry nie mogłyby się pojawić w formach, jakie znamy. Ich konstrukcja, brzmienia, zastosowanie, zdobienia, kultura muzyczna i duchowa, związane są z tysiącami lat historii rdzennych mieszkańców Australii, których – podobnie jak ich trąby – nazywamy stale mianem nadanym przez kolonizatorów. Aborygeni to określenie wywiedzione z łacińskiego określenia – „od początku”, a więc aborygeni, to wszyscy „ci, którzy byli tu od początku”, a Aborygeni (pisani z dużej litery) to rdzenni mieszkańcy Australii, których historia w Australii – licząc bardzo ostrożnie – ma ponad 50 tysięcy lat. Dane te są stale weryfikowane in plus.

Nie wiem, czy wszyscy jesteście świadomi, ale tzw. Aborygeni (a w istocie wiele rozmaitych klanów o własnych nazwach) zostali okradzeni z ziemi i kultury, podlegali systematycznej zagładzie, a biali kolonizatorzy uprowadzali im dzieci i wychowywali po swojemu. Skutek tego procederu nazwano Utraconym Pokoleniem.

Aborygenów zaliczano do stworzeń zamieszkujących Australię, nie do ludzi. Ten czas to kolonializm. Później zmieniły się nieco metody: okradanie Aborygenów weszło w fazę neokolonializmu, odbywa się nadal, ale już nieco inaczej. Relacje pomiędzy rdzennymi mieszkańcami Australii a potomkami kolonizatorów to ciągle bardzo trudne problemy,      a ich stan jest daleki od zadowalającego.

Ponieważ – jak się okazało – jestem w dużej mierze odpowiedzialny za popularyzację trąb Aborygenów w Polsce, to mam powód do zawracania Wam głowy wątpliwościami, co do stanu naszej świadomej praktyki muzycznej, dotyczącej części kultury jaką przejmujemy  (z całym Zachodem, Wschodem i Północą świata…) od Aborygenów.

Chodzi mi o używanie nazw (czyli powoływanie się na źródło) na nowe instrumenty, których sposób wykonywania nie ma nic wspólnego z tradycją, oryginalnym budulcem i kompleksem ekologicznym z jakich biorą się trąby rdzennych mieszkańców Australii.

Autorzy i współautorzy (zarówno ludzie, jak rośliny i zwierzęta) długiej i fascynującej tradycji trąb z Australii stale tam żyją i stale ich używają, chętnie też (przynajmniej w pewnym zakresie) dzielą się swoją kulturą na wiele sposobów (nagrania, pokazy, koncerty, festiwale, książki, sklepy itp.). Co więcej, mają już tylko swoją kulturę, bo resztę im ukradziono i bardzo niechętnie przyznaje się Aborygenom prawo do swobodnego dysponowania ziemią, łamiąc przy okazji także pozamaterialne podstawy ich animistycznej kultury.

Czy nie powinniśmy sytuacji tej przemyśleć i znaleźć sposoby, aby oddać coś kulturze,           z której tak swobodnie czerpiemy? Szczególnie dotyczy to form zorganizowanych,               a przecież i Stowarzyszenie i Festiwal są takimi formami. Pierwszym dobrym krokiem byłoby może przybliżenie wiedzy o Aborygenach i Ich kulturze?

Ci z Was, którzy wiedzą sporo na temat o jakim piszę, a wydaje się im, że dotyczy jedynie bardzo odległych nam kultur i zjawisk, na jakie nie mieliśmy wpływu, niech posłuchają innej opowieści. Dotyczy ona bardzo bliskiej (w sensie geograficznym i kulturowym) nam tradycji, bo instrumentów i muzyki naszych południowych sąsiadów – Słowaków. Kilka dni temu przy wymianie zdań na FB, polski producent całkiem udanych fujar pasterskich, a do tego mieszkający na Słowacji (szukający jednak zbytu w Polsce), wyjawił mi, że nie wiedział, że fujara jest instrumentem słowackim. Bardzo Was przepraszam i zapewniam, że nie ma nic osobistego w tym co piszę, ale to jest jakieś kuriozalne nieporozumienie!

Wszyscy doskonale znają się na tonacjach, hercach i gęstości drewna, wymyślają insajderskie „gwarowo-folkowe” nazwy instrumentów i praktyk muzycznych, ale nie wiedzą, co właściwie produkują i na czym grają? A nie dotyczy to przypadkowego fletu,      a fujary pasterskiej, wpisanej na listę UNESCO jako słowacki, narodowy wkład                    w tradycyjne źródła kultury świata! To jest zajmowanie się muzyką i instrumentami „etnicznymi”? Bo rozumiem, że niezbyt trafne, ale jakże w Polsce popularne i zdawało by się oczywiste (?) określenie „etniczny”, odnosi się do pochodzenia instrumentu z jakiejś konkretnej kultury?

Jakiś czas temu, inny miłośnik, rzecz jasna także „etnicznych” instrumentów, podzielił się na FB swoją bardzo krytyczną opinią na temat kilku rodzajów fletów wykonywanych          w porozumieniu ze mną w sposób, który odtwarza najstarsze sposoby postępowania z drewnem (tzw. drewno księżycowe) i wykonywanymi instrumentami (ręczne techniki tradycyjne), oraz sposoby gry na nich. Według niego nasze instrumenty nie spełniają parametrów technicznych, co czyni je trudnymi lub bezużytecznymi, a więc nadającymi się wyłącznie do wyrugowania z obiegu.

Zdecydowanie twierdzę, że tradycyjne instrumenty, nie były w swych początkach tworzone dla udawania fabrycznych, zachodnich fletów o innym przeznaczeniu i technologii wytwarzania. Jeżeli tak się stało, to raczej nie w obrębie źródeł ich pochodzenia,                   a stworzonych znacznie później, wymagań rozrywkowych kapeli i solistów, którzy chcieli / musieli (?), pogodzić klasyczne, uważane za „prawdziwe” instrumenty z ozdobnikami        w postaci „etnicznych” stylizacji.

Herce i idealne strojenia nie są przeszkodą, ale nie były też celem – aż do stworzenia rynku, na którym sprzedaje się wszystko, co jest dostatecznie „etniczne”, ale i zmodyfikowane do grania, wymyślonej stosunkowo niedawno muzyki.

Jeżeli ktoś chciałby użyć argumentu o zapisach muzycznych Kolberga i innych tego typu badaczy z tego samego okresu historii badań etnomuzykologicznych, to wyjaśnijmy natychmiast, że są to uproszczone (albo może ubarwione?) zapisy pojedynczych interpretacji, zasłyszanych kiedyś w trudnych do odtworzenia warunkach i zanotowane    w języku nutowym, który jest produktem całkiem innego kręgu kulturowego niż ten z jakiego pochodzi muzyka i interpretacja muzyczna.

Polskie kapele tzw. góralskie, pełnymi garściami i od zawsze czerpały z muzyki zasłyszanej na Słowacji, budując na niej swoją tożsamość, co obecnie wielu świadomych i uczciwych muzyków z tego kręgu przyznaje otwarcie. Taka samoświadomość daje nadzieję i otwiera drzwi do budowania autentycznej kultury pogranicza. Niestety, nie wszyscy uczymy się na dawnych błędach i swoista swoboda w przywłaszczaniu sobie każdej rzeczy, o której zdecydujemy, że się nam „przyda”, albo że się szybko sprzeda, zaczyna dotyczyć wyjątkowych instrumentów muzycznych.

Aby było jasne: jestem zdania, że konstruowanie instrumentów, w tym instrumentów modyfikowanych i zupełnie nowych, nie jest zabronione, ba, jest nawet wspaniałym doświadczeniem, które może wzbogacać kulturę na wiele sposobów, ale tylko w sytuacji prawdziwego szacunku dla źródeł, wzorów i zasobów, które nie my stworzyliśmy.

Autentyczne instrumenty – w rodzaju fujary pasterskiej – były instrumentami osobistymi      i solowymi. Granie zespołowe, o ile miało kiedykolwiek miejsce, było rzadkim rytuałem,      a wzmocnione lub wywołane zostało poprzez sytuacje, jakie stworzono sztucznie organizując wielkie festiwale, koncerty i wszelkiego rodzaju imprezy muzyczne. Wiele instrumentów tego typu ma drobne skazy materiałowe, pewne zawirowania tonacyjne, mocną „górę” lub „dół” oraz kilka cech specyficznych i niepowtarzalnych. Należą do nich: wyjątkowa śpiewność, skłonności do przegłosów uzyskiwanych w nietypowy sposób i wiele innych aspektów, które poznaje się przez muzyczną praktykę trwającą wiele lat.

Każdy muzyk szuka swego idealnego instrumentu, bywa, że latami. Myślicie, że chodzi        o herce, gęstość drewna, menzury, cienkość ścianek albo idealne strojenie z elektronicznym stroikiem? Może chodzi o zastąpienie drewna szkłem, plastikiem lub metalem, a dłuta i ręcznego świdra tokarką lub laserem? Zdecydowanie – nie!

Zamieniając ciężkie, czasem nieco chropowate, ale i zaskakujące brzmieniem, tradycyjnie    i mozolnie wytwarzane w małych ilościach instrumenty, na seryjnie wytwarzane matematyczno-fizyczne „ideały”, dobre na każdą okazję, nie tylko fałszuje się tradycję, ale    i zmienia reguły gry. Wszyscy zaczynają brzmieć tak samo, bo sklepy muzyczne                     i internetowe giełdy, pełne są tego rodzaju wytworów, mających jedynie ubarwiać świat „profesjonalnej” muzyki z poszufladkowanych nurtów o handlowych i mylących nazwach. W wyniku tych procesów, autentyczni twórcy źródłowych instrumentów i muzyki, odstawiani są do przegródki z muzyką pierwotną, trudną do słuchania, nie tak sprawną     i wesołą, a więc są ponownie i niejako prewencyjnie okradani z tego co stworzyli.

Korzystanie wyłącznie ze zmodyfikowanych, sztucznie „ułatwionych” instrumentów, zmienia praktykę muzyczną, wyobraźnię i swoistą kreatywność, jaka się pojawia w trakcie pierwszego badania indywidualnie potraktowanych instrumentów, wytworzonych w tradycyjny sposób i z poszanowaniem drewna. Zarówno w przypadku „didjeridu”, jak          i rodziny fletów z bzu czarnego, tracimy w ten sposób nie tylko unikalne konstrukcje ze specjalnie pozyskiwanego i spełniającego bardzo subtelne wymogi drewna, ale sporą część obszaru kreatywnego, indywidualnego i satysfakcjonującego procesu tworzenia muzyki lub rytualnej przestrzeni zbudowanej z tkanki dźwiękowej.

Energia muzyki nie ma jednego źródła i nie pojawia się na zawołanie po odtworzeniu szeregu zadanych nut. Brzmienie, które „kroczy przed muzyką”, to znacznie bardziej złożone zjawisko o podstawowym znaczeniu dla ambitnych twórców. Instrumenty tradycyjne nie zostały stworzone dla precyzyjnego realizowania zamierzeń nieznanego nam kompozytora, który napisał (lub zapisał jak potrafił) nuty znacznie upraszczające sferę brzmienia, techniki wykonawcze i w konsekwencji całą muzykę.

W przypadku tradycyjnych instrumentów o indywidualnym wyrazie, muzyk jest zarówno kompozytorem jak i wykonawcą, a do tego ma warunki dla tworzenia utworów muzycznych w czasie rzeczywistym oraz sferę satysfakcji trudnej do porównania                 z czymkolwiek poza momentami duchowego wglądu.

Dlatego trudno się pogodzić z zarzutami, że tradycyjne instrumenty, wytwarzane technikami znanymi od setek, a nawet tysięcy lat są „gorsze”, bo nie tak gładkie i nie tak dobrze przystosowane do oczekiwań i mentalnych możliwości masowego odbiorcy.

Każdy niech robi to, co uważa za słuszne i uczciwe, ale trochę wiedzy, zastanowienia            i refleksji zawsze i wszystkim się przydaje. Z pewnością uda się wypracować bardziej zadawalający stan wiedzy o prawdziwym znaczeniu i wartości tradycyjnego wytwarzania instrumentów i ich właściwego zastosowania, nikt na tym nie straci, a zyskamy wszyscy.

Mamy wielu wspaniałych budowniczych pięknych kopii i nowych typów instrumentów (a kilku z nich wie, że zawsze ich wspierałem i szczerze podziwiam efekty ich pracy) i chodzi jedynie o realne formy, jakie powinny się pojawić w konsekwencji autentycznego szacunku dla źródeł.

Aby nie sprawiać wrażenia, że praktyki tego rodzaju dotyczą jedynie didjeridu lub fletów      z bzu czarnego, wymienię inne, które doskonale pasują do opisanego schematu: bębny „szamańskie” (w tym „szamańskie bębny wegańskie” z membranami z papieru, a nie skóry!), afrykańskie bębny „djembe”, misy pocierane „niby z Tybetu” w kalifornijskiej wersji kryształowej, fletnie, ksylofony, lamellophony, a także wiele prostych instrumentów strunowych i smyczkowych.

Poza wszystkimi kwestiami kulturowymi, technicznymi i aktualnie modnymi nurtami światowej pop-kultury, pozostaje kwestia zwykłego szacunku dla ludzi, do których przynależy przejmowana przez nas kultura. Gdyby nas to obchodziło, gdybyśmy studiowali źródła i kontaktowali się z twórcami czy spadkobiercami oryginalnych kultur, to                  z pewnością moglibyśmy znaleźć pola do współpracy. Współpracy, a nie zawłaszczania.

Pierwszym krokiem na drodze właściwie pojętej współpracy, mógłby być szacunek okazany przez uporządkowane nazewnictwo, nie odwoływanie się w celach reklamowych do tradycji nam nie znanych i nie praktykowanych, pomoc ludziom i instytucjom wspomagającym kultury źródłowe znajdujące się w stałej opresji.

Może uda się nam wspólnie zrobić krok w dobrą stronę?

Marek Styczyński, Biotop Lechnica / Kraków, wiosna 2019

P.S. Ponieważ w Australii spłonęły wielkie obszary leśne, to ograniczone już mocno przepisami o ochronie przyrody wywożenie z Australii drewna eukaliptusowego, służącego do wykonywania trąb, będzie pewnie drastycznie zahamowane. Zniknął też spory rezerwuar materiału dla budowania trąb przez samych Aborygenów (dla siebie czy też dla turystów i pasjonatów gry na nich). Wydaje się, że prawdziwa pomoc od europejskich miłośników trąb może się ujawnić w dalekim od muzyki sektorze leśnictwa i permakulturowego rolnictwa w Australii. Nadciąga szybciej niż myślałem czas, w którym moja kolekcja eukaliptusowych trąb wykonanych przez Aborygenów znanych mi czasem z imienia i nazwiska, będzie miała wartość pokazową – oto jak wygląda rytualna trąba Aborygenów wykonana z eukaliptusa! Zupełnie się z tego nie cieszę.

 

 

Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce

Permakultura ewoluuje nieprzerwanie od lat 70. XX wieku i przybiera bardzo interesujące formy. Pismo Permaculture Magazin wydawane w UK, w 2018 roku obchodziło 25 lat istnienia, a ilość poradników, książek, kursów, ośrodków i indywidualnych przedsięwzięć z permakulturą jako podstawą działania stale rośnie.    Dla mnie, to Bill Mollison i Robert Hart są prawdziwymi bohaterami naszych czasów (wprawdzie odeszli jakiś czas temu, ale trudno mówić o Nich w czasie przeszłym, bo żyją w tak wielu ważnych przedsięwzięciach na świecie), a dodałbym do Nich jeszcze kilku pionierów, z których Masanobu Fukuoka, Russel Smith i Mark Shepard wydają się mi najciekawsi. Osobne miejsce ma niezwykły Joe Hollis ze swym lasem pełnym wspaniałych roślin. Można by tak jeszcze wymieniać wielu ważnych ludzi permakultury, ale jest ich tak wielu, że pozostaje się tylko cieszyć ich obecnością.

Od pierwszej myśli o permakulturze jako skutecznej formie ratowania naszego środowiska w systemie tym nie chodziło jedynie o techniki ogrodnicze. Podstawy etyczne, jasne cele i sposoby ich realizacji kształtujące nową ekonomię, styl życia w zgodzie z prawami ekologii zmieniają nawyki wielu ludzi. Nie stosowanie nawozów sztucznych i zakładanie wyniesionych grządek lub spirali ziołowych nie stanowią istoty permakultury i warto zainteresować się szerszym kontekstem tej światowej, cichej rewolucji.

W otwartym dostępie jest już zapowiadany wielokrotnie tekst Anny Nacher pt. Obserwuj, reaguj, odkrywaj: permakultura przeciw agrologistyce. Tekst znajduje się w nowym numerze pisma Prace Kulturoznawcze  w numerze – Kultura Misji. Bez problemów technicznych i bez opłat możecie sobie ten tekst przeczytać i wydrukować, a jest to tekst pionierski pod wieloma względami. Doskonała lektura na ciemną część roku, na czas refleksji i planowania.

Deep Listening

66595703_2972214029462585_1694979122192711680_o

Praktykując permakulturę, wcześniej czy później napotkamy problemy z uważnością. Obserwacja przyrody, jej naturalnych rytmów i zaskakujących rozwiązań, która jest podstawowym elementem projektowania permakulturowego, nie jest techniką ani łatwą, ani też daną ot tak. Jest umiejętnością, która wymaga wypracowania. Zawodowi przyrodoznawcy mają jakiś zasób praktyki wyuczonej w trakcie studiów i/lub wykonywania zawodu, amatorzy zazwyczaj uczą się wolno i boleśnie. Jednym z aspektów uważności jest pełne skupienia słuchanie otoczenia. Ten rodzaj słuchania daje wiele satysfakcji, wiedzy i inspiracji.

W światowej muzyce nurt o nazwie deep listening kojarzony jest z niezwykle interesującą badaczką, kompozytorką i performerką – Pauline Oliveros. Płyty, zapisy warsztatów, nagrania, biuletyny OM (od Other Music) i wszelkie wieści z „obozu” Oliveros w USA były przez 20 lat naszym stałym elementem nauki i inspiracji.

Pauline Oliveros zasłynęła także jako „odkrywczyni” możliwości improwizacyjnych akordeonu i na stałe wprowadziła ten instrument na sceny eksperymentatorskie. Tym bardziej ucieszył nas (a pisząc „nas” i „naszym” – myślę tu o projekcie The Magic Carpathians) projekt Głębokie Słuchanie i zaproszenie aby zbadać w jakim zakresie możemy znaleźć w nim swoje miejsce w 2019 roku.

Projekt doczekał się dokumentacji w postaci wydawnictwa książkowego i sprawia mi dużo radości fakt, że pierwsze, prapremierowe spotkanie promujące książkę Głębokie Słuchanie odbędzie się podczas mojego autorskiego cyklu w Krakowie.

Poniżej zamieszczam tekst Organizatorów Projektu i Wydawców książki.

12.12.2019, godzina 19.00

Promocja książki podsumowującej projekt Głębokie słuchanie realizowany w Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, na który złożyły się wystawy, wykłady, performances i spotkania z artystami.

Tytuł został zaczerpnięty z koncepcji kompozytorki Pauline Oliveros, która w ramach głębokiego słuchania praktykowała obserwacje własnego ciała, mające prowadzić do umiejętności nasłuchiwania Innego. Celem tych ćwiczeń miało być przekształcenie nawyków percepcyjnych w celu wykształcenia postawy czujności i otwartości w stosunku do otoczenia.

Udział wzięli: Karolina Freino, Martyna Łyko, Jolanta Jastrząb, Honorata Martin, Daniel Koniusz, Tomasz Koszewnik, Norbert Delman, Karolina Grzywnowicz, Piotr Bosacki, Konrad Smoleński, Adrian Kolarczyk, Iwona Demko, Mateusz Kula, Cecylia Malik, Anna Nacher, Marek Styczyński.

Galeria BWA stała się podczas trwania projektu tymczasowym laboratorium pracy z dźwiękami. Pełniła  funkcję pojemnika gromadzącego różnego rodzaju opowieści, śpiewy, zawodzenia, trzeszczenia, zgrzyty, oddechy, szelesty. Działania zaproszonych artystów  rozpięte były  pomiędzy trzema zagadnieniami: słuchaniem jako narzędziem badawczym, w ramach którego oddaje się głos uciszanym, terapeutycznym ćwiczeniem z uważności, którym zaproszeni artyści dzielą się z odbiorcom, wreszcie wsłuchiwaniem się w otoczenie, jednocześnie czułym, jak i krytycznym.

Spotkanie z kuratorką projektu Martą Lisok połączone będzie z prezentacją Marka Styczyńskiego, który razem z Anną Nacher przygotował  w galerii audioperformance w oparciu o dźwięki topiących się brył lodu.                                                                                       Jak mówi Marek Styczyński: „Intensywnym słuchaniem wody i środowisk wodnych zajmujemy się od wielu lat; owocem tej fascynacji były płyty z serii Biomusic koncentrujące się głównie na środowisku brzmieniowym wybrzeża Bałtyku i związane z projektem ochrony fok oraz morskich ssaków. Znacznie później pojawiło się kilka zarejestrowanych soundwalków zza kręgu polarnego, gdzie rejestrowaliśmy wzorce dźwiękowe o dłuższych przebiegach czasowych — korzystając z możliwości auralnych jedynych w Europie większych obszarów, gdzie dźwięki silników spalinowych należą do rzadkości. Udało nam się uchwycić przeplatające się sekwencje głosów ptasich oraz wszechobecnego żywiołu wody. To wtedy właśnie usłyszeliśmy wyraźnie, jak mocno jesteśmy włączeni w obiegi wody, które rozgrywają się dookoła nas, ale także — za sprawą padającego tam niemal nieustannie deszczu — na powierzchni naszej skóry. Drobne napięcia powierzchniowe, subtelne głosy kropel odbijających się o bardzo różne powierzchnie, rozchodzące się w powietrzu o różnej gęstości – to wszystko stało się zapowiedzią dyskusji, która miała dopiero się rozpocząć.

Obiegi wody kryją się w samym centrum debat o zmianie klimatycznej: o topniejących lodowcach arktycznych i wysokogórskich; o zwalniającym prądzie Golfstrom; o obniżających się zasobach wód gruntowych w górach; o wysychających i wyschniętych, zabetonowanych miastach; o katastrofalnych powodziach.

Zapraszamy do głębokiego słuchania obiegów wody (…) Naszym przewodnikiem w tym słuchaniu będą zmiany stanów skupienia oraz jedna z najstarszych, tradycyjnych metod zatrzymywania wilgoci i nawadniania z południa Europy, pozwalająca na uprawę roślin nawet w ekstremalnie suchych warunkach: system ceramicznych naczyń olla (…).

Spróbujemy — słuchając — odnaleźć drogę środka między dwoma ekstremami, które w dobie zmiany klimatycznej stają się naszą codziennością”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

dr Marta Lisok, adiunkt w Zakładzie Teorii i Historii Sztuki ASP w Katowicach, absolwentka historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego i filozofii Uniwersytetu Śląskiego.  Autorka książki „Dzikusy. Nowa sztuka ze Śląska” i licznych tekstów o sztuce. Współpracowała z czasopismami „Dwutygodnik”, „Fragile”, „ArtBuisness”. Kuratorka wystaw w Galerii Sztuki Współczesnej ( m.in. „Mleczne zęby”, „Nocne aktywności”, „Drobnostki”, „Replikantki”, „Nic nie widać”, „O powstawaniu i ginięciu”, „Mocne stąpanie po ziemi”, „Przypadkowe przyjemności”, „Widmo”, „Przesilenia”, „Próba sił”). Stypendystka Marszałka Województwa Śląskiego i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

66071733_2309165612463336_7021386825826566144_o

 

Inula racemosa / Rosa webbiana

Mam nadzieję, że kiedy długo się nie pojawia kolejny wpis, to Rozumiecie, że powodem nie jest brak, a obfitość – dużo pracy i wyjątkowo (?) dużo tematów. Kilka komunikatów na początek, które są konieczne, a i pora roku skłania do przemyśleń i zaplanowania zmian. Pierwsza zaplanowana zmiana, to połączenie moich wiadomości do Was z blogów: etnobotanicznie.pl i biotoplechnica.eu w jedno miejsce. Będzie to poszerzony o zasób wpisów z „etnobotanicznie” blog http://www.biotoplechnica.eu  Przeglądam wpisy z wielu lat i to prawdziwa książka o roślinach i kulturze, ale też i pewnego rodzaju dziennik, który całkiem ładnie pokazuje jak wszystko zmierzało do miejsca zwanego teraz Biotop Lechnica i górskiej permakultury z kolekcją interesujących roślin. Ta zmiana jest konieczna, a przy jej okazji może uda się zrobić czytelny katalog roślin/wpisów z „etnobotanicznie”. Jest w tym trochę chęci aby jednak nakłonić do czytania starszych wpisów, bo jest w nich spory zasób inspirujących roślin, sytuacji, książek i ludzi. Proponuję łatwą praktykę, szczególnie tym, którzy od niedawna czytają moje wpisy na wspomnianych blogach… Jeżeli czytacie nowy wpis, to kliknijcie na jakikolwiek miesiąc w roku 2014 lub 2015 … i zobaczcie co tam się znajduje?! Moje wpisy traktuję jako kontynuację wieloletniej aktywności etnobotanicznej, permakulturowej, moich i naszych z A. książek, czasem także materiału wydanego na płytach, sporów, przyjaźni i rozwiewających się jak sen znajomości. 🙂 Jeżeli więc, wiosną czy wczesnym latem nie znajdziecie w sieci http://www.etnobotanicznie.pl, to nie wpadajcie w przygnębienie 🙂 i swobodnie szukajcie zasobów na http://www.biotoplechnica.eu

Drugi komunikat, dotyczy naszego zina – The Diggers Morning : Radykalny Herbalizm / Permakultura / Dzikie Bycie. Przygotowujemy numer 4 pełny interesujących materiałów. Będzie w nim materiał nt. permakultury w postaci zestawienia 4 krótkich materiałów jakie opracowywałem dla 4 spotkań otwartych pt. Permakultura. Przeciw Globalnej Katastrofie. Można ten materiał traktować jako kurs podstawowy nt. projektowania i technik permakulturowych w bardzo autorskim, moim ujęciu. Do tego dodamy opis naszych filmów jakie Wytwórnia SPITZENBERG STUDIO wyprodukowała przez ostatnie 4 lata. Przypominam, że poza filmem Śmierć   filmy możecie zobaczyć jedynie podczas autorskiej prezentacji. Powoli tego rodzaju prezentacje są organizowane także z Waszej inicjatywy. Pokażę też w osobnym tekście ilustrowanym fotografiami z Biotopu i na szerszym tle kulturowym, system oszczędnego nawadniania OLLA i kilka prostych i praktycznych rozwiązań wzbogacających nasze praktyki ogrodnicze. Będzie też przegląd ważnych książek… oraz notki na temat tekstów i publikacji jakie powstały w ostatnim roku z udziałem Biotopu Lechnica. Zin jest wydawany w formie papierowej i należy go sobie zakupić przy okazji wielu naszych spotkań publicznych lub w Biotopie, albo w specjalnych sytuacjach można też zamówić do wysyłki. Nowy numer zina startuje w połowie lutego 2020 roku podczas spotkania daleko od Biotopu…

Trzeci komunikat dotyczy warsztatów terenowych w 2020 roku… Dobra wiadomość, to ta, że będę je prowadził i postaram się podać terminy i tematy w styczniu. Poza permakulturą i etnobotaniką, co w Biotopie bardzo naturalnie splata się ze sobą, ze względu na charakter naszego ogrodu i okolicy, a także budowaną powoli kolekcję roślin ważnych ze względów ich niezwykłych właściwości, biologi i obecności w kulturze ludzkiej, zastanawiamy się nad nurtem spotkań i warsztatów nastawionych na kulturę alternatywną w kontekście katastrofy ekologicznej jaka nieuchronnie nadciąga. Nie wszystkim odpowiada obojętne i bierne czekanie… mam nadzieję?!

A teraz już do świata roślin… to zawsze jest takie uwalniające i oczyszczające doświadczenie! Dzisiaj mam dwie niezwykłej urody i siły rośliny! Pierwsza z nich to oman Inula racemosa  w Ajurvedzie nazywany – PUSHKARAMULA (a proszek z jego korzeni to Punarnava Manolur), w Tybecie znany jako Tsarong albo Tsewang.

Zobaczcie jaka wielka i piękna jest ta roślina, wszystkie foty z Biotopu Lechnica w drugim roku uprawy.

IMG_2033

IMG_2375

IMG_2376

W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej oman ten znany jest jako – oman z prowincji Syczuan. Dalej zaczyna się jednak dość charakterystyczny galimatias… którego nawet ogólnopolski zielarski Guru R. 🙂 nie rozwiąże zbyt szybko, a w praktyce – jak przypuszczam, wcale. Otóż w zasobach aptecznych w Chinach są trzy podstawowe specyfiki przypisywane omanowi I. racemosa. Chuan Mu Xiang to oman chiński z Syczuanu, Mu Xiang – to specyfik z korzeni dwóch zupełnie innych gatunków roślin (Aucklandia i Saussurea), a Tu Mu Xiang to korzeń omanu Inula hellenium.

Zebrałem uważnie wszystkie kwiaty i mam sporo nasion Inula racemosa, a według tego co wiem od bardziej doświadczonej osoby, od której roślinę (w formie kawałka karpy korzeniowej) dostałem, całkiem dobrze się rozwija z wysianych nasion.

Wymagania tej rośliny to sporo miejsca, podmokłe stanowisko i najlepiej w środkowej części ogrodu, aby roślina nam nie „uciekła” z ogrodu. KTO z Was ma ochotę spróbować z omanem…? Wymienię za nasiona, bulwy itp. ciekawych roślin z Waszych upraw. Piszcie na adres mailowy: marek.styczynski@gmail.com

IMG_3143

IMG_3144

Druga roślina na dzisiaj, to róża z podobnej strefy (rośnie powyżej 1500 m do 4000 m n.p.m. w Himalajach, Tybecie, a moi przyjaciele odwiedzający Laddakh w Indiach są w tej róży zakochani. Jej wielkie, obsypane różowawymi kwiatami krzewy, pośród surowych, bezdrzewnych pustkowi górskich robią wrażenie. Róże te widywałem w Nepalu, ale tam przegrywała u mnie z innymi gatunkami roślin i bardzo się ucieszylem, że po latach uważni ludzie, zwracający uwagę na otoczenie w Laddakhu przywieźli kilka owoców tej róży. W Biotopie Lechnica z owoców wydobyłem nasiona, bardzo dużo nasion (ilość nasion była niezwykła, to pewnie przystosowanie gatunku do trudnych warunków środowiskowych) i wysiałem w foliowej „szklarence”. Róża nadspodziewanie dobrze wzeszła, ale bałem się zimna i siewki przekazałem w zawodowe ręce Piotra, który kilka dni temu pokazał mi fantastyczny widok. Mam w Biotopie pewien zapas i zobaczymy jak bardzo róża ta jest plastyczna, ale na wszelki wypadek, następna partia zostanie wysadzona w dużej, zawodowej szklarni. Poza darczyńcami, ktorych ogród pomieści wiele róż z Laddakhu, będzie na wiosnę (mam taką nadzieję!!!) trochę sadzonek do rozdania w dobre ręce…. wymiana jak wyżej!

IMG_3201

IMG_3202

Na koniec tego wpisu, pochwalę się takim oto dyplomem… Było mi bardzo przyjemnie, bo wręczenie dyplomu i pamiątkowego medalu miało miejsce przy okazji mojego proszonego wykładu dla pracowników i studentów UR w Krakowie. Cieszę się najbardziej z tego, że udało się u samego źródła przekonać do permakultury. W 2019 roku pierwszy student UR w Krakowie, obronił pracę inżynierską z podstaw permakultury! To był znacznie ważniejszy i przełomowy moment, a dyplom tylko potwierdza, że warto rozmawiać z mądrymi ludźmi.

IMG_3214

Napis na dyplomie nie jest krzywy, to wina mojej fotki…

 

Oskorusza na trudne czasy – bardzo dobre p.s.

W poprzedniej relacji opisałem 4. Etnobotaniczną Wyprawę Biotopu Lechnica w Białe Karpaty. Przewodnim motywem była – jarzębina domowa Sorbus domestica, tradycyjnie związana z Morawami, a w ich obrębie – Białymi i Małymi Karpatami. Jarzębina domowa w Czechach nazywana jest „oskerusza” , a na Słowacji „oskorusza”, proponuję aby posługiwać się nazwą OSKORUSZA, bo jest krótsza niż „jarzębina domowa” i odwołuje się do najbliższego, naturalnego centrum pochodzenia.

Celem jaki sobie sam postawiłem, było przywiezienie chociaż kilku owoców (chociażby z targu) i pozyskanie z nich pestek do wysiania w Biotopie, ale nieśmiało ( i śmiało z pomocą gmaila…) planowałem zakup sadzonek! Można by napisać, że „mieliśmy szczęście”… gdyby nie to, że ciągle pamiętam o tym jak przez dwa ostatnie lata szukałem dobrej literatury i konkretnych ludzi z Białych Karpat, którzy znają się na „oskoruszy” … Pamiętam także ripostę Bruce Willisa, na uwagę młodego dziennikarza o tym, że patrząc na jego karierę, można uznać, że miał w życiu szczęście. Willis powiedział: szczęście, to jest wtedy gdy skończy pan czterdziestkę i nie jest pan łysy… reszta to bardzo dużo pracy i odrobinę talentu. Wyprawy dla mnie zaczynają się wiele miesięcy (a nawet lat) wcześniej i ten czas jest równie fascynujący, a przy tym mniej przypadkowy.

Tak czy siak, udało się nam (?!) zabrać ze sobą 9 sztuk sadzonek. Nasza ekipa jest naprawdę wspaniała i nadsyłane relacje z sadzenia drzewek były dla mnie wielką radością!

Pierwsza, drzewka posadziła Madzia! I to jak! Piękny dołek, mocne zabezpieczenie przed rozmaitymi miłośnikami nowalijek … a do tego rodzinnie, bo trzy pokolenia kobiet zadbały o jarzębinę z daleka! Przy tym pojawiły się interesujące tropy relacji rodzinnych… Jarzębina ma swoje stanowisko na wysokości trochę ponad 600 m n.p.m. we wsi Krzeczów i w dolnej części masywu Małego Lubania. Wysoko i raczej zimno, ale przy tak gorącym przyjęciu … jest pewnie szansa!

IMG_3088

IMG_3090

IMG_3091

Następnymi pionierami oskoruszy w Polsce była Bożena i Marek. Ładne miejsce, ale maksymalnie trudne dla tego gatunku, bo to ponad 700 m n.p.m. i do tego w zimnych Gorcach, chociaż stok o wystawie południowo-wschodniej. Czy jest szansa?  Wiedząc, że poza trudnym mikroklimatem jest tam cała ekipa miłośników zgryzania wszystkiego co nowe … będzie trudno! Na pociechę dodam, że w ramach eksperymentu, podobnego do naszego, wysadzono sadzonkę oskoruszy na wysokości 970 m n.p.m. na kopule szczytowej Vlkej Javoriny w Białych Karpatach!

IMG_20191023_105756_resized_20191024_082903171

IMG_20191023_110245_resized_20191024_082902259

Artur i Viola, wraz z rodzinną Ekipą, posadzili jarzębinę domową w znacznie bardziej łaskawym miejscu dla tego gatunku, bo na Śląsku. To pewnie najbliższe geograficznie miejsce dla przywiezionych z Moraw sadzonek oskoruszy.

IMG_2477

IMG_2469.jpg

Moje sadzonki oskoruszy pozostały na Słowacji, ale w miejscu bardzo oddalonym od Moraw i na wys. około 550 m n.p.m. z widokiem na cieplejsze (od Tatr) Pieniny… Skupiłem się na mulczowaniu starym sianem i ukryciu sadzonek przed moimi uporczywymi zgryzaczami…, a poza sarnami i jeleniami, ostatnio odkrył dla siebie permakulturę także zając! Tak dobrze zamaskowałem moje trzy sadzonki, że nie mogłem pokazać tego na fotkach, bo nie byłoby ich widać. Preferuję materiały organiczne i sadzonek nie palikowałem. Podpowiadam, ze tam gdzie chcę ukryć nowy zapach jaki może zwabiać smakoszy, do okrycia dodaję kilka garści mocno aromatycznych suchych i zmarzniętych nagietków.

IMG_2973

Piotr, który podobnie jak Artur, ma największe szanse na pomyślną uprawę oskoruszy, bo miejsce w Niepołomicach ciepłe i osłonięte, postanowił sadzić na wiosnę. Relację zatem uzupełnimy około kwietnia!? Najdalej wędruje sadzonka zakupiona przez Asię… dzisiaj będzie najprawdopodobniej w Londynie! O ile dobrze zniesie trudy podróży, to jej szanse są bardzo wysokie!

Według poważnych źródeł oskorusza na dzisiejszej Słowacji (w rejonie Moraw – od Dunaju przez Małe Karpaty i Białe Karpaty) była obecna już ponad 2, 5 tysiąca lat temu (!) w czasach pojawiania się i późniejszej ekspansji Celtów. Jak twierdzi Charles Etienne ( 1577 r.), pierwsze owocowe wino na obszarze Europy wyrabiane było z oskoruszy. Termin „corme” opisuje fermentowany napój wyrabiany głównie z oskoruszy… a przypomnijmy, że „cormier” (drzewo oskoruszy) pochodzi z celtyckiego „curmi” czyli fermentowanego napoju (kwaśne wino i piwo). Dlatego, warto zweryfikować opisy zasięgu tego gatunku w większości książek o drzewach. Największa oskorusza na świecie rośnie na Słowacji i w 2013 roku miała 5,03 m obwodu, najstarsza oskorusza na Słowacji ma więcej niż 400 lat, a inna, rosnąca w czeskiej części Białych Karpat ponad 470 lat!

Słowacy i Czesi mi zaimponowali, bo od 1990 roku wysadzili na Morawach znacznie ponad 10 000 drzewek jarzębiny domowej. Na szacunek zasługuje też Ich realistyczna prognoza – z 10 tys. do wieku 20 lat (początek owocowania) dożyje 10 procent, pozostanie więc pewnie 1 tysiąc dorosłych drzew, z nich wieku 100 lat dożyje jedynie 1/3 … więc jedynie 300 drzew będzie ozdobą krajobrazu i źródłem owoców w przyszłości. Słabo i nie całkiem pewnie? Pewność można uzyskać jedynie nic nie sadząc…

Przykład oskoruszy pokazuje szerszy problem, który zaryzykuję opisać jako słabe rozpoznanie etnobotaniczne Europy Środkowej. Być może moje studia nad oskoruszą i nasza wspólna wyprawa wydają się zaledwie muśnięciem tematu, ale badania naukowe i projekty wspomagane dużymi pieniędzmi, to jedna rzecz, a osobiste poznanie, docenienie i zaprzyjaźnienie się z tak interesującym drzewem, to całkiem inna sprawa. Gdyby ktoś chciał pomyśleć o etnobotanice jako znakomitym kluczu do prawdziwego poznania kultury ludzkiej, to nudne muzea z tymi wszystkimi martwymi gablotami, zamienilibyśmy we wspaniałe ogrody uczące wszystkimi zmysłami, a do tego z pożytkiem dla przyszłości. Dobrym przykładem tego, że my sami przystajemy na tę systemową niewiedzę, jest słynny w Polsce (a z pewnością w Małopolsce) rejon zwany Ziemią Łącką. Pomiędzy pierwszymi wzmiankami o tym, że suszone owoce z tego obszaru były spławiane Dunajcem i Wisłą do Gdańska i wędrowały dalej po Europie, a do bólu schematycznymi opisami jak to miejscowy wikary, kazał grzesznikom sadzić śliwy (czasem jest to nauczyciel, a ostatnio nauczyciel i ksiądz…), istnieje luka na kilkaset lat… Tak więc nikogo nie obchodzi, jakie to owoce i z jakich sadów, spławiano 300 lub może nawet 400 lat przed „zakładaniem” łąckich sadów…

A tu dla dodania entuzjazmu moja fotografia (2015) owoców jarzębiny domowej z Sycylii, prawda, że piękne! Warto wiedzieć, że są dwie główne formy kształtu owoców – gruszkowate i jabłkowate (okrągłe), na Sycylii najwidoczniej trafiają się te drugie, podobne do widzianych (i próbowanych) przez nas na Słowacji!

DSC_5540

 

 

 

 

 

 

 

Drzewo na trudny czas albo 4. Etnobotaniczna Wyprawa Biotopu Lechnica

946db9bd-c73a-432e-934b-bc6e97f36feb

Kolejna, czwarta już Etnobotaniczna Wyprawa Biotopu Lechnica, miała nas zaprowadzić na Południowe Morawy, do regionu gdzie rośnie (i jest doceniana) -oskeruše – jarzębina domowa Sorbus domestica. Na ten gatunek zwracałem uwagę wielokrotnie we Włoszech (od Genui po Sycylię), w Słowenii i Austrii, a kilka lat temu napotkałem także, pełne entuzjazmu opisy tego drzewa pochodzące ze Słowacji i Czech. Okazało się w ten sposób, że to gatunek nie tylko, że nie ograniczony do strefy śródziemnomorskiej, ale może nawet rodzimy dla ciepłych stoków Białych i Małych Karpat!

W popularnym przekazie jarzębina (jarząb) domowy to daleki, ciepłolubny i „egzotyczny” kuzyn jarzębiny, znanej nam z całej Polski. Morawy, a szczególnie ich południowa część, to region zasiedlony przez długi czas przez Celtów. Wykopaliska archeologiczne w granicznym dla Białych Karpat – Puchowie, posłużyły do stworzenia terminu „kultura puchowska”, którą opisuje się te odlegle czasy. Plemiona celtyckie słynęły z wielu umiejętności i kultury, a ich wysoki poziom gospodarowania ziemią i ogrodnictwa, został odtworzony na tym samy poziomie na ziemiach, które opuścili dopiero po 400 latach od ich zniknięcia. Tak jak winorośl, którą na stokach Małych i Białych Karpat Rzymianie zastali z rozczarowaniem (bo starali się „przykryć” swoją agresywność i złe zamiary, bajdą o wybitnej kulturze jaką nieśli Europie…), tak być może domowa jarzębina rosła na tym obszarze w najlepsze.

b6ae0a3c-465c-4409-9191-3d4eb776bf1f

20191019_181808

Według inwentaryzacji na terenie Małych i Białych Karpat rosną okazy jarzębiny domowej o wieku: 530 lat (Małe Karpaty), 470 lat (Białe Karpaty), 400 lat (Białe Karpaty) …  i kilka innych o wieku ok. 300 lat! Drzewa tego gatunku owocują po około 15-30 latach od posadzenia i można się tylko domyślać, że o ile to nie są przedstawiciele pierwszego pokolenia w opisywanym regionie ( a raczej tak nie jest), to historia obecności jarzębiny domowej sięga minimum kilkaset lat. Słaba znajomość jarzębiny domowej w Polsce może dziwić, bo drzewo jest najplenniejszym drzewem owocowym Europy (daje do 1000 – 1200 kg z jednego dorosłego drzewa) i zasługuje na większe zainteresowanie niż aronia czy aktynidia (mini kiwi), które z takim oddaniem i wytrwałością polecane są pod polskie strzechy… 🙂

Kluczem do uprawy jarzębiny domowej jest w dużej mierze klimat (ciepło), ale także gliniasta gleba, no i posiadanie banku nasion, a więc starych, owocujących drzew. Ciepło nadchodzi wraz ze zmianą klimatu, a bank nasion jest o 200 km od polskiej granicy…

Sadzonki oskeruše mogą być klasycznie uzyskane z nasion, ale obecnie sporo pracuje się nad szczepieniem, co daje skrócenie czasu oczekiwania na pierwsze owocowanie o połowę, a czasem więcej. W wielkim skrócie: trzeba z jarzębiną domową zacząć pracować.

IMG_2881

Owoce oskeruše są stosunkowo duże – te które zebraliśmy podczas 4.EWBL miały około 2,5 – 2.7 cm średnicy i długości (mieliśmy do czynienia wyłącznie z okrągłymi owocami), ale spotyka się owoce większe  i na Sycyli bywają długie na ponad 4 cm. Zmienność kształtu owoców (wyróżnia się 6 typów), który oscyluje pomiędzy okrągłym, a gruszkowatym, nie jest jedyną zmiennością u tego gatunku. W Białych Karpatach pokazano nam kilkanaście drzew pochodzących z tego samego źródła i każde z nich tworzyło własny, indywidualny kształt korony. Może to świadczyć o dużej plastyczności tego gatunku (a przecież jarzębiny u nas uważane są za drzewa pionierskie), co w dobie zmian klimatu, dobrze rokuje dla prób uprawy poza dotychczasowym zasięgiem gatunku.

IMG_2884

W szkółce domowej… siewki, sadzonki, młode drzewka i drzewa owocujące, ale także archiwum… cyfrowe.

Poniżej, zebrane owoce jarzębiny domowej (gatunek ten zrzuca owoce i zbiera się je z ziemi) na moich fotkach.

IMG_2892

IMG_2895

IMG_2894

W jednym owocu znalazłem (próba 14 owoców) od 1 do 4 nasion (pestek).

IMG_2956

Liście są ostro piłkowane i umieszczone na długich „ogonkach”, kilkanaście mierzyło około 15- 16 cm.

IMG_2955

Jarzębina domowa słynie z dużych, słodkich i aromatycznych (smak gruszkowy?) owoców, ale także z doskonałego drewna, stosowanego do wyrobu przedmiotów, które musiały być odporne na działanie znacznych sił.

W dawnych czasach łączono jej owoce z gruszkami i owocami nieszpułki, jako podstawy do otrzymania aromatycznego zacieru i wina. Oskeruše są znane tak dawno, że wokół nich stworzono rozmaite mityczne opinie, wierszyki, powiedzonka. Jedno z nich mówi:

pić oskoruszowkę to życie, kosztować ją to jest doświadczenie, a opowiadać o niej jest nauką,

a inne proponuje:

pochwalmy to morawskie drzewo, podziękujmy ojcom i dziadkom.

Jarząb domowy jest uprawiany i znany z dzikich form w wielu krajach Europy, ale także wyspowo spotyka się go w Afryce i Azji. Gatunek jest od lat pod bacznym okiem zawodowców i podaje się nawet wyniki jego inwentaryzacji: 50 dorosłych drzew w Luksemburgu, 500 owocujących drzew w Szwajcarii, 500 owocujących jarzębin domowych w Austrii, 6000 w Niemczech, na ok. 10 000 drzew owocujących ocenia się populację w krajach byłej Jugosławii i Grecji. Sporo, bo od 2 do 5 tysięcy ocenia się liczbę owocujących drzew na Węgrzech, w Czechach ma jej być ok. 1, 5 tysiąca, a na Słowacji rośnie ok. 400 dorosłych drzew pośród 2-3 tysięcy młodszych jarzębów domowych. Ostatnio natrafiono na ten gatunek w Turcji, a rośnie też w całych Włoszech, Hiszpanii, Francji, w Danii, w Wielkiej Brytanii żyje na granicy swego zasięgu, jest obecna na Kaukazie i w części Ukrainy.

Opisywane drzewo jest tak fascynującym gatunkiem, że cieszy się wyjątkowo mocnym zainteresowaniem „wtajemniczonych” … i wcale mnie to nie dziwi.

Nie bez trudu pozyskaliśmy 9 sadzonek jarzębiny domowej z jednej z najciekawszych, domowych szkółek (właściciel przyznał się nam, że drzewka jakimi tej jesieni dysponuje są zarezerwowane od miesięcy i to … po 2, 3 razy każde z nich !) i są pewnie już posadzone w Krzeczowie, Hubie, na Śląsku, w Niepołomicach, trzy sadzonki zostaną na Słowacji (Biotop Lechnica), a jedna poleci jutro do Londynu, do jednego z parków społecznościowych. Mam nadzieję na pokazanie fotografii posadzonych sadzonek i informowaniu Was/mnie o tym jak im się wiedzie daleko od Moraw?! 🙂

Nasza wyprawa była rekonesansem na terenach dawnych wpływów celtyckich i kultury winnej, być może starszej od tej roznoszonej na ostrych mieczach Rzymian, ale także obszarze gdzie dotarły fale Wołochów. Nazwy mniejszych regionów – Valaske Moravy czy Slovacko (to region w Czechach w Białych Karpatach, a nie Słowacja)… i nazwy miejscowości bardzo inspirują do układania następnych podróży.

IMG_2900

Widok z Trenczyna na Białe Karpaty i samo miasto to osobna opowieść… np. o odnowieniu starego sadu czereśniowego za sprawą inicjatywy społecznej wspartej przez miasto.

IMG_2903

IMG_2911 (1)

IMG_2910

Morawy to region gdzie natrafia się na zaczarowane miasteczka, gdzie księgarnie otwiera się już o 9.00 rano… a wszystko nam mówi: musicie wrócić i mieć więcej czasu!

Obelisk upamiętniający budowę ważnej nitki kolei karpackiej stoi na granicy Słowacji i Czech, ale opowiada o regionie, który miał zawsze także swoje własne granice, a bywało, że był bardzo, bardzo rozległy…

IMG_2810

20191019_084710

IMG_2821

Miasteczko Wołoskie Kapelusze (albo Pasterskie Kapelusze) to prawdziwa perełka!

Białe Karpaty sąsiadują z wieloma pięknymi i ciekawymi pasmami górskimi! Urozmaicenie krajobrazowe zastanawia i skłania do układania planów…

IMG_2839

IMG_2840

Etnobotanika jest doskonałym kluczem nie tylko do układania podróży, ale i do dzielenia się wiedzą… bo uczestnicy naszej eskapady znają bylicę chińską z permakultury Biotop Lechnica, ale to co robi się z nią (w postaci substancji o nazwie moksa, uzyskiwanej w całkowicie alchemiczny sposób) najlepiej wytłumaczy znakomity znawca medycyny chińskiej… to są te momenty, dla których WARTO :-))) !

IMG_2856

Innego rodzaju alchemia z Białych Karpat pokazuje jak słabo w Polsce z wiedzą o sąsiednich krajach, o sąsiednich kulturach.

IMG_2874

IMG_2876

Poza Wołochami, to cywilizacja Celtów intryguje w historii południowej części Moraw.

W słynnej osadzie Havranok pod Tatrami, zakończyliśmy główną część naszej Wyprawy. Całe wzniesienie, na którym zrekonstruowano (odtworzono) osadę Celtów i miejsce kultowe, gdzie najprawdopodobniej rezydował duchowy przewodnik Celtów – druid, porastają bardzo stare bzy czarne, a sąsiednie lasy pełne są buków. Krajobraz jeszcze i dzisiaj powoduje, że siła Natury karmi nas energią i entuzjazmem. Tu doświadcza się tego stanu, który nazywają potocznie – „wiem, że żyję”…

IMG_2918

IMG_2920

IMG_2925

IMG_2942

Havranok jest naprawdę ważnym celtyckim śladem, a w pozostałości po druidycznym sanktuarium, gdzie na chwilę przysiadłem, znaleziono m. innymi – fragmenty 43 czaszek wilków, fragmenty 22 czaszek dzikich koni, 39 czaszek dzikich turów, 75 czaszek dzików, 51 czaszek dzikich kozic i owiec… Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to proszę – opracowanie: K. Pieta, Keltske osidlenie Slovensko, Nitra 2008.

Uczestnikami 4. Etnobotanicznej Wyprawy Biotopu Lechnica – 18-20.X.2019, były: Bożena, Natasza, Joanna, Małgosia, Madzia, Viola, byli: Marek i Marek, Artur, Piotr. Na FB jest sporo fotografii i filmów umieszczanych tam na bieżąco przez uczestników Ekspedycji, które doskonale uzupełniają tę bardzo okrojoną relację.

Fotografie w tekście – moje, Nataszy i Bożeny. Wykorzystałem w opisie fenomenu Sorbus domestica informacje z opracowania pt. Oskeruše – strom pro novou Evropu (praca zbiorowa) i informacje z pierwszej ręki od dr Mullera, który dał nam przykład wielkiej gościnności, cierpliwości i entuzjazmu! Było też interesujące, gdy Joanna, podczas naszej akcji wieczornej w sadzie z jarzębinami domowymi, kasztanami jadalnymi i innymi drzewami owocodajnymi, kontaktowała się na bieżąco z p.  dr ing. Ladislavem Bakayem z Uniwersytetu w Nitrze, gdzie prowadzi bardzo ciekawe prace sadownicze, m. innymi z jarzębiną domową.

Miłośnicy oskeruše, łączcie się! 🙂

 

 

Orzesznica leszczynowa (plch lieskovy) w Biotopie Lechnica!

W 2018 roku, po blisko pięciu sezonach budowania permakultury Biotopu Lechnica, opublikowaliśmy zasady dotyczące NOHH czyli Matecznika-Nie-Tylko- Ludzkiego (Non -Only – Human – Habitat). Uporządkowało to nasze myślenie o wszystkich mieszkańcach Biotopu i od tamtej pory, systematycznie staramy się wzbogacać wspólną przestrzeń z myślą nie tylko o naszej wygodzie. Jest zadziwiające, jak wiele zwierząt żyje spokojnie blisko nas i jak ich obecność wzbogaca nasz świat pod każdym względem. Największą estymą cieszy się nasza mała kolonia gniewosza (Coronella austriaca), ropuchy, salamandry, jaszczurki (w tym padalec kolchidzki!), zaskrońce (w tym nasza dobra znajoma od 2014 roku, która nie opuszcza ogrodu), wiele ptaków (w tym krętogłów!), bez których nie moglibyśmy już sobie wyobrażać ogrodu i całkiem spora gromadka – dużych i małych ssaków. Część z tych naszych bliskich współmieszkańców, prowadzi tak skryty styl życia, że dopiero po pewnych zmianach w składzie inicjowanych środowisk lub zdecydowanej i nowej ofercie pokarmowej, ujawniają swój stały pobyt. Może też potrzebowały czasu aby przekonać się, że z naszej strony nie grozi im nic złego?

W lecie tego roku, ujawniła się w Biotopie, mała kolonia sympatycznego ssaka – orzesznicy leszczynowej Muscardinus  avellanarius, na Słowacji nazywanej – plch lieskovy. To jeden z 4 gatunków rodziny popielicowatych (cała rodzina liczy 28 gatunków), jakie żyją w Polsce i na Słowacji.

Te cztery gatunki, to:  popielica szara Glis glis, koszatka leśna Dryomys nitedula, żołędnica europejska Eliomys quercinus i „nasza” orzesznica. Wielu ludzi nazywa wszystkie te zwierzęta – pilchami, co tyczy się zazwyczaj popielicy szarej, która jest najbardziej znana z tej ciekawej rodziny i wygląda jak na poniższej fotografii.

popielica

Orzesznica w Biotopie, ujawniła się na niewielkim poletku z mocno już dojrzałym zbożem starych odmian – orkiszem i pszenicą płaskurką. Nie wiem co się tam działo w nocy, ale nawet wczesnym wieczorem można było zobaczyć orzesznice balansujące dobry metr nad ziemią, które zręcznie wykorzystując dwa lub trzy źdźbła zboża, sięgały po kłosy i nasiona. Po trzech tygodniach pozostały już tylko źdźbła…

Orzesznica jest lekka i mała (długość ciała to 61-85 mm plus ogon długi 58-77 mm) i z powodzeniem radzi sobie ze wspinaniem po roślinach zielnych i krzewach. Wcześniej, podczas wiosennych prac w ogrodzie, napotykałem na zimowe, ziemne kryjówki (wszystkie pilchowate zapadają na zimę w „sen” – hibernują) i składziki orzechów laskowych, ale same zwierzęta się nie ujawniały. Sądząc po ilości zjedzonego (schowanego) zboża, nasi współlokatorzy są dość liczni lub niezwykle łakomi.

Co można, poza odpuszczeniem sobie zbioru zboża, zrobić dla orzesznic, skoro już wiemy, że są blisko nas? Możemy zadbać o ich letnie schronienie w postaci umieszczenia w ogrodzie, sadzie lub lesie kilku schronów – budek drewnianych.

IMG_2562

IMG_2564

IMG_2563

Budki – schronienia dla orzesznicy leszczynowej są niewielkie (główna część budki ma ok. 10 x 10 cm), ale bardzo pomysłowo (i celowo) zbudowane. Najważniejszą cechą budki tego typu jest to, że wiesza się ją otworem wejściowym do pnia drzewa, słupa czy ściany szopy. Otwór ma 2 cm średnicy, a dwie kwadratowe w przekroju listwy (2 x 2 cm) wysunięte poza ściankę z otworem powodują, że samo wejście jest chronione i nic dużego się do niego nie przeciśnie. Daszek jest podnoszony i zabezpieczony zwykłym kawałkiem drutu. W przedniej ściance powyżej i poniżej listew chroniących wejście są nawiercone otwory, przez które przeciąga się drut lub linkę do przywiązania do pnia. W ten sposób nie musimy stosować gwoździ czy wkrętów, które ranią drzewa.

Bardzo dziękuję Pawłowi Wieczorkowi za wzorcową budkę dla orzesznic i materiały z własnych badań nad pilchowatymi. Paweł jest cenionym znawcą sów, pilchowatych i wielu innych zwierząt żyjących w Karpatach. Prowadzi też systematyczne badania nad ptakami i ssakami, organizuje ornitologiczne akcje i zajmuje się dydaktyką ekologiczną w sposób zawodowy. Fotografia popielicy, informacje o rozmiarach orzesznicy i budka pochodzi właśnie z tego źródła.

W naszych czasach, musimy zrobić wszystko co się da, aby szkody w przyrodzie naprawiać i niwelować, siedliska i gatunki chronić i bronić lub inicjować gdzie tylko się da, ale też uczyć się żyć blisko zwierząt i roślin, aby dobrze je (i siebie) rozumieć. Wszelkimi sposobami musimy odwrocić szaleńcze tendencje i uda się to nam, jeżeli tylko nie ulegniemy, będziemy zdeterminowani, cierpliwi i wytrwali.

Najbardziej orzesznicy i innym pilchowatym szkodzi niszczenie naturalnego i częściowo naturalnego krajobrazu, a szczególnie urozmaiconych lasów i bogatych w pokarm zakrzewień. Jak widać, nawet w niewielkim miejscu, możemy cieszyć się obecnością orzesznicy i stworzyć dla niej jeszcze dogodniejsze środowisko. Będziemy się dzielili plonami, zapewniali schronienie i ochronę tym bardziej pomysłowo i intensywnie im głupsze są poczynania niszczycieli przyrody.

Na koniec jeszcze fotografia rarytas – koszatka leśna, a właściwie cała rodzina znaleziona w ciepłym gnieździe… Fotografia – Paweł Wieczorek.

koszatka